Strange nie skomentował tej propozycji, tylko nagle zwrócił się do żony:
— Najdroższa, mam nadzieję, że podoba ci się ten dom? Obawiam się, że do tej pory nie przyszło mi do głowy spytać cię o to. Powiedz, że go nie lubisz, a natychmiast przeniesiemy się w inne miejsce!
Arabella zaśmiała się i odparła, że dom jej odpowiada.
— Przykro mi, Henry, aleja również jestem zadowolona z położenia stajni — dodała.
Henry postanowił spróbować raz jeszcze.
— Na pewno zgodzicie się ze mną, że można by wyciąć drzewa, które tłoczą się wokół domu i zacieniają każdy pokój. Rosną, gdzie im się podoba — pewnie tam, gdzie spadnie żołądź lub nasionko.
— Co takiego? — spytał Strange, który podczas rozmowy zdążył powrócić do lektury.
— Drzewa — wyjaśnił mu Henry.
— Jakie drzewa?
— Te — Henry wskazał na zastępy starych pięknych dębów, jesionów i buków.
— Te drzewa to wzorowi sąsiedzi. Pilnują własnych spraw i nigdy mnie nie kłopoczą. Mam nadzieję, że odwdzięczam im się tym samym.
— Ale zasłaniają światło.
— Ty też, Henry, jednak nie zamachnąłem się na ciebie siekierą.
Choć Henry nieustannie krytykował tereny i stan Ashfair, tak naprawdę jednak najbardziej przeszkadzała mu przedziwna atmosfera panująca w domu. Kiedy Strange zajął się magią, Henry niezbyt się tym przejął. Wtedy informacje o cudownych dokonaniach pana Norrella dopiero zaczynały krążyć po królestwie. Magia wydawała się jedynie ezoteryczną gałęzią historii, rozrywką bogatych próżniaków. Henry nadal ją tak postrzegał. Szczycił się bogactwem, posiadłością, pozycją Strange’a, ale nie jego magią. Zawsze był nieco zdumiony, kiedy ktoś gratulował mu powinowactwa z drugim największym magiem epoki.
Henry nie tak wyobrażał sobie bogatego angielskiego dżentelmena. Strange już dawno porzucił zajęcia, którymi dżentelmeni na angielskiej wsi zazwyczaj wypełniali czas. Nie interesowały go rolnictwo ani polowania. Jego sąsiedzi chętnie tropili zwierzynę — Henry często słyszał w ośnieżonych lasach i na polach strzały oraz szczekanie psów, ale Strange nigdy nie wziął broni do ręki. Arabella musiała długo przekonywać go do wyjścia i choćby półgodzinnego spaceru. W bibliotece książki należące do ojca i dziadka Strange’a — dzieła po angielsku, grecku i łacinie, które każdy dżentelmen trzyma na półkach — trafiły na podłogę, by zrobić miejsce dla ksiąg i notatek pana domu[109]. Wszędzie walały się periodyki dotyczące praktykowania magii, takie jak „Przyjaciele Angielskiej Magii” i „Mag Nowoczesny”. Na jednym ze stolików w bibliotece stało wielkie srebrne naczynie, czasem pełne wody. Strange często siedział mniej więcej przez dwa kwadranse wpatrzony w tę wodę, muskając jej powierzchnię i wykonując dziwne gesty, a przy okazji zapisywał, co widzi. Na innym stole wśród stosu książek leżała mapa Anglii, na której Strange zaznaczał dawne elfie drogi, niegdyś prowadzące z królestwa licho wie dokąd.
Były jeszcze inne rzeczy, które Henry nie do końca rozumiał i których bardzo nie lubił. Wiedział na przykład, że pokoje w Ashfair wyglądają dziwnie, nie miał jednak pojęcia, że wynika to z faktu, iż lustra w domu Strange’a czasem odbijają światło sprzed półgodziny, a czasem sprzed setek lat. Rankiem, gdy się budził, i wieczorem, tuż przed zaśnięciem, słyszał odległe bicie dzwonu, smutny dźwięk, jakby dochodzący z zatopionego w głębi oceanu miasta. Właściwie nie myślał o dzwonie ani o nim nie pamiętał, dźwięk ten jednak nastrajał go melancholijnie na cały dzień.
