Niepokój skłaniał Stephena do długich samotnych wędrówek po ciemnych ośnieżonych ulicach Mayfair i Piccadilly. Pewnego wieczoru, pod koniec lutego, znalazł się przed kawiarnią pana Whartona na Oxford Street. Dobrze znał ten lokal. Na górze mieściła się siedziba Bacznej Kompanii, klubu starszych rangą służących płci męskiej, zatrudnionych w szacownych londyńskich domach. Osobisty lokaj lorda Castlereagha był cenionym członkiem tej organizacji, podobnie jak woźnica księcia Portlandu oraz właśnie Stephen. Baczna Kompania spotykała się w każdy trzeci wtorek miesiąca. Służący odpoczywali tutaj tak samo jak członkowie każdego klubu w Londynie: pili i jedli, uprawiali hazard, prowadzili dyskusje o polityce i plotkowali o kochankach. W pozostałe wieczory ci, którzy właśnie mieli wolne, udawali się do górnej izby kawiarni pana Whartona, by tam cieszyć się towarzystwem kolegów po fachu.
Stephen wszedł do środka i powędrował schodami na górę. Pomieszczenie wypełniał dym tytoniowy, jak to zwykle bywa w przybytkach przeznaczonych dla męskiej części populacji. Ściany wyłożono boazerią z ciemnego drewna, które posłużyło również do podzielenia części sali na boksy, zapewniające klientom niewielką przestrzeń wyłącznie do ich dyspozycji. Podłoga codziennie posypywana była trocinami. Na stołach leżały białe obrusy, a lampy olejowe utrzymywano w należytej czystości. Stephen usiadł w jednym z boksów i zamówił kieliszek porto, po czym zapatrzył się nań posępnie.
Za każdym razem, gdy któryś z członków Bacznej Kompanii mijał boks Stephena, przystawał, by się przywitać. Stephen zwykle unosił rękę w obojętnym pozdrowieniu, lecz dzisiejszego wieczoru nie reagował na te przyjazne gesty. Stało się tak dwa, może trzy razy, kiedy nagle usłyszał energiczny szept: „Masz absolutną rację, nie zwracając na nich uwagi! W końcu to tylko sługi i pachołki! Kiedy przy mojej pomocy osiągniesz wyżyny szlachectwa i chwały, z radością wspomnisz, że wzgardziłeś ich przyjaźnią!”
Był to zaledwie szept, Stephen jednak słyszał go wyraźniej niż głosy i śmiechy Bacznej Kompanii oraz pozostałych dżentelmenów. Miał wrażenie, że szept ów mógłby przeniknąć kamień, żelazo i miedź. Mógłby przemówić z głębokości kilkuset metrów i dałby się słyszeć. Mógłby rozbijać cenne kamienie i sprowadzać szaleństwo.
Ten niezwykły szept na moment wyrwał Stephena z letargu. Zapragnął odkryć, kto do niego przemawia, rozejrzał się więc dookoła, ale ujrzał jedynie same znajome twarze. Wychylił się tedy za przepierzenie i zerknął do boksu obok. Siedziała tam osoba o niezwykłej aparycji i w bardzo swobodnej pozie. Dżentelmen ów oparł ramiona na górnej krawędzi przepierzenia, a obute stopy położył na blacie. Wyróżniało go kilka niezwykłych cech, lecz najbardziej rzucała się w oczy grzywa srebrzystych włosów, jasnych, miękkich i lśniących niczym puch ostu. Dżentelmen mrugnął do Stephena, po czym wstał i usiadł koło niego.
