Выбрать главу

— Sądzę, że widziałem pana w swoim śnie. To jeszcze bardziej rozwścieczyło Strange’a:

— To był mój sen, zapewniam pana! Specjalnie się położyłem, by go śnić. Mogę dostarczyć dowodów, przedstawić świadków, którzy potwierdzą, że sen należał do mnie. Pan Woodhope — wskazał na swego towarzysza — widział, co robię. Pan Woodhope to duchowny, pastor w hrabstwie Gloucester! Chyba nikt nie będzie wątpił w jego słowa! Moim zdaniem w Anglii sny dżentelmena to jego prywatna sprawa. Zastanawiam się, czy istnieje prawo, które to reguluje, a jeśli nie, to powinno się zmusić parlament, by natychmiast je uchwalił! Nie wypada, by obcy człowiek wdzierał się w cudze sny! — Strange urwał, by zaczerpnąć tchu.

— Drogi panie! — wykrzyknął pan Honeyfoot z pasją. — Bardzo proszę, by zwracał się pan do tego dżentelmena z większym szacunkiem. Nie ma pan przyjemności znać go równie dobrze jak ja, ale gdyby spotkał pana ten zaszczyt, wiedziałby pan, że obrażanie innych jest całkiem sprzeczne z jego naturą.

Strange jęknął ze zniecierpliwieniem.

— Rzeczywiście, bardzo to dziwne, że ludzie wchodzą do cudzych snów — zauważył Henry Woodhope. — Ale to chyba nie mógł być ten sam sen?

— Och! Obawiam się, że był ten sam — westchnął ciężko pan Segundus. — Od momentu, gdy znalazłem się w tym ogrodzie, czułem, że jest on pełen niewidzialnych drzwi. Mijałem jedne po drugich, aż zapadłem w drzemkę i wyśniłem sen, w którym zobaczyłem tego dżentelmena. Wszystko mi się pomieszało. Zdawałem sobie sprawę, że to nie ja otworzyłem te drzwi, ale na to nie zważałem. Pragnąłem jedynie sprawdzić, co znajdę po drugiej stronie.

Henry Woodhope spoglądał na pana Segundusa, jakby nic nie rozumiał.

— Nadal wątpię, czy to był ten sam sen. — Zwracał się do pana Segundusa jak do ociężałego umysłowo dziecka. — O czym pan śnił?

— O damie w niebieskiej sukni — odparł pan Segundus. — Podejrzewam, że była to panna Absalom.

— Naturalnie, że była to panna Absalom! — wykrzyknął Strange z irytacją, jakby nie mógł słuchać takich oczywistości. — Niestety, miała się spotkać z jednym dżentelmenem. Zaniepokoił ją widok dwóch, więc pośpiesznie znikła. — Pokręcił głową. — W całej Anglii jest góra pięciu ludzi parających się magią, ale na moje nieszczęście jeden z nich musiał się zjawić akurat tutaj i zakłócić przebieg mojego spotkania z córką Absaloma. Trudno mi w to uwierzyć! Jestem największym pechowcem w całym kraju! Długo pracowałem nad tym snem. Przygotowanie zaklęcia przywołującego zajęło mi trzy tygodnie. Męczyłem się dniami i nocami, a jeśli chodzi o…

— Cudownie — przerwał mu pan Honeyfoot. — Wspaniale! Nawet pan Norrell nie zdołałby tego dokonać!

— Och, nie jest to takie trudne, jak pan sądzi — Strange obrócił się do pana Honeyfoota. — Najpierw należy wysłać damie zaproszenie: nada się każde zaklęcie przywołujące. Ja wykorzystałem Ormskirka[46]. Rzecz jasna, trudność polegała na tym, byśmy — panna Absalom i ja — zjawili się w moim śnie w tym samym czasie. Czar Ormskirka jest tak nieprecyzyjny, że wzywana osoba może się udać gdziekolwiek i stwierdzić, że wypełniła zobowiązanie. Przyznaję, problem synchronizacji nie sprawił mi wielkiej trudności. Rezultat był zadowalający. Potem musiałem rzucić zaklęcie na siebie, bym zapadł w magiczny sen. Naturalnie słyszałem o takich czarach, ale nie natrafiłem na żaden z nich i musiałem sam go wymyślić. Jest marny, ale czegóż innego można by się spodziewać?

— Dobry Boże! — krzyknął pan Honeyfoot. — Chce pan powiedzieć, że cała ta magia to właściwie pański wynalazek?

— No cóż — odparł Strange. — Jeśli o to chodzi… Miałem Ormskirka — wszystko oparte jest na Ormskirku.

— Och? Ale czy Hether-Gray[47] nie nadałby się lepiej od Ormskirka? — spytał pan Segundus. — Wybaczcie mi. Nie jestem praktykującym magiem, ale Hether-Gray zawsze wydawał mi się znacznie bardziej wiarygodny niż Ormskirk.

— Doprawdy? — zdziwił się Strange. — Naturalnie słyszałem o Hetherze-Gray’u. Niedawno nawiązałem korespondencję z pewnym dżentelmenem z hrabstwa Lincoln. Twierdzi on, że dysponuje egzemplarzem Anatomii Minotaura Hethera-Gray’a. A więc warto do niej zajrzeć, tak?

