Выбрать главу

I choć Jonathan Strange był oficjalnym zalotnikiem damy już od kilku miesięcy, oczekiwanych przez znajomych zaręczyn wciąż nie ogłaszano. Nie ze względu na nieprzychylność damy — był pewien jej uczucia. Czasem jednak wydawało mu się, że pokochała go jedynie po to, by się z nim wykłócać. Nie potrafił tego pojąć. Zmienił przecież swoje postępowanie, zgodnie z jej życzeniem — niemal nie grał już karty i nie uprawiał hazardu, pił też bardzo niewiele, zaledwie nieco ponad butelkę wina dziennie. Powiedział, że nie ma nic przeciwko częstszym wizytom w kościele — raz w tygodniu albo i dwa, jeśli ona zechce — oświadczyła jednak, że pozostawia te sprawy jego sumieniu, że takich rzeczy nie można narzucać. Wiedział, że dama nie pochwala jego częstych wizyt w Bath, Brighton, Weymouth i Cheltenham, i zapewnił ją, że nie musi się obawiać obecnych tam pań — bez wątpienia są czarujące, nic jednak dla niego nie znaczą. Odparła, że nie w tym rzecz. To jej nawet nie przyszło do głowy. Po prostu wolałaby, żeby znalazł sobie lepsze zajęcie. Nie miała zamiaru moralizować i nikt nie kochał wywczasu bardziej od niej, ale nieustający wypoczynek?! Czy tego rzeczywiście pragnął? Czy to go uszczęśliwiało?

Zaprzeczył i przez ubiegły rok nieustannie snuł interesujące plany dotyczące takich czy innych zajęć lub studiów. Strange postanowił zostać patronem żyjącego w ubóstwie poety geniusza. Potem miał studiować prawo, szukać skamielin na plaży w Lyme Regis, kupić hutę stali, spytać znajomego o nowe metody uprawy roli, podjąć studia teologiczne, skończyć lekturę fascynującego dzieła o inżynierii, które położył na stoliczku w kącie biblioteki ojca dwa lub trzy lata temu… Jednakże przed przystąpieniem do realizacji każdego z tych projektów odkrywał nowe problemy. Ubodzy genialni poeci należeli do rzadkości[41], księgi prawa ziały nudą, nie pamiętał nazwiska specjalisty od uprawy roli, a w dniu, w którym wybierał się do Lyme Regis, lało jak z cebra.

I tak dalej, i tak dalej. Powiedział więc młodej damie, że szczerze żałuje, iż przed laty nie wstąpił do marynarki. Nic w świecie nie odpowiadałoby mu równie mocno! Ojciec jednak nie chciał wyrazić na to zgody, a Jonathan miał teraz dwadzieścia osiem lat i na wojskową karierę było już za późno.

Ta osobliwie niezadowolona młoda dama zwała się Arabella Woodhope i była córką nieżyjącego wikariusza w kościele St Swithin w Clunbury[42]. Gdy zmarł Laurence Strange, bawiła u przyjaciół w wiosce w hrabstwie Gloucester, gdzie jej brat był wikarym. List z kondolencjami od damy dotarł do Strange’a rankiem w dniu pogrzebu. Wyrażał wszystkie stosowne emocje — współczucie z powodu straty, ale i świadomość wielu wad pana Strange’a jako rodzica. W liście kryło się coś jeszcze. Martwiła się o niego. Żałowała, że nie ma jej w Shropshire. Przejmowało ją, że w takiej chwili Strange został sam, bez przyjaciół.

Natychmiast się zdecydował. Wyobraził sobie, że nie trafi mu się lepsza okazja. Dama nigdy nie będzie czulej zatroskana, a on już się nie wzbogaci. (Nie do końca wierzył, że jego majątek jest jej całkiem obojętny, jak utrzymywała). Uznał, że powinien odczekać stosowną chwilę po pogrzebie. Trzy dni wydawały się w sam raz, więc rankiem czwartego dnia nakazał służącemu spakować ubrania, a masztalerzowi osiodłać konia i wyruszył do hrabstwa Gloucester.

Zabrał z sobą nowego pokojowca. Dużo rozmawiał z tym człowiekiem i uznał, że jest energiczny, pomysłowy i kompetentny. Nowego pokojowca ogromnie uradował ten wybór, choć próżność podpowiadała mu, że stała się rzecz najnaturalniejsza w świecie. Teraz, gdy nowy pokojowiec przestał być jedynie bohaterem opowiastek i stał się częścią rzeczywistości, wygodniej chyba będzie go nazywać po imieniu, jak zwykłych śmiertelników. Jeremy Johns — tak się zwał.

Pierwszego dnia spotkały ich jedynie typowe dla podróżnych przygody: pokłócili się z człowiekiem, który bez powodu szczuł ich psem, niepokoili się o konia Strange’a — wydawał się chory, ale po bliższych oględzinach okazał się zdrów jak ryba. Rankiem drugiego dnia jechali przez piękną okolicę pełną łagodnych pagórków, ośnieżonych lasów i dobrze utrzymanych farm. Jeremy Johns zajął się ćwiczeniem dozy wyniosłości właściwej służącemu dżentelmena, który niedawno odziedziczył majątek, a Jonathan Strange rozmyślał o pannie Woodhope.

Teraz, gdy znów miał ją ujrzeć, ogarnęły go wątpliwości. Cieszył się, że towarzyszy jej brat — poczciwy Henry, który widział same jasne strony tego ślubu i bez wątpienia wychwalał Jonathana przed siostrą. Obawy Strange’a dotyczyły przyjaciół damy, duchownego z małżonką. Nie znał ich, jednak przedstawiciele duchowieństwa budzili w nim naturalną dla młodego i bogatego sybaryty podejrzliwość. Kto wiedział, czy nie indoktrynowali jej codziennie wizjami niezwykłych cnót i zbędnych wyrzeczeń?