— Muszę ci powiedzieć — zaczął bardzo poufałym tonem — że miasto nie ma nawet setnej części dawnej świetności! Odkąd wróciłem, wciąż spotykają mnie rozczarowania. Niegdyś cały Londyn był jednym wielkim lasem wież, pinakli i iglic. Na nich, ciesząc oko, wisiały wielobarwne sztandary i proporce! Z każdej strony widziało się kamienne rzeźby, delikatne jak paliczki i finezyjne niczym zmarszczki na wodzie. Stały tu domy zdobione wizerunkami kamiennych smoków, gryfów i lwów czy symbolami mądrości, odwagi i srogości mieszkańców. A w ogrodach podziwiać można było zamknięte w klatkach żywe smoki, gryfy i lwy. Ich ryki przerażały słabych duchem. W każdym kościele spoczywał święty i co godzina wyczyniał cuda na prośbę ludu. Prochy świętych leżały w szkatułach z kości słoniowej, ukrytych w zdobionych szlachetnymi kamieniami trumnach, które wystawiano we wspaniałych kapliczkach ze srebra i złota, dniem i nocą oświetlonych blaskiem tysiąca świec! Każdego dnia urządzano wspaniałe procesje ku czci tego czy innego świętego, a sława Londynu docierała do wszystkich światów! W tamtych czasach mieszkańcy stolicy zwykli zasięgać u mnie rady w sprawie budowy domów, układu ogrodu, dekoracji salonów. Jeśli okazywali mi należyty szacunek, zazwyczaj służyłem pomocą. O tak! Gdy miasto zwracało się o radę do mnie, było piękne, imponujące, niezrównane. Teraz jednak… — Wymownie zacisnął dłoń w pięść, jakby miażdżył w niej Londyn i ciskał go precz. — Jakże głupio wyglądasz, tak się na mnie gapiąc! Zadałem sobie sporo trudu, by cię tu odwiedzić, a ty siedzisz milczący i ponury, z otwartymi ustami! Rozumiem, że dziwi cię mój widok, nie wolno jednak zapominać o dobrych manierach. Rzecz jasna — dodał tonem kogoś, komu nie brak dobrej woli — Anglików często zdumiewa moja obecność. Ale my jesteśmy zaprzyjaźnieni, zasłużyłem więc na życzliwsze powitanie!
— Czy my się znamy? — spytał Stephen ze zdumieniem. — Z pewnością śniłem o panu. Śniłem, że razem przebywamy w ogromnym domu pełnym nie kończących się, zakurzonych korytarzy!
— Czy my się znamy? — powtórzył z drwiną w głosie dżentelmen o włosach jak puch ostu. — Coś podobnego! Cóż to za brednie? Jakbyśmy od wielu tygodni nie bywali na tych samych ucztach, balach i przyjęciach!
— Z pewnością w moich snach…
— Nie sądziłem, że jesteś taki tępy! — wykrzyknął dżentelmen. — Utracona Nadzieja to nie sen! To najstarsza i najpiękniejsza z moich posiadłości, równie prawdziwa jak Carlton House[37]. Właściwie nawet prawdziwsza! Znam przyszłość i powiem ci, że Carlton House w ciągu dwudziestu lat zostanie zrównane z ziemią, a Londyn istnieć będzie, och!, zaledwie jeszcze przez dwa tysiące lat. Utracona Nadzieja natomiast przetrwa aż do następnej epoki. — Dziwny dżentelmen wydawał się rozradowany tą myślą. Należy w tym miejscu chyba zauważyć, że najwyraźniej naturalnym stanem dżentelmena było skrajne zadowolenie. — Nie, to nie sen. Znajdujesz się pod wpływem zaklęcia, które co noc sprowadza cię do Utraconej Nadziei!
Oszołomiony Stephen tylko patrzył na rozmówcę. Nagle uświadomił sobie, że musi przemówić, by dżentelmen znów nie oskarżył go o ponuractwo i złe maniery.
— Czy… Czy pan rzucił zaklęcie? — wyjąkał.
— Naturalnie!
Rozradowanie dżentelmena o włosach jak puch ostu wskazywało na to, że w swoim mniemaniu uczynił Stephenowi wielki zaszczyt, więc Stephen uprzejmie mu podziękował.
— Jestem panu bardzo wdzięczny, choć nie mam pojęcia, czym zasłużyłem na pańską życzliwość — dodał.
— Ach! — wykrzyknął rozradowany dżentelmen. — Masz nienaganne maniery, Stephenie Blacku! Mógłbyś uczyć dumnych Anglików. Twoja ogłada towarzyska przyniesie ci w końcu szczęście!
— Czy złote gwinee w kasetce pani Brandy to pańskie dzieło? — spytał Stephen.
— Ach! Dopiero teraz odgadłeś? Pomyśl tylko, jakim sprytem się wykazałem! Pamiętając, co mówiłeś o swoich wrogach, którzy dniem i nocą spiskują przeciwko tobie, pieniądze dostarczyłem twej przyjaciółce. Gdy ją poślubisz, będą należały do ciebie.
— Ja… — zaczął Stephen i umilkł. Dżentelmen najwyraźniej czuł się upoważniony do ingerencji w każdą sferę jego życia. — Myli się pan jednak co do moich wrogów — dodał. — Nie mam żadnych.
— Drogi Stephenie, naturalnie, że masz! — oznajmił dżentelmen z pobłażliwym rozbawieniem. — Największym jest ten niegodziwiec, twój pan! Zmusza cię, byś mu służył dniem i nocą. Wyznacza ci zadania nieodpowiednie dla osoby tak godnej. A po co to robi?