Выбрать главу

Przez następne dwa tygodnie Strange przywoływał wizje miejsc, w których zdaniem księcia mogłaby się pojawić francuska armia. Dowódca ofiarował magowi pomoc w postaci wielkiej mapy oraz w osobie młodego oficera, Williama Hadleya-Brighta.

Hadley-Bright należał do tych szczęśliwców, których fortuna obsypała darami. Wszystko przychodziło mu bez trudu. Był uwielbianym jedynakiem, synem bogatej wdowy. Pragnął robić karierę w wojsku — przyjaciele zapewnili mu przydział do modnego pułku. Brakowało mu przygód i mocnych wrażeń — książę Wellington wybrał go do grona swych adiutantów. Potem, kiedy młodzieniec uznał, że jedyną rzeczą bardziej zajmującą od wojaczki jest angielska magia, książę przydzielił go do pomocy niezwykłemu i tajemniczemu Jonathanowi Strange’owi. Tylko osoby o nadzwyczaj zgorzkniałym usposobieniu mogły nie lubić Hadleya-Brighta i nie cieszyć się jego sukcesami. Innych rozbrajała jego radość i pogoda ducha.

Dzień po dniu Strange i Hadley-Bright obserwowali stare fortyfikacje miejskie na zachodzie Belgii, oglądali szare wiejskie dróżki, patrzyli na rozległe puste pola, rozpościerające się pod jeszcze bardziej rozległymi chmurami. Francuzi jednak nie nadchodzili.

Pewnego gorącego, parnego dnia w połowie czerwca obaj siedzieli skoncentrowani na tym, co zwykle. Było około trzeciej po południu. Służący zapomniał wynieść brudne filiżanki po kawie i teraz brzęczała nad nimi mucha. Przez otwarte okno wpadała zmieszana woń końskiego potu, brzoskwiń i kwaśnego mleka. Hadley-Bright, zasiadający na jadalnianym krześle, demonstrował perfekcyjnie opanowaną umiejętność, jedną z najważniejszych dla żołnierza: zdolność zasypiania o każdej porze, bez względu na okoliczności.

Strange zerknął na mapę i losowo wybrał miejsce. W wodzie wypełniającej srebrne naczynie pojawiło się rozdroże, w pobliżu stała farma z dwoma lub trzema budynkami. Mag przypatrywał się przez chwilę obrazowi, lecz nie dostrzegł nic niepokojącego, więc przymknął oczy i już miał zasnąć, gdy nagle ujrzał grupę żołnierzy ustawiających pod wiązami działo w pozycji bojowej. Wyglądali na zaabsorbowanych pracą. Strange trącił nogą Hadleya-Brighta, by go zbudzić.

— Kim są ci ludzie? — spytał.

Asystent zamrugał oczami nad srebrną misą.

Żołnierze na rozstajach dróg nosili zielone płaszcze z czerwonymi dystynkcjami. W wizji pojawiało się coraz więcej oddziałów.

— Nassauczycy — wyjaśnił Hadley-Bright, mając na myśli podległe Wellingtonowi oddziały niemieckie. — Chłopcy księcia orańskiego. Nie ma się czym przejmować. Cóż to za okolica?

— Skrzyżowanie odległe o trzydzieści sześć kilometrów na południe od miasta. Miejsce zwane Quatre Bras.

— Och, szkoda na to czasu — ziewnął Hadley-Bright. — To po drodze do Charleroi. Jeśli się nie mylę, na drugim końcu stacjonuje pruska armia. Ciekawe, czy ci żołnierze powinni tam przebywać? — Zaczął wertować dokumenty opisujące rozmieszczenie rozmaitych wojsk sprzymierzonych. — Nie, naprawdę nie sądzę…

— A cóż to takiego? — przerwał Strange, wskazując na żołnierza w niebieskim płaszczu, który nagle pojawił się po drugiej stronie wzgórza z muszkietem gotowym do strzału.

Zapadła cisza.

— Francuz — mruknął Hadley-Bright.

— Czy on ma prawo tam być? — spytał mag.

