Выбрать главу

Wilhelm spojrzał na mnie i wydało mi się w mroku, że widzę jego wzburzoną twarz.

— Niechaj Bóg cię błogosławi, Adso! Ależ z pewnością, suppositio materialis[130], trzeba wziąć wypowiedź de dicto[131], nie zaś de re[132]… Jaki ze mnie głupiec! —Walnął się z całej siły w czoło otwartą dłonią, tak że rozległ się trzask i pomyślałem, iż uczynił sobie krzywdę. —Chłopcze mój, po raz drugi w dniu dzisiejszym przez usta twoje przemawia mądrość, najprzód we śnie, a teraz na jawie! Biegnij, do twojej celi po światło, nawet oba, po te, co je ukryliśmy. Niech nikt cię nie obaczy, i przyjdź zaraz do kościoła! Nie zadawaj pytań, idź!

Poszedłem, nie zadając pytań. Kaganki były pod moim siennikiem, pełne oliwy, gdyż zadbałem, by je napełnić. Miałem krzesiwo w habicie. Z dwoma cennymi przyborami na piersi pobiegłem do kościoła.

Wilhelm był pod trójnogiem i odczytywał pergamin z notatkami Wenancjusza.

— Adso —powiedział —primum et septimum de quatuor nie oznacza: pierwszy i siódmy z czterech, lecz z cztery, ze słowa cztery! —Jeszcze nie pojmowałem, ale po chwili olśniło mnie:

— Super thronos viginti quatuor! Napis! Werset! Słowa, które są wyryte nad zwierciadłem!

— Idziemy! —powiedział Wilhelm —może zdołamy jeszcze uratować czyjeś życie!

— Ale czyje? —spytałem, kiedy on krzątał się koło czaszek i otwierał przejście do ossuarium.

— Kogoś, kto na to nie zasługuje —rzekł. I już szliśmy podziemną galerią, z zapalonymi kagankami, w stronę drzwi od kuchni.

Powiedziałem już, że w tym miejscu trzeba było pchnąć drewniane drzwi i że trafiało się do kuchni, za kominkiem, tuż koło krętych schodów prowadzących do skryptorium. I właśnie kiedy pchaliśmy drzwi, usłyszeliśmy po naszej lewej stronie głuche odgłosy w murze. Dochodziły od ściany, która sąsiadowała z drzwiami i na której kończył się szereg wnęk z czaszkami i kośćmi. W miejscu ostatniej wnęki był odcinek pełnego muru z wielkich, kwadratowych odłamów kamienia i pośrodku osadzona była stara płyta, na której wyryto zatarte już monogramy. Uderzenia dobywały się, jak się zdawało, spoza płyty albo znad płyty, częściowo za ścianą, częściowo prawie nad naszymi głowami.

Gdyby tego rodzaju wydarzenie zaszło pierwszej nocy, zaraz pomyślałbym o zmarłych mnichach, lecz teraz najgorszego gotów byłem spodziewać się po mnichach żywych.

— Kto to może być? —spytałem Wilhelma. Wilhelm otworzył drzwi i wsunął się za kominek.

Uderzenia dały się słyszeć również wzdłuż ściany, która przylegała do krętych schodów, jakby ktoś był uwięziony w murze lub raczej w znacznej (doprawdy) grubości ściany, przypuszczalnie między wewnętrznym murem kuchni a zewnętrznym baszty południowej.

— Ktoś jest tu zamknięty —rzekł Wilhelm. —Zawsze zastanawiałem się, czy w tym Gmachu, tak bogatym w przejścia, nie ma innego dostępu do finis Africae. Oczywiście jest; w ossuarium, zanim wejdzie się do kuchni, otwiera się połać ściany i można wejść po schodach równoległych do tych, ale ukrytych w ścianie, trafiając od razu do zamurowanego pokoju.

— Ale kto jest tam w tej chwili?

— Druga osoba. Jedna jest w finis Africae, druga chciała do niej dołączyć, ale ta na górze niechybnie zablokowała mechanizm, który rządzi oboma wejściami. Tak więc odwiedzający znalazł się w pułapce. I musi bardzo się miotać, wyobrażam sobie bowiem, że do tej kiszki nie dochodzi zbyt wiele powietrza.

— I kto to jest? Ratujmy go!

