— Wcale — odparł pan Norrell.
— Przykro mi to słyszeć — powiedział pan Lascelles. — Czy odkrył pan tu jakichś kolegów po fachu?
Pan Norrell zmarszczył czoło i odrzekł, że wątpi w obecność innych magów w Londynie, a jeśli nawet tu są, jeszcze ich nie odnalazł.
— Ależ drogi panie! — wtrącił pan Drawlight. — Pan się myli! W Londynie mamy co najmniej czterdziestu magów. Lascellesie, zgodzisz się ze mną, że w Londynie jest mnóstwo magów? Można się na nich natknąć na każdym rogu. Pan Lascelles i ja z przyjemnością pana z nimi poznamy. Ich królem jest Vinculus, wysoki obdartus, który ma budkę przed St Christopher Le Stocks. Jeśli da mu pan dwupensówkę, powróży.
— Przepowiednie Vinculusa to pasmo katastrof — zauważył pan Lascelles ze śmiechem. — Zdążył obiecać mi, że utonę, popadnę w szaleństwo, mój dom spłonie, a mściwa nieślubna córka wyrządzi mi na starość krzywdę.
— Z przyjemnością pana tam zaprowadzę — dodał Drawlight. — Wyjątkowo lubię Vinculusa.
— Jeśli pan na to przystanie, radzę uważać — wtrąciła się pani Littleworth. — Niektórzy z tych osobników potrafią człowieka nieźle nastraszyć. Cruickshankowie sprowadzili jednego z nich (okropnego brudasa) do domu, by pokazał gościom kilka sztuczek. Na miejscu okazało się, że nic nie potrafi, więc odmówili mu zapłaty. W wielkim gniewie poprzysiągł, że zamieni ich dziecko w wiadro na węgiel. Wkrótce wpadli w panikę, gdyż dziecko gdzieś znikło, a nie pojawiły się nowe wiadra. Przeszukali cały dom, pani Cruickshank była niemal nieprzytomna z niepokoju. Już posłano po lekarza, kiedy nagle w drzwiach stanęła opiekunka z maleństwem. Okazało się, że poszła na James Street, żeby pokazać je swojej matce.
Pan Norrell z niechęcią jednak myślał o wyprawie do budki Vinculusa.
— Co pan myśli o Królu Kruków? — zmieniła temat pani Littleworth.
— Nie zaprzątam sobie nim głowy.
— Doprawdy? — wtrącił pan Lascelles. — Proszę mi wybaczyć, ale to raczej niezwykłe. Nie spotkałem jeszcze maga, który by nie twierdził, że Czarny Król jest najpotężniejszy. Oto mag par excellence, który mógłby wyciągnąć Merlina z pnia, zakręcić staruszkiem na głowie jak bąkiem i znów uwięzić go w drzewie[13].
Pan Norrell milczał.
— Z pewnością żaden z aureatów nie mógł się z nim równać — ciągnął Lascelles. — Królestwa we wszystkich światach[14]. Rycerze, ludzie i elfy pod jego rozkazami. Magiczne ruchome lasy. Już nie mówiąc o długowieczności. Panował przez trzysta lat, a pod koniec podobno wciąż był młody, przynajmniej fizycznie.
Pan Norrell uparcie zachowywał milczenie.
— A może uważa pan, że te opowieści to stek łgarstw? — zapytał Lascelles zaczepnie. — Wielokrotnie słyszałem sugestie, że Król Kruków nigdy nie istniał. Że to legenda o kilku magach, którzy rządzili po sobie.
— Jestem całkiem pewien, że istniał — odparł w końcu pan Norrell przyciśnięty do muru. — Uważam jednak, że jego wpływ na angielską magię jest bardzo szkodliwy. Magia Króla Kruków była szczególnie zdradliwa i zasługuje na zapomnienie.
— A elfy, drogi panie? — spytał pan Lascelles. — Czy tylko pan je widzi? Nikt inny?
Pan Norrell prychnął i odparł, że nie posiada takich sług.
— Naprawdę?! — wykrzyknęła zdumiona dama w soczystoróżowej sukni.
— I słusznie, mój drogi — powiedział pan Lascelles. — Sprawa Tubbs kontra Starhouse jest przestrogą dla wszystkich magów[15].