Pan Honeyfoot oświadczył, że w żadnym wypadku, bo dzieło Hethera-Gray’a to najgorsze brednie pod słońcem. Pan Segundus wyraził sprzeciw. Strange bardzo się zainteresował tą wymianą zdań. Już prawie zapomniał o gniewie. No bo kto mógłby żywić urazę do pana Segundusa? Są na świecie ludzie, którzy nie lubią dobroci i grzeczności, których irytuje łagodność — ale z radością oświadczam, że Jonathan Strange się do nich nie zaliczał. Pan Segundus ponownie przeprosił za popsucie czarów, a Strange z uśmiechem i ukłonem oświadczył, że rozmówca może już o tym zapomnieć.

— Nie będę pytał, czy jest pan magiem — dodał. — Łatwość, z jaką wnika pan do cudzych snów, dowodzi pańskiej mocy. — Strange odwrócił się do pana Honeyfoota. — Czy i pan para się magią?

Nieszczęsny pan Honeyfoot! Takie niewinne pytanie, a trafiło w tak czuły punkt! Nadal w głębi serca był magiem i nie lubił, gdy przypominano mu, co utracił. Odparł, że do niedawna zajmował się tą dziedziną, zmuszono go jednak do zaniechania studiów. Pozostawało to w całkowitej sprzeczności z jego wolą. Studiowanie magii — dobrej angielskiej magii — było, jego zdaniem, najszlachetniejszym zajęciem na świecie.

Strange patrzył na niego ze zdumieniem.

— Zupełnie nie pojmuję pańskich słów. Jak ktoś mógł zmusić pana do rezygnacji z magii, skoro pan sobie tego nie życzył?

I wtedy panowie Segundus i Honeyfoot opowiedzieli mu o Uczonym Towarzystwie Magów Yorku, rozwiązanym na żądanie pana Norrella. Pan Honeyfoot spytał Strange’a, co sądzi o słynnym magu.

— Och, to ulubieniec angielskich księgarzy — odparł Strange z uśmiechem.

— Słucham? — zainteresował się pan Honeyfoot.

— Jego nazwisko znane jest we wszystkich miejscach, gdzie się handluje książkami, od Newcastle do Penzance. Księgarz kłania się i mówi z uśmiechem: „Przybywa pan zbyt późno! Miałem mnóstwo dzieł o magii i historii. Sprzedałem je jednak uczonemu dżentelmenowi z hrabstwa York”. Zawsze chodzi o Norrella. Kto chce, może kupić to, co pozostawił. Odkryłem, że książki wzgardzone przez Norrella znakomicie się nadają na podpałkę.

Panowie Segundus i Honeyfoot naturalnie natychmiast zapragnęli lepiej poznać Jonathana Strange’a, a i on miał chyba ochotę z nimi pogawędzić. Gdy obie strony zadały zwyczajowe pytania oraz zaspokoiły ciekawość („Gdzie się panowie zatrzymali?”; „Och! U George’a w Avebury”; „Zdumiewające. My również”), pośpiesznie zadecydowano, że cała czwórka powróci do gospody, by wspólnie spożyć obiad.

Opuszczając Dom Cieni, Strange przystanął przy odrzwiach z wizerunkami Króla Kruków i spytał, czy któryś z dżentelmenów odwiedził na północy Newcastle, dawną stolicę króla. Okazało się, że żaden tam nie był.

— Podobne drzwi znajdą panowie na każdym rogu w tamtym mieście — powiedział Strange. — Pierwsze powstały jeszcze za bytności króla w Anglii. W Newcastle wydaje się, że wszędzie, dokąd człowiek pójdzie, z jakiegoś ciemnego, pełnego kurzu przejścia zmierza ku niemu król. — Strange uśmiechnął się krzywo. — Milczy jednak, a jego twarz częściowo ukryta jest w cieniu.

O piątej zasiedli do posiłku w gospodzie U George’a. Panowie Honeyfoot i Segundus uznali Strange’a za niezwykle sympatycznego towarzysza — był on energiczny i rozmowny. Henry Woodhope skoncentrował się na jedzeniu, a gdy skończył, zaczął wyglądać przez okno. Pan Segundus pomyślał, że pan Woodhope czuje się nieco zaniedbywany, więc nachylił się do niego i pochwalił sztuczkę, którą Strange zaprezentował w Domu Cieni. Henry Woodhope wydawał się zdumiony.

вернуться

46

Paris Ormskirk (1496–1587), nauczyciel z wioski Clerkenwell nieopodal Londynu. Napisał kilka traktatów o magii. Nie był zbyt oryginalnym myślicielem, ale jako pracowity osobnik wziął na siebie zadanie zgromadzenia i posegregowania wszystkich zaklęć przywołujących, jakie znalazł, chcąc odkryć jedno niezawodne. Zajęło mu to dwanaście lat, podczas których jego domek na Clerkenwell Green wypełniło tysiące karteczek z zaklęciami. Pani Ormskirk nie była zachwycona. Biedaczka stała się pierwowzorem żony maga dla autorów drugorzędnych komedii i powieści — sarkającej, niezadowolonej i nieszczęśliwej osoby.

Zaklęcie, które w końcu wybrał Ormskirk, zyskało wielką popularność. Było powszechnie stosowane w jego czasach i przez dwa następne wieki. Nic mi jednak nie wiadomo, by jakakolwiek próba rzucenia zaklęcia zakończyła się sukcesem, może z powodów, które podaje Jonathan Strange. Dopiero jemu udało się zmodyfikować zaklęcie i sprowadzić Marię Absalom do snu swojego i pana Segundusa.

вернуться

47

Najwyraźniej w tej kwestii rozsądek zawiódł pana Segundusa. Charles Hether-Gray (1712-1789) był jeszcze jednym historykiem magii, który opublikował słynne zaklęcie przywołujące. Jest ono równie marne jak zaklęcie Ormskirka; niczym się nie różnią.