Выбрать главу

Pan Norrell zmrużył oczy, próbując ukryć swoje myśli, i oświadczył, że nic nie zdoła zrobić. Życzył sir Walterowi miłego wieczoru i udał się do domu.

Pojechał prosto na Hanover Square i natychmiast ruszył do małego gabinetu na drugim piętrze. Było to ciche pomieszczenie z tyłu domu, z widokiem na ogród. Służący nigdy tam nie wchodzili, kiedy pracował, i nawet Childermass musiał mieć naprawdę ważny powód, by mu tam przeszkadzać. Choć pan Norrell rzadko uprzedzał, kiedy skorzysta z małego gabinetu, w domu obowiązywała zasada, że zawsze ma on być gotowy. Dlatego nawet teraz ogień wesoło trzaskał w kominku, a wszystkie lampy były zapalone. Ktoś jednak zapomniał zaciągnąć zasłony, więc szyba zamieniła się w czarne zwierciadło.

Pan Norrell usiadł przy biurku naprzeciwko okna. Otworzył opasły tom (jeden z wielu na blacie) i wymamrotał pod nosem zaklęcie.

Węgiel spadający z paleniska oraz jakiś cień w pokoju sprawiły, że uniósł wzrok. Ujrzał swoje zaniepokojone oblicze odbite w ciemnym oknie, a za sobą srebrzystą twarz i grzywę lśniących włosów.

Nie odwracając się, pan Norrell odezwał się do odbicia w lustrze pełnym złości tonem:

— Kiedy mówiłeś, że zabierzesz drugą połowę życia młodej damy, sądziłem, że pozwolisz jej pozostać z przyjaciółmi i rodziną przez pierwszą połowę. Myślałem, że kiedy się o nią upomnisz, będzie tak, jakby po prostu umarła!

— Nigdy tak nie twierdziłem.

— Zwiodłeś mnie! Wcale mi nie pomogłeś! Wszystko zepsujesz przez te swoje sztuczki! — wykrzyknął pan Norrell.

Osoba w szybie prychnęła z dezaprobatą.

— Miałem nadzieję, że przy drugim spotkaniu będziesz o wiele rozsądniejszy, panie. A ty jesteś arogancki i bez powodu rozgniewany! Dotrzymałem warunków naszej umowy! Zrobiłem, czego pragnąłeś, i nie wziąłem nic, co nie należy do mnie! Gdyby naprawdę zależało ci na szczęściu lady Pole, cieszyłbyś się, że jest teraz wśród przyjaciół, którzy szczerze ją cenią i podziwiają!

— Nic mnie ona nie obchodzi — odparł pan Norrell z pogardą. — Czym jest los jednej młodej kobiety w porównaniu z sukcesem angielskiej magii? Nie, chodzi o jej męża, dla którego uczyniłem to wszystko! Bardzo go przygnębił twój fortel. A jeśli będzie musiał odejść z rządu? Nigdy nie znajdę tak chętnego do pomocy sprzymierzeńca![36] Nigdy żaden minister nie będzie mi tyle zawdzięczał!

— Jej mąż, tak? Cóż, wobec tego wyniosę go na wysokie stanowisko! Zyska o wiele więcej, niż miałby dzięki własnej pracy. Zostanie premierem. A może cesarzem Wielkiej Brytanii? Czy to ci odpowiada?

— Nie, nie! — krzyknął pan Norrell. — Nic nie rozumiesz! Po prostu chcę, żeby był ze mnie zadowolony i przekonał innych ministrów, ile dobra dla kraju może uczynić magia!

— To dla mnie zagadka. Czemu wolisz pomoc tego człowieka od mojej? — oświadczyła wyniośle postać w oknie. — Co on wie o magii? Nic! Mogę cię nauczyć przenosić góry i miażdżyć nimi nieprzyjaciół! Chmury będą śpiewały na twój widok. Mogę sprawić, że drzewa będą kwitnąć na twoją cześć, a ziemię skuwać będzie lód, gdy odejdziesz…

— O tak! Pragniesz tylko podporządkować angielską magię swym kaprysom! Będziesz porywał obywateli Anglii, aż stanie się ona idealnym miejscem dla twojej zwyrodniałej rasy! Cena takiej pomocy jest dla mnie zbyt wysoka.

Postać w szybie nie odpowiedziała na te zarzuty. Nagle jednak świeca stojąca na biurku uniosła się i przeleciawszy przez pokój, stłukła lustro i niewielkie porcelanowe popiersie Thomasa Lanchestera.

Zapadła cisza.

Pan Norrell siedział przerażony i drżący. Spoglądał na księgi rozłożone na biurku, ale jeśli czytał, to w sposób znany jedynie magom, gdyż jego oko nie wędrowało po stronicach. Po kilku minutach uniósł wzrok. Osoba w szybie zniknęła.