— Pan Tubbs nie był magiem — odparł pan Norrell. — Nie słyszałem również, żeby rościł sobie pretensje do tego tytułu. Ale gdyby nawet był największym magiem w całym chrześcijańskim świecie, źle by czynił, pragnąc towarzystwa elfów. Nie było bardziej złośliwej rasy ani też bardziej szkodliwej dla magii. Zbyt wielu magów, leniwych lub zadufanych w sobie, traciło całą energię na zdobycie elfiego sługi, zamiast poświęcić się studiom. Historia jest pełna takich ludzi i niektórzy z nich, na szczęście, ponieśli za to karę. Weźmy choćby Bloodwortha[16].
Pan Norrell poznał wiele nowych osób, ale w niczyim sercu nie wzniecił płomienia szczerej przyjaźni. Londyn był nim rozczarowany. Pan Norrell nie odprawiał czarów, nikogo nie przeklął, niczego nie przepowiedział. Raz u pani Godesdone słyszano, jak mówił, że spodziewa się deszczu, ale była to nietrafna przepowiednia, gdyż nie padało aż do soboty. Rzadko mówił o magii, a gdy już zaczynał, przypominało to lekcję historii i nikt nie mógł go słuchać. Równie rzadko mówił dobrze o innych magach, chociaż raz wychwalał Francisa Suttona-Grove’a[17].
— Myślałem, że Suttona-Grove’a nie da się czytać — powiedział pan Lascelles. — Od zawsze słyszę, że De Generibus Artium jest niestrawne.
— Och! — powiedział pan Norrell. — Nie wiem, czy to odpowiednia lektura dla dam i szukających rozrywki dżentelmenów, ale poważny adept magii nie może lekceważyć Suttona-Grove’a. W jego dziełach znajdziemy pierwszą próbę wyznaczenia granic tej magii, którą powinien badać współczesny mag, wszystko w zestawieniach i tabelach. Rzecz jasna, system klasyfikacji Suttona-Grove’a zawiera błędy — może właśnie to rozumie pan przez „niestrawne”? — nie znam jednak przyjemniejszego widoku niż jego zestawienia. Wystarczy, że student rzuci na nie okiem, a pomyśli: „Znam to” albo „To jeszcze przede mną”, i ma zajęcie na cztery lata, może pięć.
Tymczasem historia posągów z katedry Yorku tak spowszedniała, że ludzie zaczęli się zastanawiać, czy pan Norrell czegoś jeszcze dokonał. Pan Drawlight zmuszony był wymyślać nowe przykłady.
— Drawlight, co potrafi ten mag? — spytała pani Godesdone pewnego wieczoru, gdy nie było z nimi pana Norrella.
— Och, proszę pani! — zakrzyknął Drawlight. — Czegóż nie potrafi? A niech mnie! Ubiegłej zimy, a może jeszcze wcześniej, w Yorku, rodzinnym mieście pana Norrella, rozpętała się wielka burza. Całe pranie wylądowało w błocie i śniegu. Radni miejscy, chcąc oszczędzić paniom wysiłku, zgłosili się do pana Norrella, a on wysłał drużynę elfów, by wszystko uprały. Poza tym zniknęły dziury w koszulach, szlafmycach i halkach. Wszystkie wystrzępione rąbki znów były jak nowe, a każdy utrzymywał, że nigdy w życiu nie widział równie olśniewającej bieli!
Opowieść ta zyskała sobie olbrzymią popularność. Szacunek dla pana Norrella bardzo wzrósł tego lata. W rezultacie, gdy pan Norrell mówił od czasu do czasu o nowoczesnej magii, większość jego słuchaczy przypuszczała, że ma na myśli coś w tym rodzaju. Pan Norrell był rozczarowany londyńskimi salonami. Ciągle skarżył się Drawlightowi na trywialne pytania, jakie mu stawiano, i oświadczył, że sprawa przywrócenia magii w Wielkiej Brytanii nie posunęła się ani na milimetr.
Pewnego nudnego środowego poranka pod koniec września panowie Norrell i Drawlight siedzieli w bibliotece na Hanover Square. Pan Drawlight snuł opowieść o czymś, co powiedział pan R, chcąc obrazić lorda S., i jak to wszystko podsumowała lady D., kiedy pan Norrell rzekł nagle:
— Byłbym wdzięczny, drogi panie, gdyby zechciał mi pan pomóc w następującej sprawie: czy ktokolwiek zawiadomił księcia Portlandu[18], że jestem w Londynie?
— Ależ drogi panie! — wykrzyknął Drawlight. — Tylko człowiek tak skromny jak pan może uważać, że ktoś tego nie wie. Zapewniam pana, że wszyscy ministrowie słyszeli o nadzwyczajnym panu Norrellu.
