— To głupcy — odparł Norrell. — Elfie drogi nie uczynią im krzywdy. Przecież prowadzą donikąd[87].
— A potomkowie elfów, pół ludzie, pół elfy? Czy dziedziczą wiedzę i moce przodków? — dopytywał się Strange.
— O! To całkiem inne pytanie. Obecnie wiele osób nosi nazwiska świadczące o elfim pochodzeniu przodków, jak choćby: Darelficki, Chochlicki, Skrzatuski czy Lichocki. No i, rzecz jasna, Inostroński. Pamiętam Tomasza Inostrońskiego, pracował na jednej z naszych farm, gdy byłem dzieckiem. Rzadko jednak potomkowie elfów dysponują choćby odrobiną wrodzonych umiejętności magicznych. Za to często słyną z niegodziwości, dumy i lenistwa, czyli wad typowych dla swoich przodków.
Następnego dnia Strange spotkał się z królewskimi synami i wyraził ubolewanie, że nie zdołał złagodzić szaleństwa króla. Zasmuciło to ich wysokości, ale wcale nie byli zaskoczeni. Właśnie tego się spodziewali i zapewnili Strange’a, że ani trochę go nie winią. Właściwie byli zadowoleni ze wszystkiego, co zrobił, zwłaszcza cieszyło ich, że nic sobie za to nie policzył. W nagrodę podarowali mu królewskie przywileje. Oznaczało to, że może powiesić złocone i gipsowe modele wszystkich pięciu herbów nad drzwiami na Soho Square i mówić każdemu, kto zechce słuchać, że królewscy synowie ustanowili go ich osobistym magiem.
Strange nie powiedział książętom, że zasłużył na ich wdzięczność bardziej, niż sądzili. Był całkiem pewien, że ocalił króla przed straszliwym losem, choć nie wiedział dokładnie, co groziło Jego Wysokości.
Rozdział dwunasty
Na skraju pustyni
listopad 1814
Stephen i dżentelmen o włosach jak puch ostu spacerowali ulicami nieznanego miasta.
— Nie jest pan zmęczony? — spytał Stephen. — Ja jestem. Chodzimy już od wielu godzin.
Dżentelmen wybuchnął wysokim śmiechem.
— Drogi Stephenie! Przecież dopiero się tutaj zjawiłeś! Jeszcze przed chwilą przebywałeś w domu lady Pole, wykonując pod przymusem jeden z rozkazów jej niegodziwego męża!
— Och! — powiedział Stephen.
Uświadomił sobie, że ostatnią rzeczą, jaką pamięta, jest polerowanie sreber w maleńkim pokoiku nieopodal kuchni. Wydawało mu się jednak, że było to… ech, całe wieki temu.
Rozejrzał się dookoła. Niczego nie poznawał. Nawet zapach tego miejsca — mieszanka przypraw, kawy, gnijących warzyw i pieczonych mięs — był dla niego całkiem nowy.
— Wszystko przez tę magię, proszę pana — westchnął ciężko. — To takie pogmatwane.
Dżentelmen czule ścisnął jego ramię.
Miasto wybudowano na stromym wzgórzu. Najwyraźniej nie było tu żadnych normalnych ulic, jedynie wąskie alejki złożone głównie ze schodków wijących się między domami. Same domy wyglądały niezwykle skromnie, wręcz surowo. Ściany ulepione były z ziemi albo gliny i pomalowane na biało, podobnie jak drewniane drzwi; w okna zostały wstawione zwykłe okiennice z drewna. Schodki w alejkach także pomalowano na biało. W całym mieście nie było choćby plamki koloru, który mógłby ulżyć oku: zabrakło kwiatka w doniczce na parapecie lub malowanej zabawki porzuconej w progu przez dziecko. Wędrówka po tych wąskich ulicach przypominała Stephenowi błądzenie w fałdach olbrzymiej płóciennej serwety.
Było niezwykle cicho. Gdy pokonywali kamienne schodki, słyszeli szmer rozmów dochodzących z domów, ale nie dobiegał ich żaden śpiew, żadne pieśni, żadne dziecięce okrzyki. Napotykani przez nich mieszkańcy tego miejsca byli poważnymi, smagłymi mężczyznami w białych szatach i turbanach. Wszyscy nosili laski, nawet młodzi, chociaż właściwie nikt nie wyglądał młodo. Tutejsza ludność najwyraźniej rodziła się stara.
Widzieli tylko jedną kobietę (przynajmniej dżentelmen o włosach jak puch ostu utrzymywał, że to niewiasta). Przystanęła u boku męża, odziana od czubka głowy po koniuszki palców w szatę o barwie cieni. Z początku stała plecami do Stephena, ale gdy się odwróciła, spostrzegł, że jej twarz to wcale nie twarz, lecz fragment gęsto wyszywanego materiału w takim samym kolorze jak reszta ubioru. Cala jej postać pasowała do nieziemskiej atmosfery tego miejsca.
— Ci ludzie są bardzo dziwni — wyszeptał Stephen. — Ale nie wydają się zdumieni naszym widokiem.
— Och, to sprawka mojej magii — odparł dżentelmen. — Wydaje im się, że jesteśmy tacy jak oni. Są przekonani, że znają nas od dzieciństwa. To nie wszystko — przekonasz się, że będziesz rozumiał, co mówią, a oni zrozumieją ciebie, mimo niejasności ich języka, który z trudem pojmują ludzie zamieszkujący tereny o kilkadziesiąt kilometrów stąd.
Stephen uznał, że zapewne również magii zawdzięczają fakt, iż mieszkańcy miasta nie zwracają uwagi na głośne słowa dżentelmena, roznoszące się echem na każdym bielonym rogu ulicy.
