Выбрать главу

Sir Walter miał chęć odpowiedzieć medykowi, lecz stąpał po niepewnym gruncie. Mężczyzna, który żeni się po raz pierwszy w wieku czterdziestu dwóch lat, wie aż nazbyt dobrze, że niemal wszyscy mają lepsze kwalifikacje do radzenia sobie ze sprawami domowymi. Sir Walter zadowolił się wobec tego srogą miną. Ponieważ dochodziła jedenasta, wezwał powóz i sekretarza, po czym pojechał do Burlington House, gdzie miał spotkanie z innymi ministrami.

W Burlington House krążył po otoczonych kolumnami dziedzińcach i złoconych przedsionkach. Wspinał się po olbrzymich marmurowych schodach, nad którymi znajdowały się sufity z niemożliwą do ogarnięcia liczbą malowanych bogów, bogiń, bohaterów i nimf, opadłych z błękitnych niebios albo odpoczywających na pierzastych obłokach. Przywitał go ukłonami cały zastęp lokajów w liberiach i upudrowanych perukach i w końcu sir Walter wszedł do pomieszczenia, w którym ministrowie zwykle przeglądali dokumenty i kłócili się zajadle.

— Czemu nie posłać po pana Norrella, sir Walterze? — spytał pan Canning, gdy poznał sprawę. — Jestem zdumiony, że pan tego nie zrobił. Z pewnością niedyspozycja małżonki okaże się zaledwie drobnym następstwem magii, która przywróciła ją do życia. Pan Norrell wprowadzi poprawki do zaklęcia i lady Pole znów dobrze się poczuje.

— Och, rzeczywiście — przytaknął lord Castlereagh. — Wygląda na to, że medycy już nie wystarczą lady Pole. Pan i ja, sir Walterze, jesteśmy tu dzięki łasce boskiej, jednak lady Pole jest tu dzięki łasce pana Norrella. Jej ziemski byt różni się od naszego zarówno pod względem teologicznym, jak i medycznym.

— Kiedy pani Perceval źle się czuje — wtrącił pan Perceval, niski, pedantyczny adwokat o pospolitym wyglądzie, który piastował zaszczytne stanowisko ministra finansów — natychmiast zwracam się do jej pokojówki. W końcu kto lepiej zna swoją panią? Więc co na to pokojówka lady Pole?

Sir Walter pokręcił głową.

— Pampisford jest równie zdumiona jak ja. Potwierdza, że lady Pole jeszcze dwa dni temu cieszyła się doskonałym zdrowiem, a teraz jest zimna i blada, bez życia i nieszczęśliwa. Poza tym Pampisford wygaduje jeszcze mnóstwo bzdur o tym, że dom jest nawiedzony. Nie wiem, co wstąpiło w służących. Wszyscy są podenerwowani. Jeden z lokajów przyszedł do mnie rankiem z opowieścią o nieznajomym na schodach. O północy spotkał ubraną w zielony frak postać z grzywą srebrzystych włosów.

— Co to było? Duch? Widziadło? — spytał lord Hawkesbury.

— Chyba to miał na myśli.

— Zupełnie niezwykłe! Czy przemówiło? — spytał pan Canning.

— Nie. Geoffrey twierdził, że nieznajomy rzucił mu pogardliwe spojrzenie i sobie poszedł.

— Och! Pański lokaj z pewnością zasnął na służbie, sir Walterze — oświadczył pan Perceval.

— Albo był pijany — zauważył pan Canning.

— Też mi to przyszło do głowy. Spytałem o to Stephena Blacka, ale jest równie milczący jak cała reszta.

— No cóż, chyba pan nie zaprzeczy, że jest w tym odrobina magii? — spytał pan Canning. — I czy nie jest w mocy pana Norrella wyjaśniać to, czego inni nie rozumieją? Proszę słać po pana Norrella, sir Walterze!

Brzmiało to tak rozsądnie, że sir Walter zdziwił się, czemu sam o tym nie pomyślał. Miał bardzo wysokie mniemanie o własnych możliwościach intelektualnych, więc dlaczegóż nie przyszło mu do głowy coś tak oczywistego? Uświadomił sobie, że po prostu nie lubi magii. Nigdy jej nie lubił — ani na początku, gdy uważał ją za blagę, ani teraz, gdy okazała się autentyczna. Ale nie potrafił tego wytłumaczyć ministrom — on, który przekonał ich do zatrudnienia maga po raz pierwszy od dwustu lat!

O wpół do czwartej powrócił na Harley Street. Nastała najdziwniejsza pora zimowego dnia. Zmierzch zmieniał budynki i ludzi w niewyraźną czarną nicość, a niebo wciąż miało odcień oślepiającego srebrnego błękitu i emanowało chłodnym światłem. Zimowy zachód słońca malował pas koloru różu i krwi na krańcach wszystkich ulic. Był to przyjemny widok dla oka, niemniej odrobinę niepokojący dla duszy. Wyglądając przez okno powozu, sir Walter pomyślał, że na szczęście nie ma skłonności do fantazjowania. Ktoś inny mógłby się poczuć nieswojo, gdyby w takiej scenerii przyszło mu się spotkać z magiem.

