Выбрать главу

— Na Boga, Napoleon mnie przechytrzył! — krzyknął. — Panie De Lancey, proszę natychmiast spisać nowe rozkazy. Armia musi się zebrać pod Quatre Bras.

Biedny pułkownik De Lancey wpadł w panikę.

— Ale jak przekażę rozkazy oficerom, skoro dzieli nas cały Atlantyk? — spytał.

— Och — mruknął jaśnie oświecony książę — pan Strange się tym zajmie.

Wellington nagle zauważył za oknem czterech jeźdźców, którzy nosili się jak królowie i mieli miny cesarzy. Ich skóra była barwy mahoniu, długie włosy lśniły czernią kruczego skrzydła. Ubrali się w skóry zdobione igłami jeżozwierza. Każdy miał karabin w skórzanym pokrowcu, groźnie wyglądającą włócznię (przyozdobioną piórami jak ich głowy) oraz łuk.

— Och, panie De Lancey, jeszcze jedno! Niechże pan kogoś znajdzie, by spytać tych jegomościów, czy mieliby ochotę jutro powalczyć. Wyglądają na takich, co znają się na rzeczy.

Mniej więcej godzinę później w mieście Ath, oddalonym o trzydzieści pięć kilometrów od Brukseli (a raczej o trzydzieści pięć kilometrów od miejsca, gdzie zwykle leżała Bruksela), pewien patissier wyciągnął z pieca tacę pełną małych ciasteczek. Kiedy wystygły, na każdym narysował różowym lukrem literę — choć nigdy wcześniej tego nie robił. Jego żona (nie znająca ani jednego angielskiego słowa) przełożyła ciastka na drewnianą tacę, którą wręczyła sous-patissier. Ten zaniósł ją do kwatery głównej sprzymierzonej armii, gdzie sir Henry Clinton wydawał rozkazy oficerom. Sous-patissier wręczył tacę sir Henry’emu. Ten wziął jeden smakołyk i już miał go wsunąć do ust, kiedy major Norcott z 95. Pułku Strzelców krzyknął zdumiony. Przed nimi, napisana różowym lukrem na małych ciasteczkach, widniała wiadomość od Wellingtona, nakazująca sir Henry’emu przesunąć 2. Dywizję Piechoty do Quatre Bras z jak najmniejszym opóźnieniem. Sir Henry ze zdumieniem podniósł wzrok. Sous-patissier spoglądał na niego rozpromieniony.

Mniej więcej w tym samym czasie dowódca 3. Dywizji, hanowerczyk, sir Charles Alten, ciężko pracował w zamku oddalonym o czterdzieści pięć kilometrów na południowy zachód od Brukseli. Kiedy przypadkiem wyjrzał przez okno, zwrócił uwagę na małą i osobliwą burzę, która rozpętała się na podwórzu. Deszcz padał na sam jego środek, wcale nie dotykając murów. Zaintrygowany sir Charles wyszedł na dwór, by się lepiej przyjrzeć. Na ziemi widniał oficjalny list sporządzony kroplami deszczu:

Bruksela, 15 czerwca 1815 roku

Natychmiast skierować Dywizję do Quatre Bras.

Wellington

Tymczasem część holenderskich i belgijskich dowódców w armii Wellingtona dowiedziała się z własnych źródeł, że Francuzi stacjonują w Quatre Bras. W związku z tym generałowie zmierzali już w tamte strony wraz z 2. Dywizją Holenderską. Generałowie ci (których nazwiska brzmiały Rebecq i Perponcher) byli bardzo zirytowani, kiedy stado ptaków usiadło na okolicznych drzewach i zaczęło ćwierkać:

Wyjaśnijmy księcia zamiary: W Quatre Bras Francuzów są koszary. Niech zdążą tam księcia wojsk chmary, By na rozstajach dróg losu poznać dary.

— Tak, tak! Wiemy! — krzyczał generał Perponcher, wymachując rękami, by spłoszyć ptaki. — Wynocha stąd, przebrzydłe stworzenia!

Ptaki jednak tylko podfrunęły bliżej, a niektóre wręcz usiadły na ramionach generała i jego koniu, gdzie irytująco i natrętnie śpiewały dalej:

Tam sławę zdobyć można będzie. „Nie bójcie się!” — brzmi księcia orędzie. Wszystkie plany armii są jasne jak łabędzie. Idźcie już, ale szybko, a dojdziecie wszędzie!