— Kim jest, obaczymy rychło. Co zaś do ratowania, można to będzie uczynić jedynie odblokowując mechanizm na górze, ponieważ nie znamy jego sekretu od tej strony. Chodźmy więc czym prędzej.

Tak i uczyniliśmy, wspięliśmy się do skryptorium, a stamtąd do labiryntu i wkrótce dotarliśmy do baszty południowej. Musiałem jednak dwukrotnie wstrzymać bieg, bo wiatr, który tego wieczoru dostawał się przez szczeliny, tworzył prądy powietrza, te zaś wdzierały się do tych kanałów i przemykały z jękiem przez pokoje, dmąc na karty rozrzucone po stołach, więc musiałem chronić płomień dłonią.

Szybko znaleźliśmy się w pokoju ze zwierciadłem, teraz przygotowani już na zniekształcające igraszki, jakie nas tam czekały. Podnieśliśmy kaganki i oświetliliśmy wersety nad gzymsem, super thronos viginti quatuor… Sekret był już wyjaśniony: słowo quatuor ma siedem liter, należało nacisnąć na q i na r. W podnieceniu zamierzałem uczynić to sam; szybko postawiłem kaganek na stole pośrodku pokoju, lecz zrobiłem to tak nerwowo, że płomień zaczął lizać oprawę księgi, która tam leżała.

— Uważaj, głupcze! —wykrzyknął Wilhelm i dmuchnieciem ugasił płomień. —Chcesz puścić z dymem bibliotekę?

Przeprosiłem i miałem zamiar zapalić na nowo światło.

— Nieważne —rzekł Wilhelm —moje wystarczy. Weź no i poświeć mi, bo napis jest zbyt wysoko, i nie sięgnąłbyś. Pospieszmy się.

— A jeśli w środku jest ktoś uzbrojony? —zapytałem, kiedy Wilhelm prawie po omacku szukał zgubnych liter wspinając się, choć był wysoki, na czubki palców, by sięgnąć do apokaliptycznego wersetu.

— Świeć, do diabła, i nie lękaj się, Bóg jest z nami —odparł niezbyt logicznie. Jego palce dotykały q z quatuar i ja, który stałem kilka kroków z tyłu, lepiej od niego widziałem, co robi. Powiedziałem już, że litery wersetów zdawały się wyciosane lub wyryte w murze; najwidoczniej te w słowie quatuor były zrobione z metalu przy użyciu formy, za nimi zaś osadzony był i wmurowany cudowny mechanizm. Albowiem kiedy litera q została pchnięta, dał się słyszeć jakby suchy trzask i to samo stało się, kiedy Wilhelm nacisnął na r. Cały gzyms zwierciadła jakby podskoczył i szklana powierzchnia przesunęła się do tyłu. Zwierciadło było drzwiami osadzonymi na zawiasach po stronie lewej. Wilhelm wsunął dłoń w otwór, który powstał między brzegiem prawym a ścianą i pociągnął do siebie. Drzwi, skrzypiąc, otworzyły się ku nam. Wilhelm wsunął się w nie, a ja za nim ze światłem podniesionym wysoko nad głową.

Dwie godziny po komplecie na zakończenie szóstego dnia, w samym sercu nocy, po której przyjdzie dzień siódmy, weszliśmy do finis Africae.

DZIEŃ SIÓDMY

NOC

Kiedy to, gdybyśmy zechcieli streścić cudowne rzeczy, o których tu się mówi, tytuł byłby długi jak cały rozdział, a to jest sprzeczne ze zwyczajami.

Znaleźliśmy się na progu pokoju podobnego swoim kształtem do innych trzech ślepych sal siedmiokątnych; panował mocny zapach zamkniętego pomieszczenia i ksiąg nasączonych wilgocią. Światło, które trzymałem wysoko, padło najpierw na sklepienie, a kiedy opuściłem ramię na prawo i lewo, płomień musnął niewyraźną jasnością odległe półki wzdłuż ścian. Wreszcie zobaczyliśmy pośrodku stół zasłany kartami, a za stołem siedzącą postać, która zdawała się oczekiwać nas nieruchomo w mroku, jeśli była jeszcze żywa. Zanim światło ukazało jej oblicze, Wilhelm przemówił:

вернуться

130

suppositio materialis —supozycja materialna

вернуться

131

de dicto —jako słowo

вернуться

132

de re —jako rzecz