— Nie sądziłem, że jest czego gratulować — oświadczył. — Strange nie mówił, że to coś niezwykłego.
— Drogi panie! — wykrzyknął pan Segundus. — Kto wie, kiedy ostatnio widziano w Anglii taką sztukę?
— Och! Nic nie wiem o magii. Jest chyba modna, zauważyłem wzmianki o niej w londyńskich gazetach. Duchowny nie może jednak poświęcać zbyt wiele czasu na lekturę. Poza tym znam Strange’a od dzieciństwa i wiem, że ma wielce kapryśny charakter. Zdumiewa mnie, że ten zapał do magii trwa tak długo. Śmiem twierdzić, że wkrótce się nią znudzi, jak wszystkim innym.
Po tych słowach wstał od stołu i oświadczył, że od pewnego czasu ma ochotę na przechadzkę po wiosce. Życzył panom Honeyfootowi i Segundusowi miłego wieczoru, po czym ich opuścił.
— Biedny Henry — powiedział Strange po jego wyjściu. — Podejrzewam, że okrutnie go znudziliśmy.
— Bardzo jest życzliwy, skoro zgodził się panu towarzyszyć, choć nie interesował go cel wyprawy — zauważył pan Honeyfoot.
— Och, naturalnie! — zgodził się Strange. — Ale właściwie został zmuszony do tej podróży, bo zaczął mu doskwierać spokój w domu. Henry przyjechał do nas na kilka tygodni, ale u nas nic się nie dzieje, a ja wciąż jestem zajęty studiami.
Pan Segundus zapytał, kiedy pan Strange zainteresował się magią.
— Wiosną zeszłego roku.
— I tyle pan już osiągnął?! — zdumiał się pan Honeyfoot. — W niespełna dwa lata?! Drogi panie, to nadzwyczajne!
— Doprawdy? Mnie się wydaje, że prawie nic nie osiągnąłem. W dodatku nawet nie miałem kogo prosić o radę. Są panowie pierwszymi kolegami po fachu, jakich napotykam, i lojalnie uprzedzam, że zamierzam wypytywać panów przez pół nocy.
— Będziemy zachwyceni, jeśli się na coś przydamy — zapewnił go pan Segundus. — Wątpię jednak, czy nasza wiedza przyniesie panu jakiś pożytek. Jesteśmy jedynie magami teoretykami.
— Nadmierna skromność — zauważył Strange. — Proszę choćby wziąć pod uwagę, że czytali panowie znacznie więcej ode mnie.
I tak pan Segundus zaczął polecać autorów, o których Strange być może jeszcze nie słyszał, a ten nieco chaotycznie zapisywał ich nazwiska i dzieła w małym notesie, czasem na odwrocie rachunku za obiad, innym razem na grzbiecie dłoni. Potem przystąpił do szczegółowego wypytywania pana Segundusa o księgi.
Nieszczęsny pan Honeyfoot! Jakże pragnął uczestniczyć w tej interesującej konwersacji! I faktycznie brał w niej udział, oszukując jedynie samego siebie swoimi przebiegłymi fortelami:
— Proszę mu powiedzieć, by przeczytał Język ptaków Thomasa Lanchestera — mówił do pana Segundusa. — Och! Może niezbyt pan sobie ceni to dzieło, uważam jednak, że można się z niego sporo nauczyć.
Pan Strange odparł, że zaledwie pięć lat temu z całą pewnością w Anglii były cztery egzemplarze Języka ptaków, jeden znajdował się w księgarni w Gloucester, drugi w prywatnej bibliotece maga dżentelmena w Kendal, trzeci nieopodal Penzance, u kowala, który przyjął księgę w formie płatności za naprawę bramy, a ostatni posłużył za klin w uchylonym oknie szkoły dla chłopców w pobliżu katedry w Durham.
— Gdzie są teraz? — zapytał pan Honeyfoot. — Czemu nie zakupił pan żadnego z nich?
— Przybywszy w każde z tych miejsc, dowiadywałem się, że Norrell był tam przede mną — wyjaśnił Strange. — Nigdy go nawet na oczy nie widziałem, ale na każdym kroku psuje mi szyki. Dlatego właśnie postanowiłem sprowadzić jakiegoś zmarłego maga i zadać mu — lub też jej — kilka pytań. Doszedłem do wniosku, że dama życzliwiej potraktuje mą prośbę, toteż wybrałem pannę Absalom[48].
Pan Segundus pokręcił głową.
— To chyba zbyt radykalne działanie. Nie mógł pan wymyślić prostszego sposobu na zaspokojenie głodu wiedzy? W końcu w złotym wieku angielskiej magii księgi były rzadsze niż obecnie, a magów mimo to nie brakowało.
