Właśnie wtedy drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wbiegło dwóch mężczyzn.
— Lucas! Davey! — zaskrzeczał histerycznie pan Norrell. — Gdzieście byli?
Lucas zaczął coś mówić o sznurze od dzwonka.
— Co? Pochwyćcie go! Szybko!
Woźnica Davey był równie krzepki jak inni przedstawiciele tego fachu i nie brakowało mu sił po codziennych zmaganiach z czterema rodowodowymi końmi zaprzęgowymi. Złapał Vinculusa za tors i gardło. Magik bronił się energicznie, ciągnąc jednocześnie złowróżbne przepowiednie:
— Zasiadam na czarnym tronie w cieniu, lecz oni mnie nie dostrzegą.
Deszcz utworzy dla mnie wrota, a ja je przekroczę.
Głazy utworzą dla mnie tron, a ja na nim zasiądę…
Davey i Vinculus wpadli na stolik, zrzucając stos książek.
— Aaa! Ostrożnie! — krzyknął pan Norrell. — Ostrożnie, na miłość boską! Zaraz przewróci kałamarz! Zniszczy moje księgi!
Lucas dołączył do Daveya, by pomóc mu skrępować młócące ręce Vinculusa, podczas gdy pan Norrell miotał się po bibliotece o wiele szybciej niż kiedykolwiek, zbierając księgi i odkładając je w bezpieczne miejsca.
— Bezimienny niewolnik srebrną włoży koronę — wydyszał Vinculus.
Z uwagi na rękę Daveya, zaciśniętą na gardle intruza, oracja robiła mniejsze wrażenie. Vinculus zebrał się w sobie, uwolnił górną część ciała z uścisku woźnicy i wrzasnął:
— Bezimienny niewolnik królem będzie w obcym kraju…
I wtedy Lucas i Davey na wpół wywlekli, na wpół wynieśli go z pokoju.
Pan Norrell usiadł na fotelu przy oknie. Podniósł książkę, ale był nazbyt poruszony, by czytać. Wiercił się, obgryzał paznokcie, chodził po bibliotece, brał do ręki woluminy strącone podczas walki i oglądał je w poszukiwaniu oznak zniszczenia (nic nie znalazł), przede wszystkim jednak wciąż podchodził do okien i zerkał niespokojnie na ulicę, żeby sprawdzić, czy ktoś nie obserwuje domu. O trzeciej w pomieszczeniu zrobiło się ciemno. Powrócił Lucas, by zapalić świece i dorzucić do ognia, a tuż za nim wszedł Childermass.
— Ach! — wykrzyknął pan Norrell. — Nareszcie! Słyszałeś, co zaszło? Zewsząd zdrada! Inni magowie śledzą mnie i planują mój upadek, a moi leniwi słudzy zapominają o swoich obowiązkach. Mają za nic, że mogę skończyć z poderżniętym gardłem! A ty, ty, niegodziwcze, tyś z nich najgorszy! Pojawił się całkiem nagle, jakby mocą magii! Dzwoniłem i krzyczałem! Nikt nie przyszedł! Musicie odłożyć na później inne obowiązki. Najważniejsze teraz jest odkrycie, za pomocą jakich zaklęć dostał się do domu! Gdzie nauczył się magii? Co umie?
Childermass popatrzył ironicznie na swego pana.
— Cóż, jeśli to moje jedyne zadanie, już je wykonałem. Nie było żadnej magii. Jedna z podkuchennych zostawiła otwarte okienko do spiżarni, a sztukmistrz wszedł przez nie i krążył po domu, aż natrafił na pana. I tyle. Nikt nie przyszedł, gdyż ten człowiek przeciął sznur od dzwonka. Lucas i reszta nie usłyszeli pańskich krzyków. Nic nie słyszeli, dopóki nie zaczął wygłaszać tyrad. Wtedy przybyli natychmiast. Czyż nie tak, Lucas?
Lucas, klęcząc przy palenisku z pogrzebaczem w dłoni, przytaknął.
— Próbowałem panu powiedzieć, ale pan nie chciał słuchać.
Pan Norrell jednak doprowadził się do takiej histerii z powodu domniemanych magicznych umiejętności Vinculusa, że wyjaśnienie Childermassa wcale go nie uspokoiło.
— Och! — westchnął. — Jestem pewien, że chce mi wyrządzić krzywdę. W rzeczy samej, już mnie skrzywdził.
— O tak — przytaknął Childermass. — Skrzywdził okrutnie. W spiżarni pożarł trzy mięsne paszteciki.
— I dwa serki — dodał Lucas.
