Выбрать главу

— Myslalem, ze…

Pan Fletcher nagle zniknal, Johnny wiec umilkl zaskoczony. Rozmowca pojawil sie pare sekund pozniej.

— Zadziwiajace — przyznal z podziwem. — Daje slowo, zabawa bedzie przednia…

— Chyba ciagle nie rozu…

— Johnny? — to byl pan Vicenti.

Do Szalonego Jima zdolali sie dodzwonic zywi, totez leciala dluzsza seria utworow country and western, przy ktorej zmarli bawili sie w najlepsze, tanczac po calej ulicy.

— Co tu sie wyprawia?! — jeknal Johnny. — Przeciez sami mowiliscie, ze nie mozecie opuszczac cmentarza?

— Nie wyjasnili ci tego w szkole? Czego was dzisiaj ucza w takim razie?

— Na pewno nie obcowania z duch… uhmm, ze zmarlymi, chcialem powiedziec.

— Nie jestesmy duchami… duchy to bardzo smetne stworzenia… Naprawde trudno takie rzeczy wytlumaczyc zywemu. Wiem, co mowie, bo kiedys bylem zywy. — Pan Vicenti zerknal na nic nie rozumiejacego Johnny’ego i westchnal. — My jestesmy… czyms innym niz duchy. To, ze nas widzisz i slyszysz, sprawia, ze stajemy sie wolni; dajesz nam cos, czego nie mielismy.

— To znaczy co?

— Nie potrafie ci tego lepiej wyjasnic… wtedy, gdy o nas myslisz, jestesmy wolni.

— I nic wiecej nie musze robic?

— Nie musisz. Martwi cie to?

— Mnie nie, ale Wobbler na przyklad uwaza, ze to okultyzm — mowiac to, Johnny sie zorientowal, ze brzmi to troche glupio. Pan Vicenti ubrany byl w snieznobiala koszule i smoking z nieodlacznym, swiezym gozdzikiem. Na nawiedzonego okultyste albo innego zombi zdecydowanie nie wygladal. A pani Liberty jeszcze mniej, nie wspominajac juz o Winiarnie Stickersie, ktory bylby Karolem Marksem, gdyby Marks nie byl szybszy.

— Mam nadzieje, ze nie parasz sie okultyzmem — zauwazyl z troska pan Vicenti. — Ojciec Kearny (1891–1949) nie pochwalalby tego.

— Kto to jest ojciec Kearny? — spytal ostroznie Johnny.

— A tanczyl przed chwila z pania Liberty… O, zdaje sie, ze troche skomplikowalem wyjasnienia…

— Odeslij go!

Johnny odwrocil sie. Jeden ze zmarlych wciaz przebywal na terenie cmentarza. Stal przy samym plocie i oburacz trzymal sie ozdobnej barierki niczym skazaniec kraty. Wygladal podobnie jak pozostali, z ta roznica, ze mial okulary. Az dziw bral, ze jeszcze sie nie roztopily, z taka intensywnoscia sie przez nie wpatrywal. Obiektem jego zainteresowania bylo mniej wiecej lewe ucho Johnny’ego.

— Kto to? — spytal na wszelki wypadek Johnny.

— Pan Grimm. — Pan Vicenti nawet sie nie odwrocil.

— Aha. O nim nic nie znalazlem w gazetach.

— To mnie ani troche nie dziwi. Byly wtedy rzeczy, 0 ktorych sie nie pisalo.

— Odejdz, chlopcze, i nie wtracaj sie w sprawy, ktorych nie rozumiesz — oznajmil z moca pan Grimm. — Narazasz swoja niesmiertelna dusze. Ich dusze zreszta takze. Odejdz, jestes zly!

Johnny przyjrzal mu sie podejrzliwie, po czym przeniosl spojrzenie na rozbawiona ulice, skupionych przy budce telefonicznej eksperymentatorow i Stanleya Roundwaya w pilkarskim stroju, demonstrujacego grupie zapalencow, na czym polega gra w pilke nozna. Na butach widnialy czerwone litery: na prawym R, na lewym L. Pan Vicenti wpatrywal sie nieruchomo przed siebie.

— Hmm, no…

— W tej kwestii nie moge ci pomoc, Johnny. Z tym sam musisz dojsc do ladu.

* * *

Zaraz potem Johnny musial wrocic do domu. Powrotu nie pamietal, co prawda, ale obudzil sie rano we wlasnym lozku.

* * *

Johnny zastanawial sie, co tez zmarli porabiaja w niedzielne ranki. Wtedy bowiem Blackbury mijalo, i to zdecydowanie, bariere smiertelnej nudy. I zostawalo za ta bariera do poniedzialku.

