Выбрать главу

Londyńscy uliczni sztukmistrze od dawna działali mu na nerwy. Jeszcze jako człowiek nieznany i pozbawiony wpływów domagał się od członków parlamentu i innych ważnych osobistości usunięcia tych wagabundów. Naturalnie, w chwili gdy zyskał sławę, zdwoił, a wręcz potroił wysiłki. Najpierw uznał, że kwestię magii powinien regulować rząd. Magowie otrzymywaliby koncesję na swoje usługi (choć nie przychodził mu do głowy nikt, kto poza nim miałby na nią szansę). Zaproponował nawet ustanowienie organu regulacyjnego w postaci Rady Magii, ale tu już przesadził.

— Nie chcemy obrażać człowieka, który oddał takie przysługi naszemu krajowi — zauważył lord Hawkesbury w rozmowie z sir Walterem — ale żeby w trakcie długiej wojny żądać ustanowienia nowego urzędu, pełnego tajnych radców, ministrów i Bóg wie kogo jeszcze?! I po co? Żeby słuchali pana Norrella i go chwalili! Drogi sir Walterze, proszę mu zasugerować inne rozwiązanie, błagam pana.

Wobec tego podczas następnego spotkania z panem Norrellem (w domu na Hanover Square) sir Walter zwrócił się do przyjaciela tymi słowy:

— Cel godny podziwu, nikt temu nie przeczy, ale rada to nie jest dobre rozwiązanie. W naszym mieście, a głównie tu tkwi problem, taka rada nie będzie miała władzy. Powiem panu, co zrobię. Jutro obaj udamy się do rezydencji lorda burmistrza Londynu, by złożyć wizytę jemu i jednemu lub dwóm radnym. Myślę, że szybko znajdziemy przyjaciół dla naszej sprawy.

— Drogi sir Walterze! — wykrzyknął pan Norrell. — To nie wystarczy. Problem nie dotyczy wyłącznie Londynu. Pracuję nad tym od czasu opuszczenia hrabstwa York… — (Poszperał w stosiku dokumentów na stoliczku i wyciągnął listę.) — W Norwich jest dwunastu ulicznych magików, dwóch w Yarmouth, dwóch w Gloucesterze, sześciu w Winchesterze, czterdziestu dwóch w Penzance! Coś podobnego! Zaledwie kilka dni temu pewna brudna kobieta wdarła się do mojego domu, wykrzykując, że nie odejdzie bez spotkania ze mną, po czym zażądała ode mnie zaświadczenia o jej umiejętnościach magicznych. Całkiem mnie zaskoczyła. Powiedziałem więc: „Kobieto…”

— Myślę — przerwał sir Walter pośpiesznie — że kiedy Londyn pozbędzie się tego utrapienia, inne miasta pójdą w jego ślady. Żadne nie zechce pozostać w tyle.

Pan Norrell wkrótce się przekonał, że sir Walter miał wiele racji. Burmistrz i radni zapragnęli przyczynić się do pełnego chwały odrodzenia angielskiej magii. Skłonili Sąd Rady Miejskiej Londynu do powołania Komitetu Sztuk Magicznych, a ten uchwalił, że w granicach miasta tylko pan Norrell może czarować, a inne osoby, które „prowadzą magiczne budki lub stragany albo w inny sposób nękają mieszkańców Londynu, roszcząc sobie pretensje do czynienia sztuk magicznych, zostaną niezwłocznie wydalone”.

Uliczni sztukmistrze zlikwidowali straganiki, załadowali skromny dobytek na wózki i opuścili miasto. Niektórzy na odchodnym rzucili klątwę na Londyn, ale ogólnie biorąc, zaakceptowali zmianę ze stoickim spokojem. Większość po prostu pogodziła się z tym, że musi porzucić magię i zająć się żebraniną lub złodziejstwem, a ponieważ od lat amatorsko się tym parała, zmiana nie była aż tak bolesna.

Tylko jeden samozwaniec nie opuścił miasta — Vinculus, mag z Threadneedle Street. Został w swej budce i nadal przepowiadał nieszczęśliwą przyszłość oraz sprzedawał zaklęcia zemsty odtrąconym kochankom i rozżalonym czeladnikom. Naturalnie pan Norrell błyskawicznie złożył skargę do Komitetu Sztuk Magicznych, gdyż to właśnie Vinculusa nie cierpiał najbardziej. Komitet wyekspediował woźnych kościelnych i urzędników, by postraszyli Vinculusa dybami, ale ten ich zlekceważył. Był tak popularny wśród mieszkańców Londynu, że komitet obawiał się zamieszek, gdyby spróbował usunąć go siłą.

W ponury lutowy dzień Vinculus siedział w swojej budce pod kościołem St Christopher Le Stocks. Na wypadek gdyby któryś z czytelników nie pamiętał z dzieciństwa siedzib ulicznych magów, należy przypomnieć, że budka taka przypomina raczej teatrzyk z Punchem i Judy[39] albo straganik na jarmarku zrobiony z drewna i płótna. Żółta kotara, do połowy długości zdobiona grubą warstwą brudu, służyła jako drzwiczki i reklama oferowanych w środku usług.