Pan Norrell musiał przyznać, że takie zachowanie nie pasuje do wielkiego maga, lecz nie mógł ochłonąć, póki nie dał upustu złości. Childermass i Lucas byli na szczęście pod ręką, więc zaczął od nich i uraczył ich długą przemową, pełną inwektyw pod adresem Vinculusa, największego niegodziwca na tej ziemi. Na koniec rzucił kilka aluzji na temat tego, jak fatalnie kończą zuchwali i leniwi służący.
Childermass i Lucas raczej się nie wystraszyli. Podobnej gadaniny musieli wysłuchiwać praktycznie co tydzień, odkąd przyszli na służbę do pana Norrella. Poczekali, aż pan wyrzuci z siebie wszystkie pretensje, po czym Childermass powiedział:
— Pomijając paszteciki i serek, zadał sobie wiele trudu i ryzykował stryczek, żeby złożyć panu tę wizytę. Czego chciał?
— Och! Wygłosić przepowiednię Króla Kruków. Niezbyt oryginalny pomysł. Zupełny bełkot, jak zwykle. Było tam coś o polu bitwy i tron, i srebrna korona, ale przede wszystkim chodziło o wychwalanie innego maga. Zapewne miał na myśli siebie.
Teraz, kiedy pan Norrell zyskał pewność, że Vinculus nie jest groźnym rywalem, zaczął żałować, że wdał się z nim w dysputę. Powinien zachować wyniosłe milczenie. Pocieszył się, że Vinculus wyglądał znacznie mniej imponująco, kiedy Lucas i Davey wywlekali go z pokoju. W końcu myśl ta i przekonanie o własnej niewątpliwej wyższości przywróciły mu spokój. Niestety, krótkotrwały, gdyż powróciwszy do Języka ptaków, mag natrafił na następujący fragment:
Cała magia sprowadza się do nieujarzmionej myśli ptaka nurkującego w przestrzeń. Nie ma na świecie drugiego stworzenia z takim potencjałem magicznym. Nawet najmniejszy z ptaków może odlecieć z tego świata i trafić przypadkiem do Innych Ziem. Skąd wiatr, który wieje ci w twarz, który przewraca karty twej księgi? Gdzie żywiołowa muzyka maleńkich dzikich zwierząt napotyka magię Człowieka, gdzie można zrozumieć język wiatru i deszczu, i drzew, tam odnajdziemy Króla Kruków.[29]
Kiedy pan Norrell spotkał się z lordem Portisheadem (co nastąpiło dwa dni później), natychmiast podszedł do lordowskiej mości i powiedział, co następuje:
— Mam nadzieję, drogi panie, że zamieści pan w czasopiśmie krytyczne uwagi pod adresem Thomasa Lanchestera. Przez lata podziwiałem Język ptaków jako odważną próbę przedstawienia czytelnikowi jasnego i zrozumiałego opisu magii aureatów, ale po dokładnej analizie widzę, że tekst ten skażony jest ich najgorszą wadą. Jest mistyczny, mój panie! Mistyczny!
Rozdział czternasty
Gospodarstwo Złamane Serce
styczeń 1808
Mniej więcej trzydzieści lat przed pojawieniem się w Londynie pana Norrella z planem zadziwienia świata restauracją angielskiej magii pewien dżentelmen, Laurence Strange, odziedziczył spadek. Składały się nań dom niemal w ruinie, jałowa ziemia, góra długów oraz hipoteka. Rzeczywiście, problemy były poważne, ale Laurence Strange uznał, że rozwiąże je odpowiednia suma pieniędzy. Podobnie jak wielu dżentelmenów przed i po nim, postanowił okazywać wyjątkową uprzejmość każdej napotkanej dziedziczce. Jako przystojny mężczyzna o dobrych manierach i gładkim języku w mig ujął pannę Erquistoune, młodą Szkotkę z dziewięciuset funtami dochodu rocznie.
Dzięki posagowi panny Erquistoune Laurence Strange naprawił dom, użyźnił ziemię i spłacił długi. Wkrótce zaczął zarabiać pieniądze, a nie tylko je oddawać. Pomnożył swój majątek i pożyczał gotówkę na piętnaście procent. Te i inne zajęcia zajmowały cały jego czas. Nie okazywał już zainteresowania młodej żonie. Dał nawet jasno do zrozumienia, że jej towarzystwo i rozmowy z nią go nużą. Ona zaś, biedactwo, ciężko to przeżywała. Majątek Laurence’a Strange’a leżał w Shropshire, odległym zakątku kraju blisko granicy z Walią. Pani Strange nikogo tu nie znała. Przywykła do miejskiego życia, balów i edynburskich sklepów, do błyskotliwych rozmów z przyjaciółmi, więc widok wysokich ponurych wzgórz wiecznie zalewanych potokami walijskiego deszczu niesłychanie ją przygnębiał. Przez pięć lat borykała się z samotnością, aż wreszcie zmarła na przeziębienie, którego nabawiła się podczas samotnego spaceru po wzgórzach w trakcie burzy.