Выбрать главу

Opowiedziałem im w zamian swoją historię. Słuchali mnie bez niedowierzania, chciwie, tak jak dzieci słuchają bajki, na twarzy żadnego z nich nie zauważyłem ani śladu sceptycznego uśmiechu, tylko Diaczuk co chwila podskakiwał niecierpliwie i mruczał: „gadanie…” a oczy ich obu błyszczały tak, że kusiło mnie, by doradzić im powtórzenie doświadczenia Warno ze szklanką spirytusu. Ale kiedy skończyłem, obaj długo milczeli, woleli najwidoczniej, abym ja sam im to wszystko wyjaśnił.

Ja jednak milczałem.

– Nie gniewaj się, Jurek – powiedział wreszcie Diaczuk i zaczął mamrotać: – Czytałem pamiętnik Scotta czy coś w tym rodzaju, dokładnie już nie pamiętam. Z grubsza rzecz ujmując – samohipnoza. Halucynacje śniegowe. Białe sny.

– Wano także miał to? – zapytał Ziernow.

– Oczywiście. Ja, jako medyk…

– Co z ciebie za medyk – przerwał mu Ziernow – dajmy temu spokój. Jest tu zbyt dużo niewiadomych, by tak od razu móc rozwiązać to równanie. Zacznijmy od pierwszej niewiadomej. Kto wyciągnął amfibię? Z głębokości sześciu metrów, w dodatku ściśniętą w takim imadle, jakiego próżno by szukać w fabrykach… Nawiasem mówiąc ten drobiazg waży trzydzieści pięć ton. I czym ją wyciągnięto? Na linach? Bzdura! Stalowe liny musiałyby pozostawić ślady na obudowie. A gdzież te ślady?

Wstał i milcząc przeszedł do swojej kabiny nawigacyjnej.

– Ale przecież to bzdury, Borysie Arkadiewiczu! – zawołał w ślad za nim Tolek.

Ziernow odwrócił się.

– Co macie na myśli?

– Jak to co? Przygody Anochina. Nowy baron Munchhausen. Sobowtóry, obłoki, kwiat-wampir, tajemnicze zniknięcie.

– Wydaje mi się, Anochin, że trzymaliście w ręku kamerę, kiedyśmy tu podchodzili – powiedział Ziernow. – Czy filmowaliście coś?

– Wszystko – powiedziałem. – Obłok, zniknięcie „Charkowianki”, sobowtóra. Mam z dziesięć minut filmu.

Tolek mrugał, ciągle jeszcze gotów wznowić spór. Nie zamierzał się poddać.

– Zaraz to zobaczycie – usłyszeliśmy głos Ziernowa. – Spójrzcie w iluminator.

O jakie pół kilometra nad równiną płynął ku nam malinowy racuch. Niebo zasnuło się już pierzastymi białymi nićmi i na ich tle racuch ów był jeszcze mniej podobny do obłoku. Diaczuk krzyknął i podskoczył ku drzwiom, my za nim. Obłok nie zmieniając kursu przepłynął nad nami gdzieś na północ, tam gdzie skręcała lodowa ściana. „W stronę naszego namiotu” – szepnął Tolek i podszedł do mnie.

– Wybacz, Jurek – powiedział i wyciągnął rękę. – Okazuje się, że cała ta sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana…

Bynajmniej nie miałem ochoty triumfować.

– To w ogóle nie jest obłok – ciągnął zamyślony Tolek, snując jakąś myśl, która go zaniepokoiła. – W znaczeniu zwykłej kondensacji pary wodnej. To nie żadne kropelki ani kryształki. W każdym razie na pierwszy rzut oka. Dlaczego sunie tak nisko nad ziemią? Dlaczego ma taką dziwną barwę? Gaz? Wątpię. Nie jest to także pył. Pobrałbym próbkę, gdybyśmy mieli samolot.

– Akurat, pozwoliłby ci się zbliżyć – powiedziałem, pamiętając o niewidzialnej przegrodzie i o tym, jak próbowałem ją pokonać z kamerą. – Przyciska do ziemi jak na ostrym wirażu. Myślałem, że mam magnetyczne podeszwy.

– Sądzisz, że ten obłok jest żywy?

– Może i żywy.

– Jakaś istota?

– Któż to może wiedzieć… Może i istota – przypomniałem sobie swoją rozmowę z moim sobowtórem i dodałem: – To pewne, że jest zdalnie sterowany.

– W jaki sposób?

– To już ty powinieneś wiedzieć. Jesteś meteorologiem.

– Uważasz, że ten obłok ma coś wspólnego z meteorologią?

Nie odpowiedziałem. A kiedy wróciliśmy do kabiny, Tolek powiedział nagle coś zupełnie niesłychanego:

– A jeżeli są to jacyś nie znani nauce mieszkańcy pustyń lodowych?

– Genialne – powiedziałem – w dodatku w stylu Conan Doyle’a. Odważni podróżnicy odkrywają nieznaną cywilizację na równinie antarktycznej. Kto będzie lordem Rockstone? Ty?

– To niezbyt mądre. Wyłóż swoją hipotezę, jeżeli ją masz.

Tak sprowokowany powiedziałem pierwsze lepsze, co mi przyszło do głowy:

– To raczej jakieś mechanizmy cybernetyczne.

– Skąd?

– Z Europy oczywiście. A może z Ameryki. Ktoś je wynalazł i wypróbowuje tutaj.

– A do czego służą?

– Na początek mogą być używane, powiedzmy, jako ekskawatory dla wydobywania i podnoszenia ciężkich ładunków. „Charkowianka” nadawała się do eksperymentu, więc ją wyciągnęli.

– Po co zatem ją zdublowano?

– Możliwe, że są to nie znane nam urządzenia służące do reprodukowania dowolnych struktur atomowych, białkowych i krystalicznych.

– Ale po co… po co? Nie rozumiem…

– Zdolność rozumienia u ludzi cierpiących na niedorozwój móżdżka według danych Baudouina zmniejsza się o czternaście do dwudziestu trzech procent. W twoim wypadku – mniej więcej o piętnaście. Zestaw fakty i pomyśl, poczekam. Jest jeszcze jeden istotny element hipotezy.

Tolek tak bardzo chciał zrozumieć wszystko jak najprędzej, że bez mrugnięcia okiem przełknął i Baudouina, i procenty.

– Poddaję się – powiedział. – Jaki element?

– Sobowtóry – oświadczyłem. – Byłeś na najlepszej drodze do poznania prawdy, kiedy wspomniałeś o samohipnozie. Ale – zaledwie na drodze. Prawda leży zupełnie gdzie indziej. To nie samohipnoza tylko interwencja w opracowywanie informacji. Tak naprawdę nie było żadnych sobowtórów. Ani drugiej „Charkowianki”, ani drugiego Anochina, ani sobowtórów różnych przedmiotów, jak na przykład moja kurtka albo kamera. „Obłok” przekształcił moją psychikę, spowodował rozdwojenie postrzegania świata. A co za tym idzie rozdwojenie osobowości, ponury nastrój, złe samopoczucie.