— Studiowałem historię i biografie aureatów, by odkryć, jak zaczynali — odparł Strange. — Wygląda na to, że w tamtych czasach, gdy ktoś odkrył swoje powołanie, natychmiast wyruszał do domu innego, starszego, maga z większym doświadczeniem i zostawał jego uczniem[49]. — Powinien się pan zatem zgłosić do pana Norrella! — wykrzyknął pan Honeyfoot. — W rzeczy samej! O tak, wiem — dodał, widząc, że pan Segundus zamierza protestować. — Norrell jest nieco powściągliwy, ale cóż z tego, przy panu Strange’u z pewnością zwalczy nieśmiałość. Mimo swoich wad Norrell nie jest głupcem i bez wątpienia dostrzeże pożytki płynące z przyjęcia takiego asystenta!
Pan Segundus miał wiele zastrzeżeń do tego planu, zwłaszcza brał pod uwagę awersję pana Norrella do innych magów. Za to pan Honeyfoot z wrodzonym entuzjazmem uznał, że pomysł da się zrealizować bez żadnych przeszkód.
— Zgadzam się, że Norrell nigdy nie spoglądał na nas, magów teoretyków, łaskawym okiem. Śmiem jednak twierdzić, że równego sobie potraktuje inaczej.
Strange nie miał nic przeciwko temu, bardzo ciekawił go pan Norrell. Natomiast pan Segundus, podejrzewając, że decyzja i tak już została podjęta, pozwalał na stopniowe zbijanie swoich argumentów.
— To cudowny dzień dla Wielkiej Brytanii! — radował się pan Honeyfoot. — Proszę spojrzeć, czego dokonał jeden mag! A ilu cudów dokonałoby dwóch! Strange i Norrell! Brzmi znakomicie!
Po czym pan Honeyfoot kilkakrotnie powtórzył „Strange i Norrell” zachwyconym tonem, co bardzo rozbawiło Strange’a.
Jak wiele osób o miękkim sercu, pan Segundus często zmieniał zdanie. Gdy Strange stał tak przed nim, wysoki, uśmiechnięty i pewny siebie, pan Segundus szczerze wierzył, że jego geniusz musi się spotkać z uznaniem, na jakie zasługuje, nawet jeśli pan Norrell, zamiast pomóc, będzie wolał rzucać mu kłody pod nogi. Następnego ranka jednak, po odjeździe Strange’a i Henry’ego Woodhope’a, jego myśli powróciły do wszystkich magów, których pan Norrell skutecznie wyeliminował, i Segundus znów zaczął się zastanawiać, czy pan Honeyfoot i on sam nie wskazali Strange’owi złej drogi.
— Nie mogę przestać myśleć o tym, że należało przestrzec pana Strange’a przed panem Norrellem. Zamiast zachęcać go do szukania z nim kontaktu, należało poradzić mu, by znalazł sobie dobrą kryjówkę.
Pan Honeyfoot w ogóle tego nie pojmował.
— Żaden dżentelmen nie lubi, gdy doradza mu się ucieczkę — odparł — a jeśli pan Norrell zechce skrzywdzić pana Strange’a, w co bardzo wątpię, z pewnością pan Strange pierwszy się o tym dowie.
Rozdział drugi
Drugi mag
wrzesień 1809
Pan Drawlight poprawił się lekko na krześle, uśmiechnął się i rzekł:
— Wygląda na to, że ktoś będzie miał rywala. Zanim pan Norrell zdołał wymyślić stosowną odpowiedź, Lascelles zapytał o nazwisko.
— Strange — odparł Drawlight.
— Nie znam — powiedział Lascelles.
— Och! — wykrzyknął Drawlight. — Musisz go znać. Jonathan Strange ze Shropshire. Dwa tysiące funtów rocznie.
— Nie mam pojęcia, o kim mówisz. Czekaj no! Czy to nie ten, który jeszcze na studiach przeraził kota prezydenta kolegium Corpus Christi?
48
W średniowieczu wywoływanie duchów zmarłych było popularną praktyką i chyba panowała powszechna zgoda co do tego, że najłatwiej i najlepiej wzywać zmarłych magów.
49
Bardzo niewielu magów nie uczyło się magii od innego praktyka. Król Kruków nie był pierwszym angielskim magiem. Przed nim istnieli inni — przede wszystkim pół człowiek, pół demon z siódmego wieku, Merlin — ale w czasach, gdy Król Kruków przybył do Anglii, już ich nie było. Niewiele wiadomo o dzieciństwie i młodości Króla Kruków, ale należy przypuszczać, że uczył się magii oraz królewskiego fachu na dworze władcy Faerie. Z kolei magowie w średniowiecznej Anglii poznawali swą sztukę na dworze Króla Kruków, a potem nauczali innych.
Jedynym wyjątkiem jest mag z hrabstwa Nottingham, Thomas Godbless (no5?-n82). Jego życiorys jest nam niemal nieznany. Z pewnością spędził trochę czasu z Królem Kruków, ale u schyłku życia, gdy już od wielu lat był magiem. Być może Godbless to przykład na to, że mag może samodzielnie posiąść moc, podobnie jak Gilbert Norrell i Jonathan Strange.