Henry znajdował ukojenie w niezliczonych porównaniach Great Hitherden ze Shropshire (które wypadały na niekorzyść Shropshire) oraz w zastanawianiu się na głos, czemu Strange tak ciężko pracuje, „całkiem jakby nie miał majątku i wszystko musiał budować od podstaw”. Te uwagi wygłaszał zazwyczaj do Arabelli, ale Strange też czasem je słyszał i wkrótce Arabella odkryła, że znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia — przypadła jej rola mediatora między mężem a bratem.
— Kiedy zapragnę rady Henry’ego, to o nią poproszę — oświadczył Strange. — Czy to jego sprawa, gdzie zbuduję stajnie? Albo jak spędzam czas?
— Tak, to bardzo denerwujące, najdroższy — zgodziła się Arabella. — Nic dziwnego, że wyprowadza cię z równowagi, ale pomyśl tylko…
— Przecież on ciągle się ze mną kłóci!
— Cii! Cii! Usłyszy cię. Bardzo dużo znosisz i masz anielską cierpliwość. Ale zrozum, on chce być miły. Po prostu nie umie się jasno wyrazić i mimo wszystkich jego wad będziemy za nim tęsknić, gdy odjedzie.
W ostatniej kwestii Strange chyba nie do końca podzielał jej zdanie.
— Będziesz miły dla Henry’ego? — zapytała więc. — Ze względu na mnie?
— Naturalnie! Naturalnie! Jestem cierpliwy jak anioł. Doskonale o tym wiesz. Istniało kiedyś takie powiedzenie o duchownych siejących pszenicę i magach siejących żyto na tym samym polu. Znaczyło ono, że duchowni i magowie nigdy się nie dogadają[110]. Dotychczas nie zdawałem sobie z tego sprawy. Wydaje mi się, że żyłem w przyjaźni z londyńskim duchowieństwem. Dziekan opactwa Westminster i kapelan księcia regenta to zacni jegomoście. Za to Henry mnie irytuje.
W dzień Bożego Narodzenia spadł gęsty śnieg. Czy to przez utrapienia ostatnich dni, czy też z innego powodu Arabella obudziła się z mdłościami i bólem głowy i nie była w stanie wstać z łóżka. Strange i Henry musieli przez cały dzień dotrzymywać sobie towarzystwa. Henry bez przerwy gadał o Great Hitherden, a wieczorem grali w ecarte, co obaj lubili. Być może gra dostarczyłaby im więcej radości, gdyby w połowie drugiej partii Strange nie wyłożył dziewiątki pik i nagle nie przyszłoby mu do głowy kilka nowych pomysłów dotyczących magicznego znaczenia tej karty. Porzucił grę, a kartę zabrał do biblioteki, by nad nią deliberować. Zostawił Henry’ego samemu sobie.
Wczesnym rankiem Strange przebudził się, a raczej — prawie się przebudził. Pokój rozświetlała dziwna srebrzysta poświata, która mogła być blaskiem księżyca odbitym od śniegu. Strange’owi wydało się, że widzi Arabellę — ubraną, siedzącą w nogach łóżka, plecami do niego. Czesała włosy. Mruknął coś do niej — przynajmniej tak mu się zdawało — po czym zaraz zasnął.
Około siódmej przebudził się na dobre. Chciał jak najszybciej przejść do biblioteki i popracować godzinkę lub dwie przed pojawieniem się Henry’ego. Wstał szybko, poszedł do garderoby i zadzwonił po Jeremy’ego Johnsa, by ten go ogolił.
O ósmej pokojówka Arabelli, Janet Hughes, zapukała do drzwi sypialni. Odpowiedziała jej cisza, więc Janet, sądząc, że jej pani wciąż cierpi na migrenę, poszła sobie.
O dziesiątej Strange i Henry wspólnie zjedli śniadanie. Henry postanowił spędzić dzień na polowaniu. Usilnie próbował przekonać do tego pomysłu gospodarza.
