Выбрать главу

Przez trzy lub cztery godziny Strange pilnie rzucał zaklęcia, kiedy nagle coś się wydarzyło. Francuscy szaserzy przeprowadzili niespodziewany atak, próbując okrążyć księcia i jego sztab. Dżentelmeni musieli zrobić w tył zwrot i na złamanie karku pognać do linii wojsk sprzymierzonych. Najbliższą jednostką okazał się 92. Pułk Szkotów Gordona.

— Żołnierze! — krzyknął książę. — Padnij! Szkoci momentalnie padli plackiem. Strange wychylił głowę z okopu i ujrzał księcia na Kopenhadze[101], przeskakującego nad głowami podkomendnych. Jaśnie oświecony książę wydawał się nietknięty i sprawiał wrażenie bardziej ożywionego niż zaniepokojonego przygodą. Nagle dowódca się rozejrzał, a jego wzrok spoczął na Strange’u.

— Pan Strange! — powitał maga. — Cóż pan tutaj wyprawia? Kiedy zapragnę popisów magicznych rodem z ogrodów Vauxhall, z pewnością pana o nie poproszę![102] Francuzi widzieli mnóstwo tego typu spektakli w Hiszpanii i teraz w ogóle nie są nimi przerażeni, podczas gdy pańskie sztuczki są czymś całkiem nowym dla Belgów, Holendrów i Niemców w mojej armii. Przed chwilą widziałem, jak w tamtym lesie jeden z pańskich smoków dręczył kompanię wojsk brunszwickich. Czterech żołnierzy się przewróciło. Nie tędy droga, drogi panie! Nie tędy droga! — Z tymi słowami Wellington odgalopował.

Strange wbił wzrok w odjeżdżającego księcia. Miał ochotę wygłosić kilka cierpkich uwag na temat niewdzięczności dowódcy, by wojacy z 92. Pułku Szkotów Gordona poznali opinię drugiej strony, lecz żołnierze byli nieco zajęci, gdyż właśnie ostrzeliwano ich z armat i siekano szablami. Wobec tego sięgnął po mapę, wygramolił się z okopu i powędrował ku skrzyżowaniu dróg, gdzie sekretarz wojskowy księcia, lord Fitzroy Somerset, rozglądał się z wyraźnym niepokojem.

— Wasza lordowska mość? — odezwał się Strange. — Muszę pana o coś spytać. Jak przebiega bitwa?

Somerset westchnął.

— Wszystko dobrze się skończy — zapowiedział. — To jasne. Niemniej połowy armii wciąż jeszcze nie ma. Praktycznie nie dysponujemy żadną kawalerią. Wiem, że rozesłał pan rozkazy, lecz niektóre dywizje są zbytnio oddalone. Jeśli Francuzi pierwsi ściągną posiłki, wówczas… — Wzruszył ramionami.

— A jeśli Francuzi faktycznie przybędą, to skąd nadciągną? Z południa, jak mniemam?

— Z południa i z południowego wschodu. Strange nie powrócił na pole bitwy, lecz poszedł na farmę w Quatre Bras, znajdującą się tuż za liniami brytyjskimi. Gospodarstwo było zupełnie opustoszałe. Drzwi stały otworem, wiatr wywiewał zasłony z okien. Niedawni uciekinierzy w pośpiechu cisnęli na ziemię kosę i motykę. W półmroku cuchnącej mleczarni Strange ujrzał kotkę z gromadką nowo narodzonych kociąt. Za każdym razem, kiedy rozbrzmiewał huk wystrzałów (czyli często), kotka drżała. Mag przyniósł zwierzęciu miskę wody i łagodnie do niego przemówił. Usiadł na zimnych płytach chodnikowych i rozpostarł przed sobą mapę, a następnie przystąpił do przemieszczania dróg, ścieżek i wiosek na południe i na wschód od pola bitwy. Na początek zmienił lokalizację dwóch wsi. Potem sprawił, że wszystkie drogi biegnące ze wschodu na zachód biegły teraz z północy na południe. Odczekał dziesięć minut i przywrócił pierwotny porządek. Następnie obrócił wszystkie lasy w okolicy, tak że skierowały się w przeciwną stronę. Nakazał wodom potoków popłynąć w odwrotnym kierunku. Godzina po godzinie zmieniał krajobraz. Zajęcie było skomplikowane i wyczerpujące — pod tym względem ogromnie przypominało wszystko to, co Strange robił z Norrellem. O wpół do siódmej usłyszał w oddali trąby wojsk sprzymierzonych. O ósmej wstał i wyprostował zdrętwiałe kończyny.

— Problem polega na tym — zwrócił się do kotki — że nie mam zielonego pojęcia, czy moje poczynania cokolwiek dały[103].

Nad polami zawisł czarny dym. Nadleciały setki wron i kruków, ponurych uczestników każdej bitwy. Strange przekonał się, że jego szkoccy przyjaciele znaleźli się w wyjątkowo żałosnym położeniu. Zdobyli co prawda dom przy drodze, lecz podczas natarcia stracili połowę ludzi i dwudziestu pięciu z trzydziestu sześciu oficerów, wliczając w to pułkownika — człowieka, którego wielu z nich traktowało jak ojca. Niejeden weteran siedział z twarzą ukrytą w dłoniach i płakał.

Francuzi najwyraźniej powrócili do Frasnes, miasta, z którego wyruszyli rankiem. Strange spytał kilka osób, czy świadczy to o zwycięstwie sprzymierzonych, lecz nikt nie potrafił udzielić mu jednoznacznych informacji.

Tamtej nocy mag spał w Genappe, wsi oddalonej o pięć kilometrów i leżącej na drodze do Brukseli. Strange jadł właśnie śniadanie, kiedy przybył kapitan Hadley-Bright z wiadomościami: poprzedniego dnia sojusznicza pruska armia poważnie ucierpiała w trakcie walk.

