Angielska magia to osobliwa budowla, zamieszkana przez nas, magów. Wzniesiono ją na fundamencie stworzonym przez JOHNA USKGLASSA, a my na własną zgubę ignorujemy tę podstawę. Powinniśmy ją studiować i pojmować jej charakter, by wiedzieć, co wesprze, a czego nie. W przeciwnym razie pojawią się pęknięcia, które zaczną przepuszczać wiatry, wiejące nie wiadomo skąd. Korytarze zaprowadzą nas do miejsc, których nigdy nie zamierzaliśmy odwiedzać.
W podsumowaniu należy podkreślić, że książka lorda PORTISHEADA — choć zawierająca wiele znakomitych myśli — jest dobrym przykładem szalonej sprzeczności w samym sercu współczesnej angielskiej magii: nasi najwięksi magowie stale deklarują intencję wymazania z angielskiej magii wszelkich śladów istnienia JOHNA USKGLASSA, lecz jakże to w ogóle możliwe? Magia, którą stosujemy, jest magią JOHNA USKGLASSA.
Rozdział siedemnasty
Dwaj magowie
luty 1815
Ze wszystkich kontrowersyjnych artykułów w „The Edinburgh Review” ten był najbardziej kontrowersyjny. Pod koniec stycznia chyba każdy wykształcony obywatel, jak kraj długi i szeroki, już go przeczytał i wyrobił sobie o nim opinię. Choć artykułu nie podpisano, wszyscy znali autora. Rzecz jasna, z początku niektórzy nie mieli absolutnej pewności; wskazywali na fakt, że Strange jest w nim krytykowany równie mocno jak Norrell, może nawet mocniej. Ludzie ci uznani zostali przez swych przyjaciół za bardzo naiwnych. Czyż nie było powszechnie wiadomo, że Jonathan Strange to kapryśny, pełen sprzeczności człowiek, który mógłby napisać coś na własną szkodę? Czy autor artykułu nie deklarował, że jest magiem? Któż inny zatem mógłby to być? Kto inny przemawiałby z takim zdecydowaniem?
Kiedy pan Norrell przybył do Londynu, jego opinie wydawały się bardzo nowatorskie i wyjątkowo ekscentryczne, ludzie jednak zdążyli się do nich przyzwyczaić. Teraz pan Norrell zachowywał się jak typowy przedstawiciel swoich czasów, gdy twierdził, że magią, podobnie jak oceanami, powinni władać Anglicy. Należało zakreślić jej granice, a wszystko to, co wydawało się niezrozumiałe dla współczesnych dam i dżentelmenów — trzysta lat władzy Johna Uskglassa, dziwna, trudna historia naszych kontaktów z elfami — zwyczajnie pominąć. Strange postawił wszystko na głowie. Nagle zaistniała możliwość, że to, czego każdy Anglik dowiedział się w dzieciństwie na temat nieokiełznanej angielskiej magii, jest prawdą, i że John Uskglass w towarzystwie ludzi i elfów nadal przemierza dawno zapomniane ścieżki po drugiej stronie niebios i tęczy.
Zdaniem większości współpraca obu magów dobiegała końca. Po Londynie krążyła plotka, że Strange pojawił się na Hanover Square i że służba odprawiła go z kwitkiem. Kursowała też inna, sprzeczna z poprzednią pogłoska, a mianowicie że pan Norrell dniem i nocą przesiaduje w bibliotece. Czeka na swego ucznia i każe służącym co pięć minut wyglądać przez okno, by sprawdzili, czy pan Strange nadchodzi.
