— Ludziom się zawsze wydaje, że mag musi mieć zwierciadło — utyskiwał pan Norrell. — A w tej części biblioteki nie ma żadnego lustra.
— Artyści to sztukmistrze, drogi panie. Kształtują świat podług swej wizji — powiedział Strange. — Pod tym względem przypominają nieco magów. Ale w rzeczy samej, dziwnie przedstawił to zwierciadło. Bardziej przypomina drzwi, takie jest ciemne. Niemal czuć od niego przeciąg. Nie podoba mi się, że siedzę tak blisko lustra, mógłbym się od tego przeziębić.
Jeden z ministrów, który do tej pory nie odwiedził biblioteki pana Norrella, nagrodził komplementem harmonijne proporcje i styl pomieszczenia, a za nim inni wyrazili swoje uznanie.
— Tak, to piękny pokój — przytaknął Drawlight. — Ale nie może się równać z biblioteką w opactwie Hurtfew! Jest urocza! Nigdy nie widziałem nic równie pięknego. Są tam strzeliste łuki i kopuła, i kolumny w gotyckim stylu, a także rzeźby przedstawiające liście, suche i poskręcane, jakby pod wpływem podmuchu zimowego wiatru. A wszystko to wyrzeźbiono w porządnym angielskim dębie, jesionie, wiązie — zaiste piękne. „Drogi panie — powiedziałem na ich widok. — Jest w panu głębia, której istnienia nawet nie podejrzewaliśmy. Romantyk z pana”.
Pan Norrell wyglądał tak, jakby nieszczególnie pragnął gawędzić o bibliotece w Hurtfew, ale niezrażony Drawlight ciągnął:
— Człowiek czuje się jak w lesie, w ślicznym niewielkim zagajniku późną jesienią. Grzbiety ksiąg, beżowe, brązowe i wyschnięte ze starości, potęgują to wrażenie. Jest tam chyba tyle ksiąg, ile liści w lesie. — Pan Drawlight zamilkł, a po chwili zwrócił się do Strange’a. — Był pan kiedyś w Hurtfew?
Strange odparł, że jeszcze nie miał tej przyjemności.
— Koniecznie musi pan pojechać. — Drawlight uśmiechnął się złośliwie. — Koniecznie. Biblioteka doprawdy jest cudowna.
Pan Norrell spoglądał niespokojnie na Strange’a, ale ten milczał. Odwrócił się do nich plecami i zaczął w napięciu oglądać swój portret. Gdy reszta towarzystwa odeszła od malowidła, rozprawiając o innych sprawach, sir Walter szepnął:
— Nie przejmuj się jego złośliwościami.
— Hm? — mruknął Strange. — Och, nie o to chodzi. Myślę o tym lustrze. Czyż nie wygląda tak, jakby dało się w nie wkroczyć? Sądzę, że to nie takie trudne. Można by wykorzystać zaklęcie objawienia. Nie, ujawnienia. Albo jedno i drugie. Droga będzie wolna. Jeden krok w przód i już mnie nie ma. — Rozejrzał się wokół i oznajmił: — Pewnego dnia odejdę.
— Dokąd? — Sir Walter był zdumiony. Nie było miejsca, które wolałby od Londynu, pełnego latarni gazowych i sklepów, kawiarni i klubów, pięknych pań i plotek. Sądził, że to samo czuje każdy człowiek.
— Och, tam, dokąd wiele lat temu udawali się tacy jak ja. Będę przemierzał drogi nie widziane przez innych ludzi. Za nieboskłonem. Po drugiej stronie tęczy.
Strange znowu westchnął. Prawą nogą potupał niecierpliwie w dywan pana Norrella, jakby sugerując, że jeśli nawet z własnej woli nie wybierze się wkrótce na zapomniane szlaki, to nogi same go tam poniosą.
O drugiej wyszli ostatni goście, a pan Norrell, który za wszelką cenę chciał uniknąć rozmowy ze Strange’em, poszedł na górę i zaszył się w małym gabinecie na tyłach domu. Usiadł przy biurku i przystąpił do pracy. Wkrótce całkiem zapomniał o Strange’u, bibliotece w Hurtfew i wszystkich nieprzyjemnych odczuciach, które wzbudziła w nim przemowa Drawlighta. Dlatego też był nieco skonsternowany, kiedy po kilku minutach rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju wszedł Strange.
— Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym o coś zapytać — powiedział.