Ptactwo towarzyszyło żołnierzom przez resztę dnia, ani przez moment nie przestając świergotać i ćwierkać tej samej irytującej piosenki. Generał Rebecq — którego angielszczyzna była bez zarzutu — złapał jednego ptaka i próbował nauczyć go nowej piosenki, w nadziei że stworzenie powróci do Jonathana Strange’a i zaśpiewa mu, co następuje:

Gdy maga się wykopie, to lud się rozweseli Od Maastricht do Brukseli. Mag oberwie i poleci za sztuczki swe z łoskotem Do Maastricht i z powrotem[100].

O szóstej Strange na powrót przeniósł Brukselę do Europy. Pułki zakwaterowane w mieście niezwłocznie wymaszerowały przez bramę Namurską i podążyły drogą do Quatre Bras. Następnie Strange skoncentrował się na osobistych przygotowaniach do wojny. Zebrał srebrną misę, sześć ksiąg magii, kilka pistoletów, lekki letni płaszcz z wieloma niespotykanie głębokimi kieszeniami, dwanaście jaj na twardo, trzy butelki brandy, kilka plastrów pasztetu wieprzowego zawiniętego w papier oraz ogromny parasol z jedwabiu.

Następnego ranka, kiedy wszystkie te niezbędne drobiazgi spoczywały w rozmaitych kieszeniach jego płaszcza oraz przytroczone do siodła, pojechał wraz z księciem oraz jego sztabem ku skrzyżowaniu w Quatre Bras. Zgromadziło się tam już kilka tysięcy żołnierzy sił sprzymierzonych, lecz Francuzi jeszcze się nie pokazali. Od czasu do czasu rozlegał się strzał z muszkietu, lecz niczym nie różnił się od hałasu broni dżentelmenów polujących w angielskich lasach.

Kiedy Strange się rozglądał, na jego ramieniu przysiadł drozd i rozpoczął treclass="underline"

Wyjaśnijmy księcia zamiary: w Quatre Bras Francuzów są koszary.

— Co takiego? — mruknął Strange. — Co ty tutaj robisz? Powinieneś był zniknąć wiele godzin temu!

Nakreślił w powietrzu znak Ormskirka, by cofnąć magiczne zaklęcie, a wówczas ptak odleciał. Ku konsternacji maga w tej samej chwili całe stado zerwało się do lotu. Strange rozejrzał się nerwowo, chcąc sprawdzić, czy ktoś zauważył jego czary, ale ponieważ wszyscy wydawali się zaaferowani sprawami wojskowymi, uznał, że zachował się dyskretnie.

Znalazł sobie miejsce, które mu najbardziej odpowiadało — w okopie, tuż przed jedną z farm w Quatre Bras. Rozstaje dróg znajdowały się na prawo od Strange’a, na lewo stacjonowali żołnierze 92. Pułku Szkotów pod dowództwem pułkownika Gordona. Mag wydobył z kieszeni jaja na twardo i wręczył je tym Szkotom, którzy jego zdaniem mieliby ochotę coś przekąsić. (W czasie pokoju ludzie z reguły muszą się sobie jakoś przedstawić, by zawrzeć znajomość; na wojnie ułatwia im to drobny poczęstunek). Szkoci ofiarowali mu w zamian nieco słodkiej herbaty z mlekiem i wkrótce wszyscy toczyli przyjacielską pogawędkę.

Dzień był upalny. Droga prowadziła między polami żyta, które w jaskrawym słońcu wydawały się jaśnieć z niemal nieziemską intensywnością. Pięć kilometrów dalej trwała potyczka pruskiej armii z Francuzami — słychać było niezbyt donośne odgłosy wystrzałów armatnich oraz ludzkie krzyki. Wszystko to zdawało się zwiastować nadchodzące wydarzenia. Tuż przed południem w oddali rozległo się dudnienie bębnów i złowrogie śpiewy. Ziemia zadrżała od stąpnięć dziesiątków tysięcy stóp, a przez żyto zaczęły brnąć szerokie kolumny francuskiej piechoty.

Książę nie wydal Strange’owi żadnych konkretnych rozkazów, toteż po rozpoczęciu walki mag rzucił to samo zaklęcie, które stosował na polach bitewnych Hiszpanii. Zesłał na Francuzów ogniste anioły, a także smoki, by zionęły na wroga ogniem. Iluzje były większe i bardziej wyraziste niż te, które prokurował na Półwyspie Iberyjskim. Kilka razy nawet wyszedł z okopu, by podziwiać swe efektowne dzieło. Tym samym zignorował ostrzeżenia Szkotów, że grozi mu postrzelenie.

вернуться

100

Generał Rebecą ułożył też holenderską wersję tej przyśpiewki, którą nucili jego żołnierze w drodze do Quatre Bras. Następnie wojacy nauczyli jej swych angielskich towarzyszy, dzięki czemu stała się później dziecięcą wyliczanką, popularną zarówno w Anglii, jak i w Holandii.