Gdy Stephen pomógł gościowi wdziać zielony frak (najlepszej jakości i najmodniejszego kroju), dżentelmen podszedł do stołka i podniósł leżącą na nim szkatułkę, wykonaną ze srebra i porcelany. Puzderko było rozmiarów tabakiery, choć nieco dłuższej niż przeciętna. Stephen zachwycił się kolorem szkatułki, niezupełnie niebieskim i niezupełnie szarym, niezupełnie lawendowym i niezupełnie liliowym.
— O tak! Jest piękny — przytaknął dżentelmen z zapałem. — I bardzo trudno go stworzyć. Pigment należy zmieszać ze łzami dziewic z dobrych rodzin. Damy te muszą wieść długie cnotliwe życie i umrzeć, nie zaznawszy prawdziwego szczęścia nawet przez jeden dzień.
— Biedne damy! — powiedział Stephen. — Cieszy mnie zatem, że barwa ta jest taka rzadka.
— Och, to nie z powodu braku łez, mam ich pełne butle, tylko ze względu na trudną sztukę mieszania barw.
Ponieważ dżentelmen stał się tak przyjazny i nabrał chęci na pogawędkę, Stephen zapytał go bez wahania:
— A co pan trzyma w takiej ślicznej szkatułce? Tabakę?
— Ależ nie! To mój wielki skarb. Pragnę, by lady Pole nosiła go dziś na moim balu! — Otworzył pudełko i pokazał Stephenowi mały palec.
Stephen nieco się zdziwił, ale zdumienie szybko minęło. Gdyby ktoś go wtedy o to zapytał, odparłby, że panowie często noszą przy sobie małe palce w szkatułkach, niejednokrotnie spotkał się z tym zwyczajem.
— Od dawna jest w pańskiej rodzinie? — spytał uprzejmie.
— O nie, od niedawna.
Dżentelmen zatrzasnął wieczko i włożył szkatułkę do kieszeni.
Potem wraz ze Stephenem podziwiał swoje odbicie w lustrze. Stephen nie mógł nie zauważyć, jak doskonale się uzupełniają: lśniąca czarna skóra obok opalizującej białej. Każdy z nich był ideałem męskiej urody. Dokładnie taka sama myśl przyszła do głowy dżentelmenowi.
— Ależ jesteśmy przystojni! — oznajmił zdumiony. — Teraz widzę, że popełniłem straszliwą gafę! Wziąłem cię, panie, za sługę w tym domu! Wszak to zupełnie niemożliwe! Godność i uroda świadczą o twym szlachectwie, może nawet królewskiej krwi! Jesteś tu pewnie gościem, panie, podobnie jak ja. Proszę cię zatem o wybaczenie i dziękuję za nieocenioną pomoc w przygotowaniach do spotkania z piękną lady Pole.
Stephen uśmiechnął się do niego.
— Ależ ja jestem służącym — wyjaśnił. — Służącym sir Waltera.
Dżentelmen o włosach jak puch ostu uniósł brew.
— Człowiek tak utalentowany i przystojny jak ty nie powinien być sługą — oświadczył. — Powinieneś dysponować wielkim majątkiem! Na cóż piękno, chciałbym wiedzieć, jeśli nie służy za widoczny dowód wyższości nad innymi? Rozumiem, o co tu chodzi. Wrogowie uknuli spisek, żeby pozbawić cię majątku i strącić pomiędzy ignorantów i pospólstwo.
— Nie, panie. Jest pan w błędzie. Zawsze byłem służącym.
— Cóż, nic nie rozumiem — przyznał dżentelmen, ze zdumieniem kręcąc głową. — Jest w tym jakaś tajemnica i z pewnością się nią zajmę w wolnej chwili. Tymczasem w nagrodę za piękne ułożenie mi włosów i inne przysługi zapraszam cię dziś na mój bal.
Była to propozycja tak niezwykła, że Stephen przez chwilę nie miał pojęcia, co powiedzieć. Albo jest szaleńcem, albo radykalnym politykiem, który pragnie znieść wszelkie różnice klasowe, pomyślał i rzekł na głos:
— Świadom jestem wielkiego zaszczytu, jaki mi pan czyni, ale proszę mi wybaczyć i spróbować mnie zrozumieć. Inni goście przyjdą do pańskiego domu, oczekując dam i dżentelmenów swojego stanu. Kiedy odkryją, że zadają się ze sługą, z pewnością potraktują to jak policzek. Dziękuję panu za życzliwość, nie chcę jednak zawstydzać pana ani też obrażać pańskich przyjaciół.
Te słowa najwyraźniej jeszcze bardziej zdumiały dżentelmena o włosach jak puch ostu.