Akurat w ten dzień Vinculus nie miał klientów ani nadziei na ich przybycie. Ulice były wyludnione. Nad Londynem zawisła dokuczliwa szara mgła o aromacie dymu i smoły. Sklepikarze dorzucili węgla do ognia i zapalili wszystkie lampy w nadziei, że rozproszą mrok i odegnają chłód. Ale dziś z okrągłych okien sklepów nie padał na ulicę ciepły blask: światło nie mogło przeniknąć przez mgłę.

W rezultacie nikogo nie kusiła wizja zakupów, więc ekspedienci w długich białych fartuchach i pudrowanych perukach swobodnie gawędzili albo rozgrzewali się przy kominku. Takiego dnia każdy, kto miał coś do roboty, nie wyściubiał nosa z domu czy ze sklepu, a ten, kto musiał wyjść, jak najszybciej załatwiał swoje sprawy i wracał.

Przemarznięty do szpiku kości Vinculus siedział ponuro za kotarą i myślał o kilku właścicielach piwiarni, którzy może zechcieliby sprzedać mu na kredyt szklaneczkę lub dwie grzanego wina z przyprawami. Już prawie zdecydował, od kogo zacząć, kiedy tupot i głośne chuchanie w dłonie podpowiedziały mu, że przed budką stoi klient. Vinculus uniósł kotarę i wyjrzał.

— Jesteś magiem?

Vinculus przytaknął z wahaniem, że i owszem (człowiek miał wygląd urzędnika sądowego).

— Znakomicie. Mam dla ciebie zadanie.

— Dwa szylingi za konsultację.

Mężczyzna włożył rękę do kieszeni, wyciągnął sakiewkę i wetknął dwa szylingi w dłoń maga. Następnie opisał problem, który Vinculus miał załatwić za pomocą magii. Wyjaśnienia były bardzo przejrzyste, klient dokładnie wiedział, czego chce. Jedyny problem polegał na tym, że im więcej gadał, tym mniej Vinculus mu wierzył. Mężczyzna twierdził, że przybywa z Windsoru. Było to całkiem możliwe. Co prawda mówił z północnym akcentem, ale to akurat nie dziwiło: ludzie często przyjeżdżali tu z północy, by zbić majątek. Nieznajomy przedstawił się jako właściciel dobrze prosperującego sklepu modniarskiego i to właśnie wydawało się najbardziej podejrzane, gdyż zupełnie nie wyglądał na kapelusznika. Vinculus niewiele wiedział o kapelusznikach, intuicja jednak podpowiadała mu, że powinni się ubierać według najnowszej mody. Tymczasem ten człowiek miał na sobie stary czarny płaszcz, wielokrotnie łatany i cerowany. Jego koszula, choć czysta i dobrej jakości, była niemodna już dwadzieścia lat temu. Vinculus nie znał nazw modniarskich akcesoriów, ale kapelusznicy z pewnością tak, ten osobnik jednak nazywał je „faramuszkami”.

Panował przejmujący ziąb, a ziemia zamieniła się w paskudną mieszaninę lodu i zamarzniętego błota. Gdy Vinculus spisywał informacje w wytłuszczonym notesie, poślizgnął się nagle i runął na dziwnego kapelusznika. Usiłował wstać, ale lód był tak zdradliwy, że mag musiał użyć rozmówcy jako podpórki. Dziwny kapelusznik wydawał się zbulwersowany, gdy jego nozdrzy dosięgły wyziewy piwa i kapusty, a kościste palce obmacywały go po całym ciele, milczał jednak.

— Przepraszam — wymamrotał Vinculus, gdy powrócił do pozycji stojącej.

— Bardzo proszę — odparł uprzejmie kapelusznik, strzepując z płaszcza okruszki czerstwego chleba, bryłki pozlepianego tłuszczu i kurzu oraz inne ślady obecności Vinculusa.

Mag także poprawił ubranie, które nieco się rozchełstało. Po chwili dziwny kapelusznik podjął opowieść:

— Jak mówię, mój zakład prosperuje, czepki są rozchwytywane, nie ma tygodnia, by księżniczka nie zamawiała nowego kapelusza albo faramuszki. Wywiesiłem wielki gipsowy wizerunek królewskiego herbu, żeby poinformować klientów o najwyższym patronacie nad sklepem. Wciąż jednak uważam, że modniarstwo to żmudne zajęcie. Siedzenie po nocach przy czepkach, liczenie pieniędzy i tak dalej. Sądzę, że byłoby mi znacznie łatwiej, gdyby jedna z królewskich cór mnie pokochała i poślubiła. Znasz odpowiednie zaklęcie, magu?

вернуться

39

Para małżeńska, kłócąca się ze sobą i przeżywająca tragikomiczne przygody; bohaterowie angielskiego widowiska kukiełkowego (przyp. tłum.).