Выбрать главу

Państwo Strange spłodzili jedno dziecko, które w chwili śmierci matki miało około czterech lat. Już kilka dni po pogrzebie chłopiec stał się przedmiotem gwałtownego sporu między Laurenceem Strange’em a rodziną zmarłej żony. Erquistoune’owie utrzymywali, że zgodnie z intercyzą duża część majątku pani Strange powinna zostać zamrożona dla jej syna, by przejął ją po dojściu do pełnoletności. Laurence Strange oświadczył jednak (co nikogo nie zdziwiło), że każdy grosz żony należy do niego i może z nim robić, co mu się żywnie podoba. Obie strony wynajęły adwokatów i rozpoczęły się dwa procesy sądowe: Strange kontra Erquistoune i Erquistoune kontra Strange — jeden w Doctors Commons w Londynie, drugi w Szkocji — które wlokły się latami. W tamtym czasie widok syna sprawiał Laurence’owi Strange’owi przykrość. Uważał, że chłopiec jest jak bagniste pole albo zagajnik pełen chorych drzew — na papierze wart pieniądze, ale nie przynoszący zadowalających dochodów. Gdyby angielskie prawo pozwoliło Laurence’owi Strange’owi sprzedać syna i kupić lepszego, zapewne by tak uczynił[30].

Tymczasem Erquistoune’owie uświadomili sobie, że Laurence Strange może unieszczęśliwiać syna równie skutecznie jak niegdyś żonę, wobec czego brat pani Strange napisał pilnie do szwagra i zasugerował, żeby chłopiec spędzał część roku w domu wuja w Edynburgu. Ku wielkiemu zaskoczeniu pana Erquistoune’a pan Strange nie miał co do tego żadnych zastrzeżeń[31].

I tak połowę dzieciństwa Jonathan Strange spędził w domu pana Erquistoune’a na Charlotte Square w Edynburgu, gdzie, jak można domniemywać, wyrobił sobie niezbyt wysokie mniemanie o ojcu. Tam pobierał nauki w towarzystwie trzech kuzynek, Margaret, Marii i Georgiany Erquistoune[32]. Edynburg to z pewnością jedno z najbardziej kulturalnych miast na świecie, a jego mieszkańcy są równie inteligentni i złaknieni rozrywek jak londyńczycy. Kiedy chłopiec przebywał u wuja, robił on wszystko, by go uszczęśliwić, w nadziei, że w ten sposób wynagrodzi mu zaniedbanie i chłód w domu ojca. Nie ma się więc co dziwić, że Jonathan stał się nieco zepsuty, nieco zadufany w sobie i skłonny do wywyższania się ponad innych.

Laurence’owi Strange’owi przybywało tymczasem lat i pieniędzy, lecz nie dobroci.

Kilka dni przed spotkaniem pana Norrella z Vinculusem w domu Laurence’a Strange’a zjawił się nowy pokojowiec. Starzy służący na wyprzódki udzielali mu rad i deklarowali pomoc: powiedzieli, że Laurence Strange jest dumny i zły, że wszyscy go nienawidzą, że kocha tylko pieniądze, że od lat prawie nie rozmawia z synem. Dodali też, że ma temperament z piekła rodem i że za żadne skarby nie można go obrazić, bo będzie bardzo źle.

Nowy pokojowiec podziękował za informacje i obiecał wziąć je sobie do serca. Nikt nie wiedział jednak, że temperamentem dorównuje samemu panu Strange’owi, że często bywa sarkastyczny, gburowaty i ma bardzo wysokie mniemanie o własnych umiejętnościach i odpowiednio niskie o umiejętnościach innych. Nie opowiadał o swych słabostkach, bo ich nie zauważał. Często kłócił się z przyjaciółmi i sąsiadami, ale nigdy nie rozumiał przyczyny tych awantur i zawsze przypuszczał, że wina leżała po drugiej stronie. Na wypadek gdyby czytelnik wyobraził sobie, że rozdział ten będzie traktował wyłącznie o kłótnikach, należy natychmiast uściślić, że o ile Laurence Strange wprost kipiał złośliwością i nieustannie knuł, jakby tu komuś zaszkodzić, o tyle nowy pokojowiec z charakteru nie był wcale taki zły. Miał dużo zdrowego rozsądku i potrafił bronić innych przed prawdziwą krzywdą równie zapalczywie, jak mścić domniemane zniewagi wyrządzone jemu.

Laurence Strange był stary i niewiele sypiał. Często bardziej ożywiał się nocą niż za dnia. Zasiadał wtedy za biurkiem, żeby pisać listy i załatwiać interesy. Naturalnie któryś ze służących musiał czuwać razem z nim i obowiązek ten przypadł nowemu pokojowcowi już kilka dni po jego pojawieniu się w domu.