Do pierwszego Francuza dołączył drugi. Potem zjawiło się jeszcze pięćdziesięciu. Z pięćdziesiątki zrobiły się dwie setki, trzy setki, tysiąc! Na wzgórzu zaroiło się od Francuzów jak na starym serze od larw. W następnej chwili wszyscy przystąpili do ostrzeliwania nassauczyków stojących na skrzyżowaniu dróg. Potyczka nie trwała długo. Nassauczycy wystrzelili z armat, a Francuzi, najwyraźniej nie dysponujący własną bronią ciężką, wycofali się za wzgórze.

— Ha! — wykrzyknął zachwycony Strange. — Pokonani! Uciekli!

— Tak, ale właściwie skąd oni się tam wzięli? — zamyślił się Hadley-Bright. — Czy może pan zajrzeć za wzgórze?

Strange dotknął powierzchni wody i obrócił dłoń nad misą. Rozstaje dróg znikły, a w ich miejsce pojawił się doskonały widok na francuską armię — jeśli nie na całą, to przynajmniej na jej zasadniczą część.

Hadley-Bright wyglądał jak marionetka z odciętymi sznurkami. Strange zaklął po hiszpańsku (w języku, który w naturalny sposób kojarzył z wojną). Armie sprzymierzone znajdowały się w całkowicie nieodpowiednim miejscu. Oddziały Wellingtona zgromadzono na zachodzie, by broniły do ostatniej kropli krwi wszystkich miejsc, których Napoleon wcale nie zamierzał atakować. Generał Blucher oraz pruska armia stacjonowali za daleko na wschodzie, by stawić czoło wojskom francuskim, nieoczekiwanie przybywającym z południa. Biorąc pod uwagę rozmieszczenie sił sprzymierzonych, nassauczycy (w liczbie trzech do czterech tysięcy) stanowili jedyną przeszkodę na drodze Francuzów zdążających do Brukseli.

— Proszę pana! Niechże pan natychmiast coś zrobi, błagam! — krzyknął Hadley-Bright.

Strange odetchnął głęboko i szeroko rozłożył ramiona, jakby gromadził całą znaną sobie magię.

— Szybciej, proszę pana, szybciej!

— Mogę przenieść miasto — zamyślił się Strange. — Jestem w stanie przenieść Brukselę. Potrafię ją ukryć w miejscu, którego Francuzi nie znajdą.

— Przenieść Brukselę? — gorączkował się Hadley-Bright, chwytając ręce Strange’a i opuszczając je siłą. — Dokąd? Jesteśmy otoczeni przez wojsko. Własne wojsko! Jeśli przeniesie pan Brukselę, zajdzie niebezpieczeństwo zmiażdżenia części naszych pułków, zgniecenia ich budynkami i kamieniami brukowymi. Książę nie będzie zadowolony. Potrzebuje każdego żołnierza.

Strange pomyślał jeszcze chwilę.

— Mam! — wykrzyknął nagle.

Powiał lekki wiatr. Nie był nieprzyjemny, przeciwnie, niósł z sobą odświeżającą woń oceanu. Hadley-Bright wyjrzał przez okno. Za domami, kościołami, pałacami i parkami ciągnęły się pasma grzbietów górskich, których jeszcze przed chwilą tam nie było. Wszystkie miały barwę czarną, jakby skrywały się pod sosnami. Powietrze stało się wyraźnie świeższe.

— Gdzie jesteśmy? — spytał Hadley-Bright.

— W Ameryce — oznajmił Strange. — Na mapach zawsze wydawała mi się taka pusta… — dodał tytułem wyjaśnienia.

— Dobry Boże! Ależ nasza sytuacja wcale się nie poprawiła! Czyżby zapomniał pan, że całkiem niedawno podpisaliśmy układ pokojowy z Ameryką? Nic nie zdenerwuje Amerykanów bardziej niż pojawienie się na ich ziemi europejskiego miasta!

— Och, możliwe! Niemniej nie ma powodów do zmartwień, zapewniam pana. Jesteśmy daleko od Waszyngtonu, Nowego Orleanu czy też innego miejsca, w którym toczyły się bitwy. Dzielą nas od tamtych okolic setki kilometrów. Co najmniej… Właściwie nie jestem dokładnie pewien, jaki to dystans. Czy to ma znaczenie[99]?

Hadley-Bright wybiegł na dwór, by odszukać księcia i poinformować go, że Francuzi stacjonują w Belgii, a on, Wellington, bynajmniej.