15
Mieszkaniec hrabstwa Nottingham, pan Tubbs, bardzo pragnął zobaczyć elfa i wbił sobie do głowy, że jego stangret jest przedstawicielem tej rasy. Stangret zwał się Jack Starhouse. Był ciemnowłosy, wysoki i rzadko się odzywał, co wprawiało w zakłopotanie innych służących. Do gospodarstwa pana Tubbsa trafił niedawno. Twierdził, że wcześniej był stangretem starszego pana Browne’a w Coldmicklehill, na północy. Miał niezwykły dar: kochały go wszystkie stworzenia. Konie zawsze były posłuszne, gdy on dzierżył lejce. Umiał też rozkazywać kotom w sposób nieznany w hrabstwie Nottingham. Porozumiewał się z nimi szeptem: kot, do którego mówił, nieruchomiał ze zdumionym wyrazem pyszczka, jakby nigdy w życiu nie słyszał równie rozsądnych słów ani nie spodziewał się usłyszeć ich w przyszłości. Potrafił też zmusić je do tańca. Koty w domostwie pana Tubbsa były równie poważne i pełne godności jak wszystkie inne, ale Jack Starhouse umiał je skłonić do dzikich harców, skakania na tylnych nogach i rzucania się na wszystkie strony. Czynił to za pomocą dziwnych westchnień, gwizdów i syków.
Ktoś ze służby zauważył, że gdyby tylko te koty się do czegoś nadawały — a nie nadawały się do niczego — działanie to miałoby jakiś sens. Zadziwiające umiejętności Starhouse’a były jednak bezużyteczne; nie bawiły też służących, tylko wprawiały ich w zakłopotanie.
Nie wiadomo, czy to te sztuczki, czy też urodziwe oblicze Starhouse’a (o nieco zbyt szeroko rozstawionych oczach) sprawiły, iż pan Tubbs wkrótce zaczął w sekrecie rozpytywać o stangreta. Pewnego dnia oznajmił mu, iż dowiedział się, że pan Browne jest bardzo chory. Był już bardzo chory, gdy Starhouse rzekomo dla niego pracował, i nie wychodził z domu od wielu lat. Pan Tubbs chciał zatem wiedzieć, do czego pan Browne potrzebował stangreta. Jack Starhouse w końcu przyznał, że nie był w służbie u pana Browne’a, lecz pracował dla innej rodziny w okolicy. Pracował ciężko i był szczęśliwy, ale inni słudzy go nie lubili. Nie wiedział dlaczego. Choć zdarzało się to już wcześniej. Jedna ze służących rozpowiadała kłamstwa o nim i został odprawiony. Kiedyś, wiele lat wcześniej, widział pana Browne’a. Bardzo mu przykro, że okłamał pana Tubbsa, ale nie miał pojęcia, co robić.
Pan Tubbs wyjaśnił, że już nie ma potrzeby bajdurzyć. Wie, że Starhouse jest elfem, i sługa nie musi się niczego obawiać, nie zdradzi go. Chciał tylko porozmawiać z nim o jego ojczyźnie i krajanach. Początkowo Starhouse nie rozumiał, o co chodzi panu Tubbsowi. Kiedy w końcu to pojął, na próżno zapewniał, że jest człowiekiem i w dodatku Anglikiem. Po tej rozmowie Starhouse ciągle wpadał na pana Tubbsa, który zasypywał go setkami pytań o elfy oraz Faerie. Przez to Starhouse popadł w takie przygnębienie, że musiał zrezygnować z posady. W piwiarni w Southwell poznał człowieka, który namówił go na wniesienie sprawy przeciwko byłemu pracodawcy za zniesławienie. Słynną decyzją sądu Jack Starhouse został uznany za istotę ludzką. Ten dziwaczny epizod skończył się niefortunnie zarówno dla Tubbsa, jak i Starhouse’a. Przez niewinne pragnienie zobaczenia elfa Tubbs stał się obiektem powszechnych drwin. W gazetach w Londynie, Derby i Sheffield drukowano jego karykatury, sąsiedzi przestali się do niego odzywać. Starhouse zaś szybko się przekonał, że nikt nie zatrudni stangreta, który wniósł sprawę przeciwko własnemu panu. Musiał przyjąć byle jaką pracę i wkrótce popadł w ubóstwo.
