Выбрать главу

— Miłosne zaklęcie? Naturalnie. Ale to kosztuje. Zazwyczaj liczę sobie cztery szylingi za rozkochanie dójki, dziesięć za szwaczkę i sześć gwinei za wdówkę z własnym sklepem. Królewska córka… hm… — Vinculus podrapał nie ogolony policzek brudnymi palcami. — Czterdzieści gwinei — zaryzykował.

— Doskonale.

— Która? — spytał Vinculus.

— Co która?

— Która córka?

— Właściwie wszystkie są takie same, prawda? Czy cena zależy od osoby?

— Nie, raczej nie. Zapiszę zaklęcie na kartce. Proszę przedrzeć kartkę na dwie części i zaszyć jedną z połówek pod podszewką płaszcza. Drugą należy ukryć w części garderoby tej damy, na którą padnie pański wybór.

Dziwny kapelusznik wydawał się zdumiony.

— Niby jak miałbym to zrobić?

— Myślałem, że szyje im pan czepki?

— No tak — zaśmiał się kapelusznik. — Oczywiście. Vinculus popatrzył na niego podejrzliwie.

— Taki z ciebie kapelusznik jak ze mnie…

— Mag? — zasugerował drwiąco dziwny klient. — Musisz przyznać, że to nie jedyna twoja profesja. W końcu przed chwilą opróżniłeś mi kieszenie.

— Chciałem sprawdzić, co z ciebie za niegodziwiec — odparł Vinculus i zaczął potrząsać ręką, aż z rękawa wypadły mu wszystkie przedmioty wyciągnięte z kieszeni kapelusznika. Była tam garść srebrnych monet, dwie złote gwinee i trzy albo cztery złożone kartki papieru. Te podniósł.

Kartki były nieduże, grube i znakomitej jakości. Wszystkie pokrywało drobne schludne pismo. Na górze pierwszej kartki napisano: „Dwa zaklęcia mające skłonić upartego osobnika do opuszczenia Londynu oraz jedno zaklęcie, by odkryć, co obecnie czyni mój wróg”.

— Mag z Hanover Square! — oświadczył Vinculus. Childermass (gdyż był to on) skinął głową. Vinculus przebiegł wzrokiem zaklęcie. Pierwsze miało sprawić, by ten, na kogo je rzucono, uwierzył, że każdy londyński cmentarz nawiedzają pogrzebani tam ludzie i że na każdym moście snują się samobójcy, którzy się zeń rzucili. Nieszczęśnik, na którego rzucono by zaklęcie, widziałby duchy w takiej postaci, jak wyglądały w chwili śmierci — ze wszystkimi śladami gwałtu, choroby czy starości. To miałoby go tak przerazić, że bałby się przejść po jakimkolwiek moście lub obok kościoła, co w Londynie byłoby poważną niedogodnością, gdyż mosty dzieliło nie więcej niż sto metrów, a kościoły nawet mniej. Pod wpływem drugiego zaklęcia człowiek miał nabrać — przekonania, że znajdzie prawdziwą miłość i szczęście na wsi. Do trzeciego zaś — które odkrywało poczynania wroga — potrzeba było zwierciadła, a zaklęcie to miało zapewne ułatwić Childermassowi szpiegowanie Vinculusa.

Vinculus prychnął pogardliwie.

— Możesz powiedzieć magowi z Mayfair, że jego zaklęcia na mnie nie działają.

— Doprawdy? — spytał Childermass ironicznie. — Pewnie dlatego, że ich nie rzuciłem.

Vinculus cisnął papiery na ziemię.

— No to rzucaj! — Wyzywająco skrzyżował ramiona i łypnął okiem tak, jak to robił, gdy przywoływał ducha rzeki Tamizy.

— Dziękuję, ale nie.

— A to czemu?

— Bo, podobnie jak ty, sam chcę decydować o sposobie załatwiania spraw. Mój chlebodawca nakazał mi dopilnować, byś opuścił Londyn. Zrobię to po swojemu. Chodź, porozmawiamy, Vinculusie.

Vinculus myślał nad tym przez chwilę.

— Czy możemy pogawędzić w cieplejszym miejscu? Może w piwiarni?

— Naturalnie, skoro chcesz.