— Nie, nie. Mam pracę, ale nie będę cię zatrzymywał. W końcu znasz te pola i lasy równie dobrze jak ja. Pożyczę ci broń, a psy z pewnością gdzieś sobie znajdziesz.
Przyszedł Jeremy Johns i powiedział, że powrócił pan Hyde. Był w westybulu i twierdził, że musi rozmawiać ze Strange’em.
— Czego tym razem chce? — mruknął Strange zirytowany.
Pan Hyde wszedł w pośpiechu, z twarzą ściągniętą ze zgryzoty.
— Cóż ten człowiek wyprawia?! — wykrzyknął Henry. — Ni to jest w pokoju, ni to go w nim nie ma!
Jednym ze źródeł utrapienia Henry’ego w Ashfair była służba, która rzadko kiedy przestrzegała etykiety, nieodzownej jego zdaniem w tak szacownym domu. Akurat przy tej okazji chodziło o Jeremy’ego Johnsa — zaczął wychodzić z pokoju, ale dotarł tylko do progu, gdzie, częściowo ukryty za drzwiami, głośnym szeptem prowadził rozmowę z innym służącym.
109
Książki Strange’a były rzecz jasna księgami o magii, a nie księgami magii. Te ostatnie w całości znajdowały się w zbiorach pana Norrella. Patrz tom I, rozdział pierwszy, przypis 5.
110
Chodziło o coś więcej. Już w dwunastym wieku zauważono rywalizację magów i duchowieństwa. I jedni, i drudzy wierzyli, że wszechświat zamieszkują najrozmaitsze nadnaturalne istoty i działają w nim nadnaturalne moce. Ponadto obydwie te grupy uważały, że można zwracać się do tych istot z prośbami drogą zaklęć lub modlitw i w ten sposób wspierać rodzaj ludzki lub mu szkodzić. Te dwie kosmologie są często zdumiewająco zbieżne, ale duchowni i magowie wyciągają kompletnie odmienne wnioski ze swych założeń.
Magowie są przede wszystkim zainteresowani przydatnością owych nadnaturalnych bytów; chcą wiedzieć, w jakich okolicznościach i jakimi sposobami mogą skłonić anioły, demony i elfy do pomocy w czynnościach magicznych. Z tego względu magowi jest niemal całkowicie obojętne, że pierwsza grupa wspomnianych istot jest bosko dobra, druga — piekielnie niegodziwa, a trzecia — moralnie podejrzana. Z kolei duchowni interesują się niemal tylko i wyłącznie tym rozróżnieniem.
W średniowiecznej Anglii wszelkie próby pogodzenia dwóch kosmologii były skazane na porażkę. Kościół w krótkim czasie dostrzegł mnóstwo wszelkiego typu herezji, których może być winien nic nie podejrzewający mag. Wcześniej wspomnieliśmy już o herezji meraudiańskiej.
Alexander Whitby (lata trzydzieste XIII w.?–1302) uczył, że wszechświat przypomina gobelin. Z naszej perspektywy widać tylko jego fragmenty. Dopiero po śmierci zyskamy możliwość obejrzenia go w całości i wtedy uświadomimy sobie, w jaki sposób różne jego części się łączą. Alexander został zmuszony do publicznego wyrzeczenia się swoich tez. Od tamtej pory duchowni zaczęli zwracać uwagę na herezję whitbyańską. Nawet najskromniejszy wiejski mag musiał wykazywać niezwykłą przebiegłość, by uniknąć oskarżenia o nią.
Nie oznacza to, że wszyscy magowie unikali mieszania religii z magią. Wiele „zaklęć”, które zachowało się do naszych czasów, wiąże się z wzywaniem na pomoc jakiegoś świętego. Co zdumiewające, źródłem zamieszania często bywały elfy w służbie magów. Większość z nich zmuszano do chrztu natychmiast po ich przybyciu do Anglii, toteż wkrótce zaczęły wprowadzać do swojej magii odniesienia do świętych i apostołów.