Jaśnie oświecony książę (który akurat jadł podwieczorek w towarzystwie kilku brytyjskich polityków oraz belgijskich hrabin) wysłuchał wieści z typowym dla siebie niezmąconym spokojem. Pół godziny później pojawił się jednak w hotelu goszczącym Strange’a. Wraz z nim przybył szef służby kwatermistrzowskiej pułkownik De Lancey. Dowódca z ponurą miną zajrzał do srebrnej misy.

вернуться

99

Mieszkańcy Brukseli oraz członkowie rozmaitych armii zajmujących miasto z zainteresowaniem przyjęli do wiadomości, że znaleźli się w odległym kraju. Niestety, zbytnio pochłonęły ich przygotowania do nadchodzącej bitwy (a bogatszą i bardziej frywolną część populacji przygotowania do wieczornego balu u księżnej Richmondu), toteż mało kto znalazł czas na wyprawę po okolicy i poznanie mieszkańców Ameryki. W rezultacie przez długi czas nie uświadamiano sobie, gdzie dokładnie Strange umieścił Brukselę tamtego czerwcowego popołudnia.

W 1830 roku pewien handlarz i traper, Pearson Denby, wędrował przez Krainę Wielkich Równin. W trakcie podróży spotkał znajomego wodza plemienia Lakota, imieniem Człowiek Który Lęka się Wody. Wódz spytał, czy Denby potrafiłby zdobyć dla niego czarne kule z piorunami, i wyjaśnił, że wybiera się na wojnę z wrogiem i pilnie takich kul potrzebuje. Podobno swego czasu dysponował około pięćdziesięcioma sztukami i zawsze korzystał z nich z umiarem, niemniej zapas się już skończył. Denby nie zrozumiał. Spytał zatem Człowieka Który Lęka się Wody, czy chodzi mu o amunicję do karabinów. Nie, usłyszał w odpowiedzi, chodzi o coś podobnego, lecz znacznie większego. Wódz zaprowadził Denby ego do obozu i zaprezentował mu mosiężną pięcioipółcalową haubicę wyprodukowaną przez Carron Company z Falkirk w Szkocji. Denby nie krył zdumienia i spytał, jak Człowiek Który Lęka się Wody zdobył działo. Wódz wytłumaczył, że na pobliskich wzgórzach mieszka plemię Niedokończonych Ludzi. Pewnego lata stworzono ich zupełnie nieoczekiwanie, lecz ich twórca ofiarował im tylko jedną z potrzebnych człowiekowi do życia umiejętności: znajomość walki. Brakowało im wszystkich innych zdolności — nie mieli pojęcia, jak upolować bizona czy antylopę, jak okiełznać konia i jak zbudować dla siebie dom. Nie potrafili nawet zrozumieć siebie nawzajem, bo zwariowany twórca obdarował ich czterema bądź pięcioma językami. Mieli oni jednak działo, które sprzedali za żywność Człowiekowi Który Lęka się Wody.

Zaintrygowany Denby odszukał plemię Niedokończonych Ludzi. Z początku nie wiedział, czym różnili się oni od innych plemion, lecz po chwili dostrzegł, że starsi mężczyźni mają osobliwie europejski wygląd, a część z nich posługuje się językiem angielskim. Niektóre z ich obyczajów niczym się nie różniły od tych, które pielęgnowało plemię Lakota, lecz inne najwyraźniej wyrastały z europejskiej tradycji wojskowej. Ich język kojarzył się z językiem ludu Lakota, lecz zawierał wiele słów angielskich, holenderskich i niemieckich.

Pewien mężczyzna, znany jako Robert Heath (nazywany też Małym Człowiekiem Który za Dużo Mówi), poinformował Denby’ego, że popołudniem 15 czerwca 1815 roku wszyscy oni zdezerterowali z kilku armii pułków, gdyż na następny dzień planowano wielką bitwę, a oni żywili silne przekonanie, że zginą, jeśli zostaną w szeregach. Pytał, kto jest teraz królem Francji, książę Wellington czy też Napoleon Bonaparte? Denby nie miał pojęcia. „Cóż — westchnął filozoficznie Heath — to w sumie nieistotne. Ktokolwiek zasiadłby na tronie, życie takich jak my ludzi i tak toczyłoby się bez zmian”.