W niedzielny wieczór na początku lutego Strange odwiedził w końcu pana Norrella. Była to informacja pewna, bowiem dwaj dżentelmeni zmierzający do kościoła St George na Hanover Square zauważyli go na schodkach domu. Widzieli też, jak otwierają się drzwi, Strange mówi coś do sługi i zostaje natychmiast wpuszczony, jak ktoś od dawna oczekiwany. Znalazłszy się w kościele, obaj dżentelmeni natychmiast powiadomili znajomych w sąsiednich ławach o tym, co zobaczyli. Pięć minut później w świątyni zjawił się smukły młody człowiek o uduchowionym wyglądzie. Udając, że odmawia modlitwę, wyszeptał, że właśnie rozmawiał z kimś, kto wychylał się z okna na pierwszym piętrze domu tuż obok siedziby pana Norrella i kto podobno słyszał, jak pan Strange ciska gromy na swego mistrza i prawi mu kazanie. Dwie minuty później kościół obiegła informacja, że obaj magowie grożą sobie magiczną ekskomuniką. Rozpoczęła się msza, a kilkoro wiernych zerkało tęsknie na okna, jakby dziwiąc się, czemu w budynkach kościelnych otwory te zawsze umieszcza się tak wysoko. Rozległa się antyfona do muzyki organowej, ale niektórzy twierdzili później, że mimo to usłyszeli huk gromów — pewny znak magicznej ingerencji.
Wszystkie te domysły bardzo zaskoczyłyby obu magów. Stali bowiem w bibliotece pana Norrella, milcząc i patrząc na siebie podejrzliwie. Strange’a, który od kilku dni nie widział nauczyciela, zdumiała przemiana, jaka w nim zaszła. Na twarzy pana Norrella widać było zmęczenie, a ciało wydawało się skurczone, jakby starsze o dziesięć lat.
— Usiądziemy, drogi panie? — spytał Strange.
Zrobił krok w przód, a pan Norrell zmrużył oczy, zaskoczony tym nagłym ruchem. Zachowywał się tak, jakby oczekiwał ataku ze strony ucznia. Po chwili jednak odzyskał równowagę i usiadł. Strange także czuł się fatalnie. W ostatnich dniach wielokrotnie pytał sam siebie, czy miał prawo publikować recenzję, i wielokrotnie dochodził do wniosku, że tak. Uznał, że w takiej sytuacji najwłaściwszą postawą będzie pełna godności moralna wyższość, złagodzona przez nutę skruchy. Teraz jednak, gdy siedział w bibliotece pana Norrella, niełatwo mu było spojrzeć w oczy nauczycielowi. Jego wzrok padał na coraz to inną rzecz — porcelanową figurkę przedstawiającą doktora Martina Pale’a, gałkę u drzwi, własny kciuk i lewy but gospodarza.
Pan Norrell z kolei nie odrywał wzroku od twarzy Strange’a. Po chwili obaj przemówili jednocześnie:
— Po tym wszystkim, co pan dla mnie zrobił… — zaczął Strange.
— Sądzi pan, że jestem zły — wszedł mu pan Norrell w słowo.
Umilkli, a Strange skinął głową, dając panu Norrellowi do zrozumienia, żeby kontynuował.
— Sądzi pan, że jestem zły — powtórzył pan Norrell. — Ale nie jestem. Sądzi pan, że nie wiem, czemu pan to zrobił, ale wiem. Sądzi pan, że włożył w ten artykuł całe swoje serce i że teraz każdy w Anglii pana zrozumie. A cóż rozumieją? Nic. Ja rozumiałem pana, zanim napisał pan choćby słowo. — Umilkł, a jego twarz stężała, jakby chciał coś wyznać. — Napisał pan to dla mnie. Tylko dla mnie.
Strange otworzył usta, by zaprotestować. Po chwili zastanowienia doszedł jednak do wniosku, że to chyba prawda, milczał zatem.
— Naprawdę pan uważa, że nigdy nie czułem tej samej co pan… tęsknoty? — ciągnął pan Norrell. — Magia, którą stosujemy, jest magią Johna Uskglassa. Naturalnie że tak. A czymże by innym? Kiedyś, gdy byłem młody, zrobiłbym wszystko, zniósłbym wszystko, by go znaleźć i rzucić mu się do stóp. Usiłowałem go przywołać! Ha! Nieszczęsny młody głupiec — potraktować króla jak lokaja i żądać, by ze mną rozmawiał. Uważam za niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności, że nic mi z tego nie wyszło. Potem próbowałem odnaleźć go za pomocą starych zaklęć wyboru. Nawet nie zadziałały. Za młodu zmitrężyłem swoją magię na te poszukiwania. Przez dziesięć lat nie mogłem myśleć o niczym innym.