Geoffrey otworzył drzwi pod numerem dziewiątym na Harley Street i sir Walter pośpiesznie wspiął się po schodach. Gdy zbliżył się do drzwi salonu weneckiego, w którym tego ranka siedziała małżonka, jakieś przeczucie kazało mu tam zajrzeć. Początkowo sądził, że pokój jest pusty. Ogień w kominku dogasał, tworząc jakby drugi zmierzch w pomieszczeniu. I właśnie wtedy ją ujrzał.

Siedziała wyprostowana jak struna w fotelu obok okna, plecami do sir Waltera. Ustawienie fotela, jej poza, a nawet układ fałd sukni i szala były dokładnie takie same jak rano, gdy ją opuszczał.

Po wejściu do gabinetu napisał pilną wiadomość do pana Norrella.

Pan Norrell nie zjawił się od razu. Minęła dobra godzina lub dwie. Gdy w końcu przybył, sir Walter powitał go w westybulu i opisał sytuację. Potem zaproponował, by poszli na górę, do weneckiego salonu.

— Och — powiedział pośpiesznie pan Norrell z udawanym spokojem na twarzy — z pańskich słów wnioskuję, że nie ma powodu kłopotać lady Pole. Sir Walterze, obawiam się, że niewiele mogę dla niej zrobić. Jak pan wie, zawsze chętnie służę panu pomocą, jednak z bólem muszę oświadczyć, że magia nie zdoła wyleczyć pańskiej małżonki z przygnębienia.

Sir Walter westchnął. Z nieszczęśliwą miną przejechał ręką po włosach.

— Pan Baillie niczego nie wykrył, więc pomyślałem…

— Och! Właśnie dlatego mam pewność, że nie mogę panu pomóc. Magia i medycyna nie zawsze są tak odległe od siebie, jak się to może wydawać. Zakres ich działania często się pokrywa. Niejednokrotnie chorobę można pokonać zarówno lekarstwem, jak i magią. Gdyby lady Pole była poważnie chora lub, Boże broń, ponownie miała umrzeć, z pewnością magia zdołałaby ją wyleczyć albo przywrócić do życia. Proszę wybaczyć, sir Walterze, lecz opisał pan raczej duchową przypadłość niż fizyczną. Na to nie pomoże ani magia, ani medycyna. Nie jestem specjalistą od tych spraw, ale może duchowny zdołałby znaleźć rozwiązanie?

— Jednak lord Castlereagh sądzi… nie wiem, czy słusznie… że skoro lady Pole zawdzięcza życie magii… Przyznaję, że niezbyt dobrze go zrozumiałem, ale chyba chciał powiedzieć, że skoro lady Pole zawdzięcza życie magii, tylko magia zdołają wyleczyć.

— Doprawdy? Lord Castlereagh tak powiedział? Och! Myli się, ale ten sposób myślenia nazywano kiedyś herezją meraudiańską[34]. Dwunastowieczny opat z Rivaulx poświęcił życie na walkę z nią i skończyło się tym, że go kanonizowali. Rzecz jasna, teologia magii nigdy nie była moim ulubionym przedmiotem, ale nie mylę się chyba, twierdząc, że w sześćdziesiątym dziewiątym rozdziale Trzech doskonalących się stanów istnienia[35] Williama Pantlera…

Pan Norrell najwyraźniej szykował się do wygłoszenia jednego ze swych długich i nudnych przemówień na temat historii Anglii, pełnego odniesień do ksiąg, o których nikt nigdy nie słyszał.

— Tak, tak! — przerwał mu sir Walter. — Ma pan może jakieś pojęcie, kim jest postać w zielonym fraku, ze srebrzystymi włosami?

— Och! — odparł pan Norrell. — Myśli pan, że ktoś tam był? Wydaje mi się to wielce nieprawdopodobne. Czy to przypadkiem nie suknia pozostawiona na wieszaku przez opieszałego sługę? Tam, gdzie nikt się jej nie spodziewał? Sam często wpadam w popłoch na widok peruki, którą widzi pan teraz na mojej głowie. Lucas dobrze wie, że powinien odkładać ją co wieczór na miejsce, ale kilka razy zostawił ją na gzymsie nad kominkiem. Odbijała się w lustrze, przypominając dwóch dżentelmenów dotykających się głowami i szepczących o mnie.

вернуться

34

Teorię tę po raz pierwszy wyłożył kornwalijski mnich o nazwisku Meraud w dwunastym wieku; istniało wiele jej wariantów. W najbardziej skrajnej postaci teoria ta wyraża przekonanie, że każdy, kto został wyleczony, ocalony lub wskrzeszony za pomocą magii, nie podlega Bogu ani jego Kościołowi, tylko musi być posłuszny magowi lub elfowi, który mu pomógł.

Merauda aresztowano i sprowadzono przed oblicze Stefana, króla Anglii Południowej, i jego biskupów w Radzie Winchesteru. Meraud został napiętnowany, wychłostany i częściowo pozbawiony odzienia. Potem go wygnano. Biskupi nakazali wszystkim odmawiać mu pomocy. Meraud usiłował dostać się do Newcastle, zamku Króla Kruków. Zmarł w drodze.

Wierzenie, rozpowszechnione na północy kraju, że pewni mordercy nie należą do Boga ani do Szatana, lecz do Króla Kruków, to inna postać herezji meraudiańskiej.

вернуться

35

William Pantler, Trzy doskonalące się stany istnienia, Henry Lintot, Londyn 1735. Te trzy doskonalące się stany istnienia to anioły, ludzie i elfy.