Plany londyńczyków dotyczące lady Pole spełzły na niczym. W małżeństwie, z którym przez kilka krótkich tygodni oboje partnerów wiązało takie nadzieje, zapanowały obojętność i milczenie oraz niepokój i smutek. Lady Pole nie tylko nie została ozdobą towarzystwa, ale przestała gdziekolwiek wychodzić. Nikt jej nie odwiedzał i wkrótce o niej zapomniano.

Służący na Harley Street z ociąganiem wchodzili do pokoju, w którym przesiadywała, choć żaden nie umiał wytłumaczyć, skąd bierze się ta niechęć. Kłopot polegał na tym, że w pobliżu lady Pole zawsze słychać było ciche echo dzwonu. Wydawało się, że owiewa ją przenikliwy wiatr z oddali, więc wszyscy w jej obecności drżeli. A ona siedziała, godzinę za godziną, otulona szalem, nie ruszając się i milcząc, podczas gdy złe sny i cienie gromadziły się wokół niej.

Rozdział dziewiętnasty

Baczna kompania

luty 1808

O dziwo, nikt nie zauważył, że osobliwa dolegliwość, która dręczyła lady Pole, dokuczała również Stephenowi Blackowi. I on narzekał na zmęczenie i zimno. Jeśli już się odzywali, to oboje mówili cicho i z trudem.

Być może nie było w tym nic dziwnego. Różnice w trybie życia damy i kamerdynera usuwają na drugi plan wszelkie podobieństwa ich sytuacji. Kamerdyner ma obowiązki. W przeciwieństwie do lady Pole Stephen nie siedział bezczynnie przy oknie całymi godzinami. Objawy podniesione do rangi choroby u lady Pole u Stephena traktowano zaledwie jako melancholię.

John Longridge, kucharz na Harley Street, od ponad trzydziestu lat chodził przygnębiony, z życzliwością zatem powitał nowego członka bractwa melancholików. Biedak wyglądał na zadowolonego z towarzysza niedoli. Wieczorami, gdy Stephen przesiadywał przy stole kuchennym z twarzą ukrytą w dłoniach, John Longridge zajmował miejsce naprzeciwko niego i zaczynał narzekać:

— Bardzo panu współczuję. Melancholia, proszę pana, to najgorsze, co się może przytrafić człowiekowi. Myślę czasem, że cały Londyn przypomina zimną grochówkę zarówno barwą, jak i konsystencją. Widzę ludzi o twarzach i rękach jak z zimnej grochówki, widzę, jak brną w zimnej grochówce ulic. Ojej, ależ wtedy cierpię! Słońce na niebie jest zimne i szare i też jak grochówka nie potrafi mnie rozgrzać. Często panu zimno? — John Longridge kładł rękę na dłoni Stephena. — Ach, jest pan lodowaty jak wnętrze grobowca!

Stephen czuł się jak lunatyk. Już nie żył, śnił jedynie. Śnił o domu na Harley Street i innych sługach. Śnił o swej pracy, przyjaciołach i pani Brandy. Niekiedy śnił o bardzo osobliwych rzeczach, które — czuł to jakąś maleńką, wyziębłą, niedostępną cząstką umysłu — istnieć nie powinny. Szedł korytarzem lub schodami domu na Harley Street, odwracał się i widział korytarze oraz schody, których wcześniej tu nie było. Jakby dom na Harley Street osiadł wewnątrz większej i starszej budowli. Kamienne sklepienia pokryte grubą warstwą kurzu wieńczyły mroczne przejścia. Schody i podłogi były tak zniszczone i nierówne, że bardziej przypominały nieoszlifowane głazy niż dzieło ludzkich rąk. Najdziwniejsze jednak, że Stephen znał te upiorne korytarze. Nie rozumiał skąd się biorą takie myśli, ale przyłapywał się na konstatacjach: „Tak, tuż za tym rogiem jest Wschodnia Zbrojownia” albo „Te schody prowadzą do Wieży Patroszniczej”.

Za każdym razem, gdy dostrzegał te przejścia lub, jak czasem bywało, zaledwie wyczuwał ich obecność, budziła się w nim energia, jak dawniej. Ta jego część, która zamarzła (dusza? serce?), tajała o milimetr i znów zaczynał czuć, myśleć i się dziwić. Zazwyczaj jednak nic go nie bawiło, nic nie zadowalało. Wszędzie cienie, pustka, echo, kurz.

вернуться

36

Co dowodzi tylko, że pan Norrell nie pojmował jeszcze, jak bardzo cenią go ministrowie i jak bardzo chcą go wykorzystać podczas wojny.