— Z widzenia. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Wydaje mi się, że Ford go zna.
(Ford był zarządcą majątku Strange’a).
— Cóż, David Evans i ja skończyliśmy nasze sprawy przed drugą, więc pilnie chciałem powrócić do domu. Wszędzie leżał głęboki śnieg, drogi pomiędzy naszą okolicą i Llanfair Waterdine są w opłakanym stanie. Pewnie pan tego nie wie, ale dom Davida Evansa stoi na wzgórzu. Rozciąga się stamtąd doskonały widok na zachód. Gdy wyszliśmy na zewnątrz, zobaczyliśmy, że zmierzają ku nam stamtąd wielkie szare chmury śniegowe. Pani Evans, matka Davida, nalegała, bym przenocował u nich i powrócił do domu następnego dnia, ale Evans i ja doszliśmy do wniosku, że wszystko będzie dobrze, pod warunkiem że natychmiast ruszę do domu najkrótszą drogą — innymi słowy, że dojadę do Wału Offy i przekroczę granicę, nim burza zdoła mnie złapać[107].
— Do Wału — powtórzył Strange i zmarszczył brwi. — To niebezpieczne miejsce, nawet latem, i bardzo odludne. Chybabym nie ryzykował. Pewnie jednak zna pan te wzgórza lepiej niż ja.
— Widzę, że jest pan ode mnie rozsądniejszy. Gdy jechałem ku Wałowi, zerwał się mocny wiatr, który wzbijał leżący na ziemi śnieg. Wkrótce sierść konia i mój płaszcz były białe jak stoki wzgórza, białe jak cała okolica. Wiatr wyczarowywał ze śniegu dziwaczne kształty, miałem wrażenie, że otaczają mnie wirujące duchy, złe widma i upadłe anioły rodem z opowieści tej arabskiej damy. Mój biedny wierzchowiec, zazwyczaj spokojne zwierzę, też chyba widział przerażające rzeczy. Jak może pan sobie wyobrazić, plułem sobie w brodę, że nie skorzystałem z gościnności pani Evans, kiedy nagle dobiegło mnie bicie dzwonu.
— Dzwonu? — powtórzył Strange.
— Tak, proszę pana.
— Ale jaki tam jest dzwon?
— No cóż, nie ma żadnego. Właściwie bardzo mnie dziwi, jak mogłem cokolwiek usłyszeć, skoro wył wiatr, a mój koń parskał.
Strange uznał, że pan Hyde przyszedł do niego wyjaśnić tę zagadkę, więc natychmiast zaczął opowiadać, że dźwięk dzwonu służył dawniej do obrony przed elfami i innymi złymi duchami. Mówił też, że niegodziwe elfy można było czasem przepędzić za pomocą kościelnych dzwonów. Ale należało również pamiętać, że elfy kochały dźwięk dzwonów. Elfiej magii często towarzyszyło ich bicie. Słyszano je również w chwilach, gdy elfy pojawiały się na tym świecie.
— Nie potrafię wyjaśnić tej sprzeczności — powiedział w końcu. — Magowie teoretycy głowili się nad tym przez całe wieki.
Pan Hyde wysłuchał przemowy Strange’a z uprzejmym zainteresowaniem.
— Ale ten dzwon to dopiero początek mojej opowieści — oznajmił, gdy gospodarz skończył swe wywody.
— Och — Strange wydawał się nieco zirytowany. — Proszę kontynuować.
— Dotarłem tak wysoko, że widziałem Wał, kilka skręconych drzew i fragmenty muru w ruinie. Popatrzyłem na południe i dostrzegłem, że wzdłuż Wału idzie ku mnie bardzo prędko pewna dama…
— Dama!
— Widziałem ją bardzo wyraźnie. Miała rozpuszczone włosy, które unosił wiatr i okręcał wokół jej głowy. — Pan Hyde uniósł ręce, żeby pokazać, jak włosy damy tańczyły w powietrzu pełnym śniegu. — Chyba do niej zawołałem. Odwróciła głowę i spojrzała na mnie, ale nie przystanęła, nawet nie zwolniła kroku. Znów się odwróciła, ale dalej wędrowała wzdłuż Wału, w otoczeniu śnieżnych zwidów. Miała na sobie jedynie czarną suknię — żadnego szala ani pelisy. Zacząłem się o nią obawiać. Pomyślałem, że pewnie spotkało ją coś strasznego, i zmusiłem swego biednego konia do truchtu. Usiłowałem nie spuszczać z niej wzroku, ale wiatr wciskał mi śnieg do oczu. Dotarłem do Wału, lecz już jej tam nie było. Jeździłem wzdłuż Wału, w tę i z powrotem. Szukałem, krzyczałem, aż zachrypłem — byłem pewien, że przewróciła się za stosem kamieni albo za zaspą lub wpadła w króliczą norę. A może uprowadził ją ten zły człowiek, który ją skrzywdził.