— Och! — odezwał się pan Norrell nerwowo. — Rzecz jasna, zawsze z radością odpowiadam na pańskie pytania, ale w tej chwili muszę załatwić sprawy nie cierpiące zwłoki. Rozmawiałem z lordem Liverpoolem o naszym planie zabezpieczenia wybrzeża Wielkiej Brytanii przed sztormami. Bardzo mu przypadł do gustu. Lord Liverpool twierdzi, że każdego roku morze pochłania dobra wyceniane na setki tysięcy funtów. Jego zdaniem ochrona własności powinna być priorytetowym zadaniem magii w czasie pokoju. Jak zawsze, jego lordowska mość chce, aby zająć się tym jak najszybciej, a to ciężka praca. Robota nad samą Kornwalią zajmie około tygodnia. Obawiam się, że musimy przełożyć naszą pogawędkę na później.
Strange uśmiechnął się.
— Skoro to takie pilne, chętnie panu pomogę w przygotowaniu zaklęć, a porozmawiamy podczas pracy. Gdzie pan zaczął?
— W Warmouth.
— Czego pan użył? Belasisa?
— Nie, nie Belasisa. W Języku ptaków Lanchestera znalazłem rekonstrukcję zaklęcia wymyślonego przez Stokeseya, które uspokaja wzburzone wody. Mam dość rozsądku, by wiedzieć, że wersja Lanchestera to nie to samo co oryginalny Stokesey, ale nie dysponujemy niczym lepszym. Wprowadziłem pewne poprawki i dodałem też zaklęcia Pevenseya, dotyczące straży i czuwania[89]. — Pan Norrell podsunął rozmówcy dokumenty.
Strange je przejrzał i wkrótce również zabrał się do pracy.
— Ostatnio odkryłem w Objawieniach trzydziestu sześciu innych światów Ormskirka odniesienie do królestwa, które leży za zwierciadłami — powiedział po pewnym czasie. — Jest pełne komfortowych dróg, którymi podróżny może przedostać się z jednego miejsca w drugie.
W innych okolicznościach pan Norrell nie byłby zachwycony tematem rozmowy, ale tak mu ulżyło, że Strange nie zamierza się wykłócać o bibliotekę w Hurtfew, iż chętnie podjął wątek.
— Och, w rzeczy samej! Istnieje droga, która łączy wszystkie zwierciadła świata. Była dobrze znana wielkim średniowiecznym. Bez wątpienia często ją przemierzali. Obawiam się, że nie mogę udzielić panu dokładniejszej informacji. Każdy autor opisuje tę drogę inaczej. Ormskirk twierdzi, że trakt wiedzie przez szerokie ponure moczary, a zdaniem Hickmana to olbrzymi dom, pełen mrocznych korytarzy i długich schodów[90]. Hickman utrzymuje, że są w tym domu kamienne mosty, rozpięte nad głębokimi przepaściami oraz kanałami z czarną wodą, która płynie między murami. Nikt nie wie dokąd ani w jakim celu.
Pan Norrell był w doskonałym humorze. Niespieszne czarowanie wraz z panem Strange’em sprawiało mu prawdziwą przyjemność.
— Jak tam artykuł do następnego numeru „Gentlemani Magazine”? — zapytał.
Strange zastanawiał się przez chwilę.
— Jeszcze go nie skończyłem — odparł w końcu.
— A o czym jest? Nie, proszę nie mówić! Nie mogę się doczekać, kiedy go przeczytam! Może go pan jutro przyniesie?
— Och! Z całą pewnością.
Tego wieczoru Arabella weszła do salonu w domu na Soho Square i ze zdumieniem ujrzała, że dywan zaśmiecają kawałeczki papieru, na których jej mąż spisał zaklęcia, notatki i fragmenty rozmowy z Norrellem. Strange stał na środku pokoju, patrząc na zapiski i rwąc sobie włosy z głowy.
— Co, na Boga, mam zamieścić w następnym artykule dla „Gentlemani Magazine”?
— Nie wiem, najdroższy. Pan Norrell niczego nie sugerował?
Strange zmarszczył brwi.
— Z jakiegoś powodu uważa, że artykuł jest gotowy.
— Może napiszesz o drzewach i magii? — zaproponowała Arabella. — Wspominałeś niedawno, że strasznie zaniedbano tak interesujący przedmiot.
Strange złapał czystą kartkę papieru i zaczął coś na niej notować.