— Prusacy pokonani? — spytał Strange.

— Nie, ale się wycofali. Książę twierdzi, że musimy postąpić tak samo. Jego wysokość wybrał miejsce bitwy. Tam spotkamy się z Prusakami. Miejscowość nosi nazwę Waterloo.

— Waterloo? Nigdy nie słyszałem — skomentował Strange.

— Ja też nie potrafiłem znaleźć tego miasteczka na mapie.

— Och! — westchnął mag. — W Hiszpanii bez przerwy borykaliśmy się z takimi trudnościami. Ponad wszelką wątpliwość osoba, która dostarczyła panu informacji, przekręciła nazwę. Proszę mi wierzyć: takie miejsce jak Waterloo nie istnieje!

Wczesnym popołudniem obaj dosiedli koni i właśnie mieli wyruszyć z wioski w ślad za armią, kiedy dotarła do nich wiadomość od Wellingtona: nadciągała dywizja francuskich lansjerów. Czy w związku z tym pan Strange nie mógłby podziałać im na nerwy? Strange, zaniepokojony perspektywą następnych oskarżeń o magię rodem z ogrodów Vauxhall, poprosił Hadleya-Brighta o radę.

— Czego najbardziej nienawidzą kawalerzyści? — spytał.

Hadley-Bright przez chwilę rozmyślał.

— Błota — zadecydował ostatecznie.

— Błota? Naprawdę? Tak, chyba ma pan rację. Cóż, niewiele jest rzeczy bardziej oczywistych i prostszych od magii pogodowej!

Niebo pociemniało. Nadciągnęła atramentowa chmura burzowa, wielka niczym Belgia i tak napuchnięta i ciężka, że jej poszarpane krawędzie zdawały się ocierać o wierzchołki drzew. W mroku zalśniła błyskawica i świat na krótką chwilę stał się biały niczym płótno. Rozległ się ogłuszający trzask i chlusnął deszcz tak gwałtowny, że ziemia wręcz się gotowała i syczała.

Okoliczne pola w kilka minut zmieniły się w trzęsawisko. Francuscy lansjerzy momentalnie stracili możliwość popisywania się tym, co lubili najbardziej, czyli szybką i brawurową jazdą. Tylne straże Wellingtona bezpiecznie umknęły.

Godzinę później Strange i Hadley-Bright ze zdumieniem odkryli, że miejscowość Waterloo naprawdę istnieje i że właśnie do niej dotarli. Mimo deszczu książę w wyjątkowo pogodnym nastroju spoglądał ze swego konia na umorusanych mężczyzn, zaprzęgi oraz wozy.

— Wyborne błoto, Merlinie! — zawołał beztrosko. — Nadzwyczaj lepkie i śliskie. Francuzom zupełnie się nie spodoba. Nieco więcej deszczu, jeśli łaska. Czy widzi pan to drzewo w miejscu, gdzie droga prowadzi w dół zbocza?

— Chodzi o tamten wiąz, wasza wysokość?

— Otóż to. Byłbym ogromnie zobowiązany, gdyby zatrzymał się pan tam podczas jutrzejszej bitwy. Sam będę się tam pojawiał od czasu do czasu, niemniej niezbyt często. Moi chłopcy przekażą panu stosowne polecenia.

Tamtego wieczoru rozmaite oddziały wojsk sprzymierzonych zajęły pozycje na południe od Waterloo. Nad nimi grzmiały pioruny, a deszcz lał się strumieniami. Od czasu do czasu do wiązu docierała grupka umorusanych żołnierzy, błagając Strange’a o to, by powstrzymał ulewę, lecz on tylko kręcił głową.

вернуться

101

Kopenhaga, słynny, wspominany już wcześniej kasztan księcia, 1808–1836.

вернуться

102

W 1810 roku panowie George i Jonathan Barratt, właściciele ogrodów Vauxhall, zaproponowali Strange’owi i Norrellowi zawrotną sumę w zamian za conocne pokazy magii. Pokazy miały wyglądać dokładnie tak jak czary Strange’a na polu bitwy: chodziło o iluzje stworzeń magicznych, słynnych postaci biblijnych, historycznych itd. Rzecz jasna, pan Norrell odrzucił ofertę.

вернуться

103

Ogólnie przyjęta magiczna technika wprowadzania zamętu w rozkładzie dróg, krajobrazów, pomieszczeń i innych przestrzeni fizycznych polega na stworzeniu labiryntu w ich obrębie. Strange nie poznał jednak tego sposobu aż do lutego 1817 roku. Mimo to jego poczynania najprawdopodobniej przesądziły o losach kampanii. Strange nie wiedział, że francuski generał D’Erlon usiłował dotrzeć na pole bitwy wraz z dwudziestotysięczną armią, lecz decydujące godziny spędził na marszu po okolicy, która co kilka minut zmieniała się w niewyjaśniony sposób. Gdyby on i jego żołnierze znaleźli właściwą drogę do Quatre Bras, bitwę prawdopodobnie wygraliby Francuzi i nigdy nie doszłoby do Waterloo. Strange’a uraziły szorstkie słowa księcia, których wysłuchał wcześniej tego samego dnia, i z tego powodu nikomu nie wspomniał o tym, co uczynił. Prawdę wyjawił później Johnowi Segundusowi oraz Thomasowi Levy’emu. W rezultacie historycy opisujący wydarzenia z Quatre Bras ze zdumieniem odnotowywali niepowodzenie D’Erlona, a ich wątpliwości rozwiały się dopiero po opublikowaniu w 1820 roku Życia Jonathana Strange’a pióra Johna Segundusa.