Zimowe słońce rzucało długie cienie. Szron iskrzył się na gałęziach drzew i w bruzdach na polach. Na widok oracza Jonathan pomyślał o rodzinach dzierżawców swej ziemi, których los zawsze przejmował pannę Woodhope. Zaczął sobie wyobrażać powitalną rozmowę. „Jakie pan ma plany co do swych dzierżawców?” — zapyta ona. „Plany?” — zdziwi się on. „Tak” — przytaknie ona. „Jak im pan ulży? Pański ojciec odbierał im każdy grosz. Bardzo ich unieszczęśliwiał”. „O tak, wiem” — powie Strange. „Nigdy nie pochwalałem jego postępowania”. „A obniżył pan już opłaty? Rozmawiał z radą parafialną? Myślał o przytułkach dla starców i szkole?”

— To nierozsądne, żeby rozprawiała o dochodach, przytułkach i szkole — westchnął Strange ponuro. — W końcu ojciec zmarł dopiero w czwartek.

— Cóż, to dziwne — zauważył Jeremy Johns.

— Hm? — mruknął Strange.

— Odkrył, że zatrzymali się przed białą bramą. Przy drodze stał schludny biały budynek. Był stosunkowo nowy, miał sześć ścian i gotyckie okna.

— Gdzie poborca myta? — chciał wiedzieć Jeremy Johns.

— Hm?

— To rogatka. O, tu napisano, ile trzeba zapłacić. Nikogo jednak nie ma. Zostawić sześciopensówkę?

— Tak, tak. Jeśli chcesz.

I tak Jeremy Johns zostawił opłatę na progu budynku i otworzył bramę, by mogli przejechać. Sto metrów dalej zaczynała się wioska. Był tu stary kamienny kościół skąpany w złocistym zimowym świetle, aleja pełna wiekowych, poskręcanych grabów i mniej więcej dwudziestka kamiennych domków. Z ich kominów unosił się dym. Obok drogi płynął strumyk, a brzegi porastała pożółkła trawa, zdobiona wisiorami lodu.

— Gdzie się wszyscy podziali? — spytał Jeremy.

— Co? — Strange rozejrzał się dookoła i w jednym z okien ujrzał dwie dziewczynki. — Tutaj.

— Nie, proszę pana. To są dzieci. Miałem na myśli dorosłych. Nikogo nie widzę.

Mówił prawdę, nie było dorosłych. Nieopodal dreptały kurczaki, kot siedział na wozie ze słomą, na polu stały konie, ale ludzi zabrakło. Gdy jednak Strange i Jeremy Johns opuścili wioskę, wyjaśniła się przyczyna tego dziwnego zjawiska. Mniej więcej sto metrów za ostatnim domem rósł żywopłot, a przy nim zebrał się tłum. Ludzie mieli z sobą rozmaitą broń — sierpaki, sierpy, kije i strzelby. Był to dziwny widok, jednocześnie złowieszczy i nieco niepoważny. Można by pomyśleć, że wioska postanowiła wypowiedzieć wojnę krzakom głogu i dzikim bzom. Zimowe słońce padało na ludzi, złocąc ich ubrania, broń i skupione twarze. Za mieszkańcami wioski rozciągały się długie sine cienie. Wszyscy milczeli, a jeśli ktoś się ruszał, czynił to bardzo ostrożnie, by nie wszcząć hałasu.

Bez zatrzymywania wierzchowców Strange i Jeremy unieśli się w strzemionach i wyciągnęli szyje, żeby dojrzeć, na co patrzą wieśniacy.

вернуться

41

Wygląda na to, że Strange nie do końca zarzucił marzenia o poetyckiej karierze. W Życiu Jonathana Strange a (John Murray, 1820) John Segundus opisuje, jak po rozczarowaniu związanym z szukaniem genialnego poety Strange postanowił sam pisać wiersze. „Pierwszego dnia wszystko szło jak z płatka; od śniadania do kolacji siedział w szlafroku przy biurku w garderobie i błyskawicznie zapełniał kilka tuzinów kartek rozmiaru kwarto. Bardzo podobało mu się wszystko, co napisał, podobnie jak jego służącemu, który również był człowiekiem słowa i chętnie odpowiadał na skomplikowane pytania dotyczące metafor i retoryki. Zbierał krążące po pokoju papiery, porządkował je, po czym zbiegał na dół, by przeczytać co ciekawsze fragmenty przyjacielowi, pomocnikowi ogrodnika. Tempo, w jakim pisał Strange, było naprawdę zdumiewające. Służący oświadczył, że kiedy przysunął rękę do dłoni Strange’a, czuł bijące od niej ciepło, olbrzymią twórczą energię. Drugiego dnia Strange zasiadł do napisania następnych pięćdziesięciu stron i natychmiast napotkał trudności, bo nie mógł wymyślić rymu do «wystarczy miłość». Sformułowanie „zgubna otyłość” nie rokowało wielkich nadziei, „stroma pochyłość” wydawało się nie na miejscu, a «utkwiła mi ość» brzmiało wręcz prostacko. Męczył się przez godzinę, nic nie wymyślił, urządził sobie przerwę na konną przejażdżkę i już nigdy nie wrócił do tego poematu”.

вернуться

42

Wioska leżąca osiem lub dziewięć kilometrów od domu Strange’a.