Proces Tubbs kontra Starhouse jest interesujący zwłaszcza z tej przyczyny, że ilustruje szeroko rozpowszechniony pogląd, że elfy nadal żyją w Anglii. Zdaniem wielu Anglików i Angielek wszędzie ich pełno. Niektóre są niewidzialne, inne zaś udają porządnych chrześcijan, mogą być nawet naszymi znajomymi. Uczeni debatują nad tym od wieków, ale nie doszli do żadnych konstruktywnych wniosków.
16
Elf Simona Bloodwortha przyszedł doń całkiem niespodziewanie. Zaproponował swe usługi i poprosił, by zwracać się do niego „Buckler”. Każde dziecko mogłoby wyjaśnić czytelnikowi, że Bloodworth lepiej by zrobił, gdyby zbadał sprawę i przekonał się, kim właściwie jest Buckler i czemu przybył z Faerie, by służyć magowi trzeciej kategorii. Buckler świetnie radził sobie z magią: interesy Bloodwortha w małym miasteczku Bradford on Avon kwitły. Tylko raz Buckler był przyczyną kłopotów, gdy w nagłym ataku szału zniszczył książeczkę, która należała do kapelana lorda Lovela. Im dłużej Buckler przebywał u Bloodwortha, tym stawał się mocniejszy. Gdy nabrał sił, zmienił swój wygląd. Zakurzone łachmany przeobraziły się w porządny ubiór. Zardzewiałe nożyce, które ukradł ślusarzowi w mieście, w miecz. Chuda, upstrzona plamami lisia twarz stała się urodziwym ludzkim obliczem, poza tym nagle urósł o pół metra albo i więcej. Zapewniał panią Bloodworth, że tak wyglądał naprawdę, a poprzedni wygląd był winą zaklęcia.
W piękny majowy poranek roku 1310, kiedy Bloodworth wyjechał z domu, pani Bloodworth zauważyła, że w kącie kuchni pojawił się wysoki kredens. Kiedy spytała o to Bucklera, natychmiast odparł, że mebel jest magiczny i on go tu sprowadził. Dodał, że z wielkim bólem obserwował, jak pani Bloodworth i jej córki zmywają, gotują, sprzątają od świtu do nocy, podczas gdy powinny siedzieć na haftowanych poduszkach, ubrane w zdobione klejnotami suknie, i zajadać się kandyzowanymi owocami. Bardzo rozsądne, pomyślała pani Bloodworth. Buckler dodał, że często ganił jej męża za to, że nie ułatwia życia żonie, ale ten nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Odparła, że ani trochę jej to nie dziwi. Buckler oświadczył na to, że jeśli pani Bloodworth wejdzie do kredensu, trafi w magiczne miejsce, gdzie nauczy się zaklęć, które pomogą jej migiem dokończyć pracę. Sprawią, że będzie piękna w oczach każdego, kto na nią spojrzy, że będzie mogła wyczarować stosiki złota, zmusić męża do posłuszeństwa i tak dalej. „Ile tych zaklęć?” — przerwała pani Bloodworth. Mniej więcej trzy, jak sądził. „Trudne?” „O nie! Bardzo proste”. „Długo to potrwa?” „Nie, niedługo, wróci pani akurat na mszę”.
Tego ranka do kredensu Bucklera weszło siedemnaście osób. Nigdy już ich nie zobaczono w Anglii. Wśród nich byli: pani Bloodworth, jej dwie młodsze córki, dwie służące i dwóch służących, wuj pani Bloodworth i sześcioro sąsiadów. Tylko Margaret, najstarsza córka Bloodwortha, odmówiła wejścia do kredensu.
Król Kruków wysłał dwóch magów, by zbadali tę sprawę. To właśnie ich pisemnym sprawozdaniom zawdzięczamy informację o tym zdarzeniu.
Najważniejszym świadkiem była Margaret, która powiedziała: „Mój biedny ojciec wszedł do kredensu po to, by ich uratować, choć błagałam, by tego nie robił. I tara znikł”. Dwieście lat później doktor Martin Pale podróżował przez Faerie. W zamku Johna Hollyshoesa (wiekowego i potężnego księcia elfów) znalazł ludzkie dziecko, siedmio- bądź ośmioletnią dziewczynkę, wyjątkowo bladą i zabiedzoną. Przedstawiła się jako Annę Bloodworth i powiedziała, że przebywa w Faerie od dwóch tygodni. Dziewczynce nakazano zmyć wielką stertę brudnych naczyń. Mówiła, że zmywa je od przybycia, a kiedy skończy, wróci do domu, do rodziców i sióstr.
17
Francis Sutton-Grove (1682–1765), mag teoretyk. Autor dwóch ksiąg:
Dzieło