Выбрать главу

Teraz Stephen stał w niewielkim pomieszczeniu wyłożonym ciemnym drewnem. Większość miejsca zajmował stół przykryty obrusem ze szkarłatnego płótna, o szerokiej i bogato zdobionej, srebrno-złotej bordiurze. Rozłożono na nim mnóstwo talerzy. Zdobione klejnotami dzbany wypełniało wino. Świece z wosku w złotych świecznikach rzucały złocistą poświatę na ściany, a nad dwiema złotymi kadzielnicami unosił się wonny dym. Poza stołem w pokoju znajdowały się jedynie dwa rzeźbione krzesła obite złotą tkaniną. Leżały na nich wygodne haftowane poduszki. Jedno z krzeseł zajmował dżentelmen o włosach jak puch ostu.

— Dobry wieczór, Stephenie!

— Dobry wieczór panu.

— Jesteś nieco blady, Stephenie. Mam nadzieję, że dobrze się czujesz.

— Trochę brak mi tchu. Te nagłe wędrówki do obcych krajów i na inne kontynenty są nieco kłopotliwe.

— Och, nadal jesteśmy w Londynie, Stephenie. To kawiarnia Jerozolimska na Cowper’s Court. Nie znasz jej?

— Och, w rzeczy samej, panie. Za kawalerskich czasów sir Walter często tu biesiadował z bogatymi przyjaciółmi. Kawiarnia jednak nigdy nie prezentowała się tak znakomicie. Właściwie nie rozpoznaję niemal żadnych dań na tym bankiecie.

— Ach, to dlatego, że zamówiłem dokładną kopię posiłku, który jadłem w tym miejscu czterysta bądź pięćset lat temu. Oto udziec pieczonego skrzydlatego smoka i pasztet z kolibrów w miodzie. Tu mamy pieczoną salamandrę w sosie z granatów. To delikatna potrawka z grzebieni bazyliszków z szafranem, sproszkowaną tęczą, zdobiona złotymi gwiazdami! A teraz siadaj i jedz, to najlepsze lekarstwo na zawroty głowy. Czego skosztujesz?

— Wszystko jest wspaniałe, panie, ale chyba wezmę zwykłe steki wieprzowe. Wyglądają bardzo smakowicie.

— Och, Stephenie! Jak zwykle twój dobry smak wpłynął na wybór najbardziej wyrafinowanego dania! Choć steki rzeczywiście wyglądają zwyczajnie, smażyły się w tłuszczu wytopionym z wyegzorcyzmowanych duchów czarnych świń, które nocą błąkają się po wzgórzach Walii, strasząc mieszkańców tego żałosnego kraju! Upiorność i zajadłość świń nadają stekom niezwykły posmak, całkiem niepodobny do innych! A sos do nich przyrządzono z wiśni z sadu centaura!

Dżentelmen podniósł wysadzany klejnotami pozłacany dzban i nalał Stephenowi wina.

— Oto wino z jednej z piekielnych winnic. Niech cię to jednak nie zniechęca! Na pewno słyszałeś o Tantalu, niegodziwym królu, który upiekł własnego syna i podał go bogom na ucztę? Musi teraz stać po szyję w wodzie, której nie wolno mu pić, pod gałęzią pełną winogron, których nie może zjeść. Wino wyciśnięto właśnie z nich. A ponieważ winorośl zasadzono tam wyłącznie po to, by dręczyć Tantala, możesz być pewien, że winogrona mają znakomity smak i aromat. Granaty zaś pochodzą z sadu Persefony.

Stephen skosztował wina i steków z wieprzowiny.

— Wyśmienite, panie. Przy jakiej okazji biesiadował tu pan poprzednio?

— Och, wraz z przyjaciółmi świętowałem wyjazd na krucjaty. Towarzyszyli mi William Lanchester[105] i Tom Dundell[106] oraz wielu innych szlachetnych lordów, rycerzy, chrześcijan i elfów. Rzecz jasna, wtedy nie była to kawiarnia, lecz gospoda. Z miejsca, w którym siedzieliśmy, rozciągał się widok na podwórze otoczone rzeźbionymi, pozłacanymi filarami. Służący, giermkowie i pachołkowie biegali w tę i z powrotem, przygotowując wszystko, byśmy mogli zadać straszliwy cios naszym niegodziwym wrogom. Po drugiej stronie podwórza znajdowały się stajnie. Odpoczywały w nich nie tylko najwspanialsze rumaki w Anglii, lecz także trzy jednorożce, które inny elf, mój kuzyn, zabierał do Ziemi Świętej, by ich rogami dziurawić nieprzyjaciół. Biesiadowało z nami kilku utalentowanych magów. W niczym nie przypominali patałachów, którzy teraz uchodzą za przedstawicieli tej profesji. Byli nie tylko przystojni, lecz także oddani swej sztuce! Ptaki na niebie nieruchomiały, by wysłuchać ich poleceń. Służyły im deszcze i rzeki. Wiatry z północy, południa i wszystkie inne istniały tylko po to, by spełniać ich rozkazy. Wznosili ręce, a miasta waliły się w gruzy albo powstawały! Jakiż to kontrast z tym okropnym staruchem, który siedzi w zakurzonym pokoju, mamrocząc pod nosem i wertując starą księgę. — Dżentelmen z zadumą żuł potrawkę z bazyliszka. — A ten drugi pisze książkę — dodał.