Kartki z zaklęciami Norrella fruwały u ich stóp. Vinculus się pochylił, zebrał je i nie zważając na przylepione do nich źdźbła słomy i błoto, ukrył w kieszonce na piersi.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Karty marsylskie

luty 1808

Piwiarnia zwała się Ananas i była kiedyś kryjówką notorycznego złodzieja i mordercy. Przestępca ów miał wroga równie niegodziwego jak on sam. Złodziej i jego wróg byli niegdyś wspólnikami w jakiejś potwornej zbrodni. Złodziej zagarnął cały łup i zawiadomił urzędników sądowych, gdzie znajdą jego wroga. Ten zaś po ucieczce z Newgate przybył do Ananasa ciemną nocą, wraz z trzydziestką kompanów. Nakazał im zerwać dachówki i rozbierać cegły dopóty, dopóki nie wyłuskają złodzieja z pokoju. Nikt nie widział, co było później, ale wielu słyszało przeraźliwe krzyki na pogrążonej w nieprzeniknionym mroku ulicy. Właściciel odkrył, że ponura sława Ananasa przynosi zyski, więc wyremontował go jedynie prowizorycznie — załatał dziury drewnem i smołą, przez co piwiarnia wyglądała, jakby opatrzono jej rany po bijatyce z sąsiadami.

Trzy śliskie schodki prowadziły z ulicy do ponurej sali. Ananas miał szczególny zapach: była to mieszanka woni piwa, tytoniu, klientów i smrodu rzeki Fleet, która od wielu lat służyła za kanał ściekowy. Fleet płynęła pod fundamentami Ananasa i piwiarnia podobno się w nią zapadała. Na ścianach sali powieszono tanie sztychy — portrety słynnych kryminalistów ostatniego stulecia (wszyscy skończyli na stryczku) oraz rozpustnych synów króla (żaden nie zawisł).

Childermass i Vinculus usiedli przy stoliku w kącie. Blada dziewczyna przyniosła tanią świeczkę z łoju i dwa cynowe kufle z grzanym piwem z korzeniami. Childermass zapłacił.

Pili w milczeniu. Nagle Vinculus zerknął na Childermassa.

— Po co te nonsensy o czepkach i królewskich córkach?

— Ach, miałem taki kaprys. — Childermass zaśmiał się pod nosem. — Od dnia, w którym zjawiłeś się w bibliotece, mój chlebodawca zabiega o pomoc swych ważnych przyjaciół w pognębieniu ciebie. Już prosił lorda Hawkesbury i sir Waltera Pole’a, żeby w jego imieniu poskarżyli się królowi. Wierzył chyba, że Jego Wysokość wyśle armię przeciw tobie, ale lord Hawkesbury i sir Walter wytłumaczyli mu, że król raczej nie zada sobie tyle trudu dla jednego łachmyty i sztukmistrza z jarmarcznej budy. Przyszło mi do głowy, że jeśli Jego Królewska Mość dowie się, że pośrednio zagroziłeś cnocie jego córek, inaczej spojrzy na sprawę[40]. — Childermass upił łyk piwa. — Powiedz mi, Vinculusie, nie jesteś zmęczony wymyślaniem zaklęć i przepowiadaniem bredni? Połowa klientów drwi z ciebie. Nie wierzą w twą magię, podobnie jak ty. Twój czas dobiegł końca. Teraz w Anglii jest prawdziwy mag.

— Mag z Hanover Square! — Vinculus prychnął z pogardą. — Wszyscy wielcy ludzie w Londynie powtarzają, że nie widzieli równie uczciwego człowieka. Znam jednak i magów, i magię, więc powiadam: wszyscy magowie kłamią, a ten najbardziej.

Childermass wzruszył ramionami, jakby nie chciało mu się zaprzeczać. Vinculus nachylił się do rozmówcy.

— Magia będzie spisana na kamienistych wzgórzach, lecz ich umysły jej nie ogarną. Zimą jałowe drzewa będą czarnym pismem, lecz oni tego nie pojmą…

— Drzewa i wzgórza, Vinculusie? Kiedy ostatnio widziałeś drzewo albo wzgórze? Dlaczego nie powiesz, że magia będzie spisana na ścianach brudnych domów albo że dym jest czarnym pismem na niebie?

— To nie moja przepowiednia.

— A tak. Oczywiście. Twierdzisz, że to proroctwo Króla Kruków. Cóż, nie ma w tym nic niezwykłego. Każdy znany mi szarlatan niósł przesłanie od Króla Kruków.

— Zasiadam na czarnym tronie w cieniu, lecz oni mnie nie dostrzegą — wymamrotał Vinculus. — Deszcz utworzy dla mnie wrota, a ja je przekroczę.

вернуться

40

Król był kochającym ojcem sześciu córek, rodzicielska miłość sprawiła jednak, że zachowywał się niemal jak więzienny strażnik. Nie mógł znieść myśli, że któraś z nich mogłaby wyjść za mąż i go zostawić. Wymagał od córek, by wiodły wręcz nieznośnie nudne życie u boku cholerycznej królowej w zamku Windsor. Z całej szóstki tylko jedna zdołała wyjść za mąż przed ukończeniem czterdziestego roku życia.