— Cóż za szlachetność! — wykrzyknął. — Poświęcać własną przyjemność w imię zadowolenia innych! Muszę przyznać, że podobna myśl nigdy nie postała mi w głowie. To tylko jeszcze mocniej utwierdza mnie w przekonaniu, by obdarzyć cię przyjaźnią i zrobić wszystko, co w mojej mocy, by ci pomóc. Czegoś jednak nie rozumiesz. Ci goście, o których się tak troszczysz, to tylko moi wasale i poddani. Żaden z nich nie ośmieli się skrytykować ani mnie, ani nikogo, kogo zechcę nazwać przyjacielem. A jeśli nawet, to co? Zawsze możemy ich zabić. Doprawdy — dodał nieoczekiwanie, jakby znudzony rozmową — nie ma sensu o tym dyskutować, skoro jesteś na miejscu.
I odszedł, a Stephen uświadomił sobie, że stoi w wielkiej sali, gdzie tłum ludzi tańczy do smutnej muzyki.
Znowu nieco się zdziwił, ale podobnie jak poprzednio w jednej chwili przywykł do sytuacji i zaczął się rozglądać. Mimo zapewnień niezwykłego dżentelmena Stephen trochę się niepokoił, że zostanie rozpoznany. Po kilku chwilach zorientował się jednak, że nie ma tu żadnych przyjaciół sir Waltera ani nikogo, kogo wcześniej widział. W porządnym czarnym stroju i czystej białej koszuli mógł uchodzić za dżentelmena. Na szczęście sir Walter nigdy nie wymagał od niego noszenia liberii ani pudrowanej peruki.
Wszyscy byli ubrani zgodnie z najnowszą modą. Damy nosiły suknie w niezwykłych kolorach (choć, prawdę mówiąc, bardzo niewiele z tych barw Stephen rozpoznawał). Dżentelmeni mieli na sobie culotte[33], białe pończochy i brązowe, zielone, niebieskie oraz czarne fraki. Ich koszule wręcz lśniły i połyskiwały bielą, rękawiczek z koźlej skóry nie szpeciła najmniejsza plamka.
Mimo tych pięknych strojów oraz zadowolenia gości dało się zauważyć, że domostwo podupada. Salę oświetlała zbyt mała liczba wysokich świec, a grała zaledwie jedna wiola i jedna piszczałka. To pewnie muzyka, o której mówili Geoffrey i Alfred, pomyślał Stephen. Dziwne, że wcześniej tego nie słyszałem. Rzeczywiście jest tak melancholijna, jak wspominali.
Stephen podszedł do wąskiego, nie oszklonego okna i wyjrzał na ciemny gęsty las oświetlony gwiazdami. To pewnie las, o którym wspominał Robert. Jakże groźnie wygląda! Czyżby bił dzwon?
— O tak — odparła dama, która przystanęła obok niego.
Miała na sobie suknię koloru burzy, cieni i deszczu oraz naszyjnik z nie dotrzymanych obietnic i żalów. Stephena zdumiały jej słowa, miał bowiem absolutną pewność, że nie wypowiedział na głos ostatniej myśli.
— Tak, to rzeczywiście dzwon! — dodała. — Na górze, w jednej z wież.
Uśmiechała się i patrzyła na niego z tak niekłamanym podziwem, że Stephen poczuł się w obowiązku coś powiedzieć.
— To bardzo eleganckie przyjęcie, szanowna pani. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem tyle pięknych twarzy i sylwetek w jednym miejscu. I wszyscy są w kwiecie wieku! Przyznaję, że dziwi mnie nieobecność starszych osób na tej sali. Czy te panie i panowie nie mają rodziców? Wujów ani ciotek?
— Co za dziwne spostrzeżenie! — odparła ze śmiechem. — Czemu pan Domu Utraconej Nadziei miałby zapraszać na bal szpetnych starców? Kto by chciał na nich patrzeć? Poza tym wcale nie jesteśmy tacy młodzi, jak się może wydawać. Kiedy ostatnio widzieliśmy naszych rodziców, Anglia była jedynie posępnym lasem i jałowym wrzosowiskiem. Ale cóż to? Proszę spojrzeć. Lady Pole!
Między tancerzami mignęła Stephenowi sylwetka lady Pole. Miała na sobie suknię z niebieskiego aksamitu, a dżentelmen o włosach jak puch ostu prowadził ją na szczyt schodów.
Nagle dama w sukni koloru burzy, cieni i deszczu zapytała Stephena, czy zechciałby z nią zatańczyć.
— Z przyjemnością — odparł.
Kiedy inne panie ujrzały, jak znakomitym jest tancerzem, przekonał się, że może zatańczyć, z kimkolwiek zechce. Po damie w sukni koloru burzy, cieni i deszczu przyszła kolej na młodą kobietę w peruce z lśniących żuków, które tłoczyły się i roiły na jej głowie. Trzecia tancerka Stephena utyskiwała za każdym razem, gdy jego dłoń musnęła jej suknię. Mówiła, że to wybija strój z rytmu. Kiedy Stephen spojrzał w dół, uświadomił sobie, że suknię damy pokrywają maleńkie usta, które śpiewały melodyjkę piskliwymi głosikami.