— Słyszałem o tym. Przyglądał mu się pan ostatnio?

— Ja? — Dżentelmen zmarszczył brwi. — Czyżbyś nie dosłyszał, że uważam tych magów za najgłupszych, najohydniejszych ludzi w Anglii? Nie, od chwili gdy opuścił Londyn, widuję go zaledwie dwa lub trzy razy w tygodniu. Kiedy pisze, topornie ostrzy pióro starym nożykiem. Mnie byłoby wstyd używać tak brzydkiego i zniszczonego narzędzia, ale ci magowie tolerują wszelkie obrzydlistwa, na których widok ty i ja wzdragalibyśmy się ze wstrętem! Czasem tak się zapamiętuje w pisaniu, że w ogóle zapomina o ostrzeniu pióra. Atrament kapie na kartki, do kawy, a on nie zwraca na to najmniejszej uwagi.

Stephen uznał za dziwne, że dżentelmen, który zamieszkiwał na wpół zrujnowaną posiadłość otoczoną ponurymi śladami minionych bitew, jest tak przeczulony na punkcie bałaganu w cudzych domach.

— A temat księgi? — zapytał. — Co pan o tym myśli?

— Bardzo to dziwne! Opisuje wszystkie najważniejsze objawienia przedstawicieli mojej rasy w tym kraju. To relacje z naszych interwencji w sprawy Wielkiej Brytanii dla dobra królestwa i chwały jego mieszkańców. Ciągle powtarza, że nowocześni magowie powinni nas wzywać i błagać o pomoc. Rozumiesz coś z tego, Stephenie? Bo ja nic. Kiedy usiłowałem zwabić króla Anglii do mego domu i okazywałem mu zainteresowanie, ten sam mag popsuł mi szyki. Wówczas najwyraźniej postanowił mnie obrazić.

— Być może nie rozumiał, kim pan jest — Stephen zasugerował łagodnie.

— Och! Kto wie, co rozumieją ci Anglicy? Ich myśli biegną dziwnymi torami! Obawiam się, Stephenie, że sam to odkryjesz, kiedy zostaniesz ich królem!

— Naprawdę nie pragnę być niczyim królem.

Zmienisz zdanie, gdy zaczniesz rządzić. Przygnębia cię myśl, że znajdziesz się z dala od Utraconej Nadziei i wszystkich przyjaciół. Ale rozchmurz się! Też byłbym nieszczęśliwy, gdyby twoja koronacja oznaczała nasze rozstanie. Nie widzę powodu, żebyś ciągle siedział w Anglii tylko dlatego, że jesteś jej władcą. Żadna osoba o dobrym smaku nie mogłaby spędzić w takim nudnym kraju więcej niż tydzień. Tydzień to nawet zbyt długo!

— Co jednak z moimi obowiązkami? Jeśli dobrze rozumiem, królowie mają mnóstwo zajęć, a choć nie chcę być królem, nie powinienem…

Najdroższy Stephenie! — przerwał mu dżentelmen z czułością i rozbawieniem. — Od czego są seneszalowie? Oni zajmą się nudnymi obowiązkami związanymi z rządzeniem. Ty będziesz bawił wraz ze mną w Utraconej Nadziei i tam oddawał się rozrywkom. Powrócisz tu od czasu do czasu, po to tylko, by zbierać podatki i dary od podbitych narodów i umieszczać je w banku. Podejrzewam, że raz na jakiś czas będziesz zmuszony pozostać w Anglii nieco dłużej, a wtedy namalują twój portret, poddani zaś będą cię jeszcze bardziej wielbić. Czasem łaskawie pozwolisz, by najpiękniejsze damy w kraju czekały w kolejce do ucałowania twej dłoni i by cię pokochały. Dopełniwszy obowiązku, z czystym sumieniem powrócisz do lady Pole i do mnie. — Nagle dżentelmen urwał i popadł w zadumę (co było dla niego raczej nietypowe), po czym dodał: — Muszę przyznać, że mój zachwyt nad piękną lady Pole nie jest tak bezgraniczny jak niegdyś. Spotkałem pewną damę, którą od niej wolę. Jest umiarkowanie ładna, lecz braki w urodzie nadrabia energicznym usposobieniem i elokwencją. Dama ta ma wielką przewagę nad lady Pole. Jak obaj wiemy, Stephenie, gdy lady Pole odwiedza mój dom, zawsze musi wrócić do siebie, zgodnie z umową, którą zawarłem z magiem. W przypadku tej damy nic mnie jednak nie wiąże. Gdy ją zdobędę, pozostanie u mego boku na zawsze!

вернуться

105

William Lanchester był seneszalem Johna Uskglassa oraz jego ulubionym sługą, czyli jednym z najważniejszych ludzi w Anglii.

вернуться

106

Thomas Dundale, pierwszy ludzki sługa Johna Uskglassa. Patrz tom III, rozdział pierwszy, przypis 2.