— Nigdy mi pan tego nie mówił. Pan Norrell westchnął.
— Chciałem pana uchronić przed powtórzeniem mego błędu. — Bezradnie uniósł ręce.
— Sam pan jednak twierdzi, że to się działo dawno temu, gdy był pan młody i niedoświadczony. Teraz stał się pan całkiem innym magiem, a i ja pochlebiam sobie, że nie jestem już zwykłym asystentem. Może spróbujemy ponownie?
— Nie sposób znaleźć tak potężnego maga, jeśli on sam nie chce zostać znaleziony — powiedział pan Norrell bezbarwnym głosem. — Szkoda zachodu na próby. Myśli pan, że jego obchodzi, co się dzieje z Anglią? Otóż nie. Opuścił nas już dawno temu.
— Opuścił? — Strange zmarszczył brwi. — To mocne słowo. Podejrzewam, że lata rozczarowań skłaniają człowieka do takich konkluzji. Ale jest wiele relacji osób, które widziały Johna Uskglassa długo po tym, jak podobno opuścił Anglię. Dziecko rękawicznika z Newcastle[94], farmer z hrabstwa York[95], baskijski marynarz[96]…
94
Pod koniec siedemnastego wieku w królewskim mieście Newcastle żył pewien rękawicznik, który miał córkę — małą, odważną istotkę, która pewnego dnia zaginęła. Szukali jej matka, ojciec i bracia. Szukali sąsiedzi, lecz nikt nie natrafił na żaden ślad. Późnym popołudniem dostrzegli dziecko, schodzące ze wzgórza kamienistą, pokrytą błotem drogą. Część poszukiwaczy myślała przez chwilę, że nieopodal widzi jakąś postać, lecz dziewczynka dotarła do domu sama. Zupełnie nic jej się nie stało, a kiedy zdołano poskładać wszystkie fragmenty jej opowieści, przedstawiała się ona następująco:
Mała wyszła z domu, żeby pobłąkać się po mieście. Wkrótce natrafiła na ulicę, której nigdy wcześniej nie widziała. Ulica była szeroka, wybrukowana i prowadziła pod górę, wyżej niż kiedykolwiek dotarła dziewczynka, wprost do bramy, podwórca i ogromnego domu z kamienia. Dziecko weszło do budynku i zajrzało do wielu pokojów, lecz wszędzie panowała cisza i pustka, wszędzie leżał kurz i biegały pająki. Z jednej strony domu znajdował się apartament, w którym na ściany i podłogę padały cienie liści, jakby za oknami rosły zielone drzewa (była zima). W jednym z pokojów wisiało tylko długie lustro. Pokój i zwierciadło najwyraźniej się pokłóciły, gdyż w odbitym w lustrze pomieszczeniu przebywało mnóstwo ptaków, podczas gdy w rzeczywistości pokój był całkiem pusty. Mimo to dziecko rękawicznika wszędzie słyszało ich śpiew. W domu ciągnął się długi ciemny korytarz. Z jego końca dobiegał szum wody, jakby znajdowało się tam mroczne morze lub rzeka. Z okien niektórych pokojów widać było Newcastle, z innych dziecko dostrzegło zupełnie odmienne miasto, a z jeszcze innych — wysokie dzikie wrzosowiska i zimne błękitne niebo.
Dziewczynka zobaczyła kręte schody. Na dole były szerokie, lecz gwałtownie się zwężały i coraz bardziej wiły, aż wreszcie na samej górze zmieniały się w szczeliny i szczerby w murze. Tylko dziecko mogło je dostrzec i tylko ono mogło się przez nie prześliznąć. Te położone najwyżej prowadziły do drzwiczek ze zwykłego drewna.