Wszystko szło wybornie, aż kilka minut po drugiej w nocy pan Strange wezwał nowego pokojowca i kazał sobie przynieść kieliszeczek sherry. Choć prośba ta nie była niczym nadzwyczajnym, pokojowiec miał problemy z jej spełnieniem. Nie znalazłszy sherry w żadnym typowym miejscu, zmuszony był zbudzić pokojówkę i spytać ją, gdzie znajduje się sypialnia kamerdynera, a następnie obudził kamerdynera i zapytał, gdzie trzyma się sherry. Potem nowy pokojowiec musiał poczekać, aż kamerdyner wyrazi swoje zdumienie tym, że pan Strange domaga się sherry, której zazwyczaj nie tykał. Syn pana Strange’a, pan Jonathan Strange — wyjaśnił kamerdyner, żeby pokojowiec lepiej zrozumiał obyczaje panujące w domostwie — bardzo lubił sherry i zazwyczaj trzymał butelkę lub dwie w swojej gotowalni.

Ostatecznie nowy pokojowiec wyprawił się po sherry do piwnicy. Zadanie to wiązało się z zapalaniem świec, długą wędrówką po ciemnych, zimnych korytarzach, strząsaniem pajęczyn z ubrania, tłuczeniem głową o zardzewiałe narzędzia zwisające z pokrytych pleśnią sufitów i — jakby tego było mało — wycieraniem twarzy z krwi i ziemi. Gdy w końcu kieliszek sherry stanął przed panem Strange’em, ten wypił go duszkiem i zażądał następnego.

Pokojowiec doszedł jednak do wniosku, że wystarczy mu wizyt w piwnicy jak na jedną noc. Pamiętając słowa kamerdynera, poszedł więc na górę, do gotowalni pana Jonathana Strange’a. Choć w pomieszczeniu płonęły świece, służący uznał, że nikogo tu nie ma. Nieszczególnie zdumiało to nowego pokojowca, który wiedział, że marnotrawienie świec jest typową (i nie jedyną) wadą bogatych kawalerów. Zaczął otwierać szuflady i szafki, ściągać nocniki i zaglądać do nich, szukać pod stołami i krzesłami, zerkać do wazonów. (Jeśli czytelnika dziwi wybór miejsc, w których pokojowiec szukał trunku, mogę jedynie zauważyć, że miał on więcej do czynienia z bogatymi kawalerami niż czytelnik i wiedział, że ich postępowanie w sprawach domowych cechuje pewna ekscentryczność). Znalazł butelkę sherry, tak jak podejrzewał, w roli prawidła do butów.

Gdy pokojowiec nalewał sherry do kieliszka, zerknął na zwierciadło na ścianie i odkrył, że pokój wcale nie jest pusty. Jonathan Strange siedział w fotelu z wysokim oparciem i zagłówkiem, śledząc z wyrazem wielkiego zaskoczenia na twarzy poczynania nowego sługi. Pokojowiec nie wyrzekł ani słowa na swoje usprawiedliwienie (bo cóż takiego miałby powiedzieć, żeby dżentelmen zrozumiał jego motywy? Co innego jakiś inny służący — ten pojąłby je w mig) — i w milczeniu wyszedł z garderoby.

Od pojawienia się w domu Strange’a pokojowiec żywił pewne nadzieje na podporządkowanie sobie reszty służących. Wydawało mu się, że przewaga intelektualna i olbrzymie doświadczenie czynią z niego idealną prawą rękę obu panów Strange’ów. W marzeniach pokojowca chlebodawcy mówili do niego: „Jak wiesz, Jeremy, to poważna sprawa, nie powierzyłbym jej nikomu prócz ciebie”. Nie można wprawdzie powiedzieć, że teraz porzucił te nadzieje, ale i nie udawał sam przed sobą, że Jonathan Strange był zachwycony, ujrzawszy kogoś, kto korzysta z jego prywatnych zapasów sherry.

I tak nowy pokojowiec wszedł do gabinetu Laurence’a Strange’a z osłabionymi ambicjami i niebezpieczną irytacją w duszy. Pan Strange od razu osuszył drugi kieliszek i mruknął, że chyba pozwoli sobie na jeszcze jeden. Na to nowy pokojowiec jęknął, złapał się za włosy i wrzasnął gromko:

вернуться

30

W końcu w obu procesach zapadły wyroki korzystne dla syna Laurence’a Strange’a.

вернуться

31

Wręcz przeciwnie. Laurence Strange gratulował sobie, że przez wiele miesięcy nie będzie musiał płacić za jedzenie i ubrania chłopca. Oto jak przez miłość do pieniędzy człowiek inteligentny staje się małostkowy i śmieszny.

вернуться

32

Biograf Strange’a, John Segundus, zauważył przy kilku okazjach, że Strange wolał towarzystwo inteligentnych kobiet od towarzystwa mężczyzn. Życie Jonathana Strange a, John Murray, Londyn 1820.