— Zły człowiek?
— Doszedłem do wniosku, że na Wał przyprowadził ją ktoś, kto pragnął wyrządzić jej krzywdę. Przecież słyszy się rozmaite okropne rzeczy.
— Zna pan tę damę?
— Tak, proszę pana.
— Któż to był?
— Pani Strange. Zapadła cisza.
— To niemożliwe — rzekł w końcu zakłopotany mag. — Drogi panie, gdyby coś przykrego spotkało panią Strange, sądzę, że ktoś by mnie o tym powiadomił. Nie jestem aż tak pochłonięty pracą. Przykro mi, ale pan się myli. Kimkolwiek była ta nieszczęsna kobieta, na pewno nie chodzi o panią Strange. Pan Hyde pokręcił głową.
— Gdybym ujrzał pana w Shrewsbury i Ludlow, być może nie od razu bym pana rozpoznał. Jednakże ojciec pani Strange był przez czterdzieści siedem lat wikariuszem w mojej parafii. Znam panią Strange, niegdyś pannę Woodhope, odkąd jako małe dziecko uczyła się stawiać pierwsze kroki w kościele w Clunbury. Nawet gdyby na mnie nie spojrzała, rozpoznałbym ją. Po sylwetce, sposobie chodzenia, po wszystkim.
— Co pan zrobił, gdy stracił ją pan z oczu?
— Od razu przyjechałem tutaj, ale pański sługa nie chciał mnie wpuścić.
— Jeremy? Ten sam, z którym przed chwilą pan rozmawiał?
— Tak. Powiedział mi, że pani Strange jest w domu, cała i zdrowa. Przyznaję, że mu nie uwierzyłem, więc obszedłem budynek i zajrzałem we wszystkie okna, aż w końcu zobaczyłem ją na sofie właśnie w tym pokoju. — Pan Hyde wskazał na sofę. — Miała na sobie bladoniebieską suknię, nie czarną.
— Och, nic w tym dziwnego. Pani Strange nigdy nie nosi czerni. Nie lubię tego koloru na młodej kobiecie.
Pan Hyde ponownie pokręcił głową i zmarszczył brwi.
— Bardzo chciałbym przekonać pana, że mówię prawdę, widzę jednak, że nie potrafię.
— A ja chciałbym panu wytłumaczyć, że mam rację. Niestety, też nie potrafię.
Przy pożegnaniu uścisnęli sobie dłonie.
— Nigdy nie życzyłem jej nic złego, proszę pana. — Pan Hyde popatrzył z powagą na Strange’a. — Świadomość, że jest bezpieczna, przynosi mi wielką ulgę.
Strange skłonił głowę.
— Nie dopuścimy, by było inaczej.
Gdy za panem Hyde’em zamknęły się drzwi, Strange odczekał chwilę i poszedł szukać Jeremy’ego.
— Dlaczego nie mówiłeś, że był tu wcześniej? — spytał.
Jeremy prychnął lekceważąco.
— Mam dość rozumu, by nie zawracać panu głowy bzdurami! Damy w czarnych sukniach błąkające się po okolicy w czasie śnieżnej burzy, też coś!
— Mam nadzieję, że nie potraktowałeś go zbyt obcesowo.
— Ja? Ależ skąd!
— Może był pijany. O, właśnie. Z pewnością on i David Evans uczcili pomyślną transakcję.
Jeremy zmarszczył brwi.
— Wątpię, proszę pana. David Evans to pastor w kościele metodystów.
— Och. Hm, pewnie masz rację. Poza tym to, o czym mówił, to nie pijackie omamy, lecz raczej coś, co mógłby wyobrazić sobie czytelnik powieści pani Radcliffe po zażyciu opium.
Wizyta pana Hyde’a wytrąciła Strange’a z równowagi. Wizja Arabelli błąkającej się w śniegu po wzgórzach była niepokojąca. Mimowolnie powracał myślą do własnej matki, która lubiła wędrować po okolicy, by uciec od smutków nieudanego małżeństwa, i w końcu przeziębiła się podczas burzy i umarła.
Tego wieczoru przy kolacji powiedział do Arabelli:
— Dziś odwiedził mnie John Hyde. Twierdzi, że widział, jak w ostatni wtorek w środku burzy śnieżnej spacerowałaś po Wale.
— Nie!
107
Wał Offy to wielki mur z ziemi i kamieni, obecnie w dużej części zniszczony, oddzielający Walię od Anglii. Został wzniesiony przez Offy, żyjącego w ósmym wieku króla Mercji, który wiedział z doświadczenia, że nie należy ufać walijskim sąsiadom.