Nie mając powodów do obaw, dziewczynka pchnęła drzwi i niemal natychmiast krzyknęła. Wydało się jej, że tysiące ptaków fruwało w powietrzu, przez co nie wiedziała, czy to dzień, czy noc, bo widać było tylko plątaninę czarnych skrzydeł. Wiał wiatr jakby z oddali; dziewczynka miała wrażenie, że dotarła do kruczego nieba. Dziecko rękawicznika przestraszyło się okropnie, lecz w następnej chwili usłyszało, jak ktoś woła je po imieniu. Ptaki momentalnie znikły, a dziewczynka znalazła się w małym pokoju o kamiennych ścianach i kamiennej podłodze. W pomieszczeniu nie było żadnych mebli, lecz na podłodze siedział mężczyzna, który skinął na małą, ponownie wymówił jej imię i powiedział, by się nie obawiała. Miał długie włosy i dziwne czarne obszarpane ubranie. Nic nie wskazywało na to, że jest królem, a jedynym magicznym przedmiotem była wielka srebrna misa z wodą, stojąca u jego stóp. Dziewczynka spędziła kilka godzin z mężczyzną, a gdy zapadł zmierzch, nieznajomy sprowadził ją na dół budynku i do miasta, skąd dotarła do domu.
96
Bodaj najdziwniejszą historię o powrocie Johna Uskglassa opowiedział pewien baskijski marynarz, który przeżył rozbicie wielkiej armady hiszpańskiego króla. Okręt marynarza zatonął podczas burzy u północnych wybrzeży Anglii, ale marynarzowi i jego dwóm kompanom udało się dotrzeć na ląd. Obawiali się podchodzić do wsi, lecz była zima i okolicę skuwał lód — mogli zamarznąć. Gdy nadeszła noc, ujrzeli pusty kamienny budynek na wysokim, nagim i zamarzniętym wzgórzu. W środku panowały niemal kompletne ciemności, lecz wysoko w ścianie znajdowały się szczeliny, przez które wpadało światło gwiazd. Marynarze legli na gołej ziemi i zasnęli.
Baskijskiemu marynarzowi przyśniło się, że obserwuje go król. Gdy się ocknął, zimowy mrok nad jego głową przeszywały snopy przyćmionego szarego światła. Wydało mu się, że w cieniu po drugiej stronie budynku widzi kamienne podium. Gdy światło nabrało intensywności, na podium ujrzał krzesło lub tron, a na nim mężczyznę. Był on blady, otulony czarną szatą, miał długie, czarne włosy. Przerażony marynarz obudził kompanów i pokazał im nieznajomego na tronie. Obcy zdawał się ich obserwować. Nawet nie drgnął, mimo to rozbitkom nie przyszło do głowy, że mężczyzna być może nie żyje. Rzucili się pędem ku drzwiom i uciekli przez zamarznięte pola.
Baskijski marynarz wkrótce stracił towarzyszy: jeden z nich zmarł w ciągu tygodnia z zimna i przygnębienia, a drugi uparł się wrócić do Zatoki Biskajskiej, więc udał się na południe. Nikt nie wie, co się z nim stało. Baskijski marynarz pozostał w Cumbrii, gdzie przygarnęli go miejscowi rolnicy. Został służącym na jednej z farm i poślubił młodą dziewczynę z sąsiedniego gospodarstwa. Przez całe życie opowiadał historię o kamiennym budynku na wysokich wzgórzach, a jego nowi przyjaciele i sąsiedzi przekonali go, że mężczyzną na czarnym tronie był Król Kruków. Bask nigdy nie odnalazł domu z kamienia, nie udało się to także jego dzieciom i przyjaciołom.
Przez całe życie, za każdym razem, kiedy wchodził do ciemnych pomieszczeń, mówił: „Pozdrawiam cię, Panie, i przyjmuję cię całym sercem” — na wypadek gdyby czekał na niego w mroku blady król o długich, czarnych włosach. Król mógł przebywać w tysiącu miejsc w całej północnej Anglii, w tysiącu mrocznych miejsc.