Ulica, w którą weszli, skręcała i kończyła się nagle niskim murkiem, który wzniesiono tu, by uchronić nieostrożnych przechodniów przed upadkiem. Z tego miejsca widać było całą okolicę. Przed nimi, pod bezchmurnym niebem, rozpościerała się posępna dolina z białego kamienia. Wiał gorący wiatr. Było tak, jakby świat ten pozbawiono ciała i pozostały zeń jedynie kości.
Stephenowi to miejsce wydawało się snem lub skutkiem zaklęcia.
— To Afryka! — wyprowadził go z błędu dżentelmen o włosach jak puch ostu. — Ziemia twych przodków, drogi Stephenie!
„Z pewnością moi przodkowie tu nie mieszkali — pomyślał Stephen. — Ci ludzie mają ciemniejszą skórę niż Anglicy, ale o wiele jaśniejszą niż ja. To zapewne Arabowie”.
— Czy zmierzamy w jakieś konkretne miejsce? — zapytał głośno.
— Na targ, Stephenie!
Stephena ucieszyły te słowa. Milczenie i pustka go przygnębiały. Uznał, że na targu zapewne będzie hałas, jakieś zamieszanie.
Ale targ w tym mieście okazał się bardzo osobliwy. Rozpościerał się tuż przy wysokich miejskich murach, obok wielkiej drewnianej bramy. Nie było tu straganów ani tłumów niecierpliwych ludzi spieszących oglądać towary. Zamiast tego wszyscy, którzy mieli ochotę coś kupić, siadali w ciszy na ziemi, ze skrzyżowanymi rękoma, podczas gdy urzędnik targowy, ktoś w rodzaju licytatora, obnosił rzeczy i pokazywał je potencjalnym nabywcom. Licytator wymieniał ostatnią zaoferowaną cenę, a wówczas kupiec albo kręcił głową, albo ją przebijał. Towary nieszczególnie się różniły — były to bele pięknego materiału i jakieś haftowane tkaniny, ale przede wszystkim dywany. Kiedy Stephen wspomniał o tym towarzyszowi, dżentelmen powiedział:
— Mają niesłychanie surową religię, Stephenie. Potępia niemal wszystko z wyjątkiem dywanów.
Stephen obserwował ponure ruchy tych ludzi, których usta były ciągle zamknięte, by nie wymknęło się z nich zakazane słowo. Ich wzrok stale był odwrócony od nieprzystojnych widoków, ich ręce co chwila wstrzymywały się przed wykonaniem zabronionego gestu. Wydało się, że ludzie ci tkwią w jakimś półbycie. Równie dobrze mogliby być widziadłami lub duchami. W tym milczącym mieście, w milczącej okolicy tylko gorący wiatr wydawał się prawdziwy. Stephen wcale by się nie zdziwił, gdyby pewnego dnia wiatr zdmuchnął z powierzchni całe miasto wraz z mieszkańcami.
Stephen i dżentelmen usadowili się w rogu targowiska pod zniszczoną brązową markizą.
— Dlaczego tu jesteśmy, panie? — chciał wiedzieć Stephen.
— Żeby spokojnie porozmawiać, Stephenie. Otóż wydarzyło się coś bardzo ważnego. Przykro mi to mówić, ale wszystkie nasze cudowne plany obróciły się wniwecz. Raz jeszcze magowie nas pokonali! Nigdy nie widziałem takich niegodziwców! Najwyraźniej rozkoszują się okazywaniem nam pogardy. Przyjdzie jednak dzień…
87
Wbrew słowom pana Norrella kwestia bezpieczeństwa elfich dróg jest sporna. Są to miejsca budzące niepokój. Krążą dziesiątki opowieści o dziwnych przygodach, które spotkały ludzi usiłujących nimi wędrować. Historia przytoczona poniżej jest jedną z lepiej znanych. Trudno powiedzieć, co właściwie przydarzyło się bohaterom tej opowieści, lecz z pewnością nie chcielibyśmy podzielić ich losu.
Pewnego letniego poranka, pod koniec szesnastego wieku w hrabstwie York pewien farmer wyszedł wraz z dwoma lub trzema synami na sianokosy. Okolica tonęła we mgle, było chłodno. Wzdłuż skraju pola ciągnęła się stara elfia droga, otoczona wysokim żywopłotem z głogu. Drogę porastała bujna trawa i młode pędy roślin; nawet w najpogodniejszy dzień miejsce to tonęło w półmroku. Farmer jeszcze nigdy nie widział, by ktoś z niej korzystał, lecz tamtego ranka on i jego towarzysze ujrzeli na drodze grupę ludzi. Ich twarze i stroje wyglądały obco. Jeden z wędrowców wysunął się przed gromadę i zszedł z drogi na pole. Nosił się na czarno, był miody i przystojny, chociaż ludzie nigdy wcześniej go nie widzieli, rozpoznali go w mig: stał przed nimi Król Mag, John Uskglass. Uklękli przed nim, a on nakazał im powstać. Wyjaśnił, że jest w podróży, na co oni sprowadzili mu konia, jadło i napój. Potem poszli po żony i dzieci, a John Uskglass ich pobłogosławił i życzył wszelkiej pomyślności.
Farmer popatrywał z niejaką trwogą na obcych, którzy pozostali na magicznej drodze, lecz John Uskglass zapewnił go, że nie ma powodu do obaw. Obiecał, że farmer nie dozna krzywdy z rąk tamtych ludzi, a potem odjechał.
Obcy postali jeszcze chwilę na starej drodze, lecz kiedy musnęły ich pierwsze mocniejsze promienie słońca, rozpłynęli się wraz z mgłą.