— Z dębami można się zaprzyjaźnić. Jeśli uznają sprawę za słuszną, chętnie sprzymierzą się z człowiekiem przeciwko jego wrogom. Brzozy bywają portalami prowadzącymi do Faerie. Jesiony będą w żałobie aż do powrotu Króla Kruków[91]. Nie, nie! To się nie nadaje. Nie mogę tego napisać. Norrella szlag by trafił. — Zmiął kartkę i wrzucił ją do ognia.
89
Francis Pevensey, szesnastowieczny mag. Spod jego pióra wyszedł tom Osiemnaście cudów w Domu Albionu. Wiadomo nam, że Pevensey był uczniem Martina Pale’a. Osiemnaście cudów w… nosi wszelkie cechy stylu magii Pale’a, łącznie z jego zamiłowaniem do skomplikowanych tabel oraz misternej machinerii magicznej.
Przez wiele lat Francis Pevensey zajmował drugorzędne, lecz szanowane miejsce w historii angielskiej magii jako podopieczny Martina Pale’a, lecz ku powszechnemu zdumieniu nagle stał się przedmiotem jednego z najbardziej zagorzałych i kontrowersyjnych sporów w historii osiemnastowiecznej teorii magii.
Wszystko zaczęło się w 1754 roku, kiedy w bibliotece pewnego dżentelmena ze Stamfordu w hrabstwie Lincoln odkryto zbiór listów. Napisano je ozdobnym charakterem pisma i sygnowano nazwiskiem Martina Pale a. Ówcześni badacze magii nie posiadali się z radości. Po bliższych oględzinach okazało się jednak, że pisma te to w gruncie rzeczy listy miłosne, pozbawione najdrobniejszej choćby wzmianki o magii. Zawierały za to niezwykle zmysłowe opisy: Pale przyrównywał swoją ukochaną do obmywających go słodkich strug deszczu, do ognia, przy którym się ogrzewał, do mąk, które przedkładał nad wszelkie wygody. W listach przewijały się liczne odniesienia do mlecznobiałych piersi, wonnych nóg, długich, miękkich, kasztanowych włosów, w które wplątały się gwiazdy, a także rozmaitych innych rzeczy, nie stanowiących przedmiotu zainteresowania badaczy magii.
Pale maniakalnie często przywoływał w swych tekstach imię ukochanej — brzmiało ono Francis. W jednym z listów zamieścił coś w rodzaju dowcipnego wierszyka czy też zagadki związanej z nazwiskiem wybranki: Pevensey. Osiemnastowieczni uczeni z początku twierdzili, że kochanka Pale’a musiała być siostrą bądź żoną jakiegoś Francisa Pevenseya, bowiem w szesnastym wieku Francis było imieniem popularnym zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet. Potem jednak Charles Hether-Gray opublikował siedem wyjątków z listów, w których autor wspomina Osiemnaście cudów w Domu Albionu, i na ich podstawie jednoznacznie wykazał, że kochanka Pale’a oraz autor księgi to jedna i ta sama osoba.
William Pantler utrzymywał, że listy są fałszerstwem. Znaleziono je w bibliotece niejakiego pana Whittlesea, którego żona była autorką kilku sztuk teatralnych. Dwie z nich wystawiono w teatrze Drury Lane. Zdaniem Pantlera było jasne, że kobieta, która zniżyła się do pisania sztuk, zniży się do wszystkiego, tak więc przedstawił własną koncepcję: jego zdaniem pani Whittlesea sfałszowała listy „…w celu wyniesienia swej płci ponad z natury należne jej i dane od Boga miejsce…” Pan Whittlesea wyzwał Williama Pantlera na pojedynek. Pantler natomiast, uczony do szpiku kości, bez żadnego pojęcia o broni, przeprosił i opublikował oficjalne sprostowanie.
Pan Norrell chętnie wykorzystał magię Pevenseya, gdyż już wcześniej wbił sobie do głowy, że Pevensey był mężczyzną. Co do listów: nie zawierały one słowa o magii, toteż nie przejmował się nimi. Jonathan Strange zajął odmienne stanowisko. Wedle jego opinii należało zadać sobie tylko jedno pytanie i znaleźć nań odpowiedź, by definitywnie rozstrzygnąć sporną kwestię: czy Martin Pale nauczałby kobietę magii? Strange doszedł do wniosku, że i owszem. Ostatecznie sam Martin Pale głosił, że swą wiedzę zawdzięcza kobiecie, Katarzynie z Winchesteru.
91
Ta stara angielska wyliczanka prawdopodobnie opisuje rozmaite układy zawarte w imieniu Anglii z lasami przez Johna Uskglassa, Króla Kruków.