Wiekszosc mieszkancow robila to, co ludzie tradycyjnie robia w niedziele: ubierano sie odswietnie i udawano do kosciola (pieszo albo samochodem, w zaleznosci od stopnia zamoznosci). Rodzaj wyznania zalezal od indywidualnych preferencji i przekonan. Potem pakowano sie w samochody i gremialnie udawano na rodzinna adoracje Centrum Ogrodniczego (Obnizka!!) lezacego tuz poza granicami miasta. W drodze powrotnej towarzyszyl mieszkancom przyplyw rozmaitych roslin doniczkowych, przez kolejne szesc dni usmiercanych przez centralne ogrzewanie, zapomnienie i niedobor wody. Po tygodniu miejsca byly juz zwolnione i rytual powtarzal sie bez zadnych zmian.

Co gorsza, sklepy i bary w miescie byly zamkniete, tak ze normalni, choc niepelnoletni jeszcze ludzie nie mieli za bardzo gdzie sie podziac, jesli nie chcieli naturalnie siedziec w domu.

Robili, co mogli, czyli po prostu paletali sie po ulicach.

— Caly problem ze zmarlymi w tym miescie bierze sie stad, ze trudno im po smierci zauwazyc jakas roznice w trybie zycia — ocenil Wobbler.

— Sluchal ktos radia w nocy? — spytal ostroznie Johnny.

Okazalo sie, ze nikt, wiec mu troche ulzylo.

— Gdy w koncu dorosne, to tak bede stad zmiatal, ze kamienie z bruku powyrywam odrzutem — obiecal Wobbler. — To jest miejsce, z ktorego mozna pochodzic, ale na pewno nie mozna w nim zyc.

— A gdzie mozna? — zainteresowal sie Johnny. — Ostatnio, zdaje sie, idealem byla Krzemowa Dolina?

— Swiat jest wielki! Jest mnostwo ciekawych miejsc: gory, Australia, Ameryka… Krzemowa Dolina tez — entuzjazmowal sie Wobbler.

— Wczoraj mowiles, ze pewnie bedziesz pracowal u wuja w handlu nieruchomosciami — zauwazyl Bigmac.

— No… hmm… te wszystkie miejsca nigdzie sobie nie pojda, nie? Jak bede mial czas, to tam pojade.

— Podobno dla geniusza komputerowego to nie takie trudne — odezwal sie Yo-less. — Podobno masz nim zostac.

— Jak bede chcial!

— A ja myslalem, ze jak jakims cudem zdasz z matmy i z anglika…

— Jestem praktyczniej uzdolniony! — obruszyl sie Wobbler.

— Co, nauczyles sie lutowac? — zdumial sie Bigmac.

— On ma na mysli, ze umie dusic na klawisze tak dlugo, az cos sie stanie — wyjasnil Johnny.

— Najczesciej sie staje, moze nie?

— Tak, czesto wymieniasz klawiature — odparl Yo-less powaznie.

— Ja tam ide do wojska. — Uwaga Bigmaca ukrecila leb rodzacej sie gwaltownie wymianie pogladow. — Do SAS.

— Pewnie, platfus i astma zapewnia ci tam miejsce bez egzaminu ze sprawnosci fizycznej — parsknal Wobbler. — Nowa forma psychicznego wykonczenia terrorystow: atak kulejacych i dychawicznych Sil Specjalnych!

— Ja tam chce najpierw skonczyc prawo, a potem medycyne — wyznal skromnie Yo-less.

— Ty masz leb: w ten sposob nikt cie nie zaskarzy, jak wytniesz mu nie to, co miales — przyznal ze szczerym podziwem Bigmac.

Yo-less tylko westchnal z rezygnacja.

— A ty? Co ty bedziesz robil? — zainteresowal sie Wobbler.

— Nie wiem — odparl szczerze Johnny.

— Nie zastanawiales sie? — zdziwil sie Wobbler. — Caly zeszly tydzien maglowali to na lekcjach!

Johnny skinal glowa. To prawda — wszedzie byly Wspanialsze Perspektywy: w handlu (hurtowym i detalicznym), w nieruchomosciach, w marketingu tez. Nawet w wojsku, choc chyba nie dla Bigmaca, bo gdy ostatni raz trzymal w reku karabin maszynowy, spuscil go sobie na noge tak zgrabnie, ze mu paznokiec zszedl. Byl to zreszta pierwszy raz, kiedy Bigmac trzymal w reku jakis karabin.

Dla siebie jednak Johnny nie widzial zadnych perspektyw, nie wspominajac juz o wspanialych.

— Tego, kim chcialbym byc, to jeszcze nawet nie nazwali — poinformowal Wobblera.

— Aha, czyli jak za dwa lata ktos wymysli Vurglesplat i beda szukali specjalistow, to bedziesz pierwszy w kolejce? — upewnil sie tenze.

Tymczasem dotarli na cmentarz, totez pozostala trojka stloczyla sie ciasno, wbrew prawom fizyki zajmujac mniej miejsca razem niz kazdy z nich osobno. A zmarlych w poblizu wcale nie bylo.