— Ach! — westchnął pan Norrell. — Kiedy jednak usiedliśmy, by porozmawiać o Spekulacyjach… uświadomiłem sobie, że mają o wiele szersze zastosowanie, niż przypuszczałem. To właśnie pytania pana Strange’a sprawiły, że dziś inaczej rozumiem teorie doktora Pale’a!
— Cieszę się, że znalazł pan przyjaciela, z którym osiągnął pan takie porozumienie. To wielka satysfakcja!
— Ja również się cieszę, sir Walterze — powiedział pan Norrell. — Ja również.
Strange był nieco bardziej powściągliwy w swojej ocenie pana Norrella. Nudnawe wywody oraz dziwactwa maga działały mu na nerwy. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pan Norrell wychwalał Strange’a przed sir Walterem, Strange skarżył się na niego Arabelli:
— Nawet teraz nie wiem, co o nim myśleć. To jednocześnie najbardziej niezwykły i nudny człowiek na świecie. Tego ranka dwukrotnie przerwał rozmowę, gdyż uznał, że słyszy mysz w pokoju. Nie cierpi myszy. Dwaj lokaje, dwie pokojówki i ja przestawialiśmy wszystkie meble, a on tkwił przy kominku, sparaliżowany strachem.
— Ma kota? — spytała Arabella. — Powinien sprawić sobie kota.
— Wykluczone! Kotów nie cierpi jeszcze bardziej niż myszy. Mówił mi, że gdyby jakimś nieszczęsnym zbiegiem okoliczności trafił do jednego pomieszczenia z kotem, z pewnością w ciągu godziny pokryłby się czerwonymi krostami.
Pan Norrell miał szczery zamiar dobrze wyedukować swojego ucznia, ale trudno mu było wyzbyć się pielęgnowanych przez całe życie nawyków maskowania prawdy i utrzymywania wszystkiego w tajemnicy. Pewnego grudniowego dnia, kiedy z sinego nieba prószyły miękkie płatki, obaj magowie siedzieli w bibliotece na Hanover Square. Leniwie opadający śnieg za oknami, żar z kominka i duży kieliszek sherry, na który niepotrzebnie dał się namówić — wszystko to razem sprawiło, że Strange stał się ociężały i śpiący. Oparł głowę na dłoni i co chwila przymykał oczy. Tymczasem pan Norrell właśnie wygłaszał przemowę.
— Wielu magów — mówił, złożywszy dłonie jak do modlitwy — próbowało zmagazynować magiczną moc w przedmiocie. Przedmiot może być dowolny, a sam proces nie nastręcza trudności. Używano w tym celu drzew, klejnotów, ksiąg, kul, nawet kapeluszy. — W tym momencie pan Norrell groźnie zmarszczył brwi. — Umieszczając w danym przedmiocie swoją moc, magowie liczą na to, że moc ta nigdy nie osłabnie, co w naturalnych okolicznościach niewątpliwie by nastąpiło w związku z chorobą czy podeszłym wiekiem. I mnie nieraz kusiło, by spróbować tej sztuczki. Grypa lub ból gardła potrafią skutecznie osłabić moje magiczne umiejętności. Po dogłębnym przemyśleniu sprawy doszedłem jednakże do wniosku, że takie przenoszenie mocy jest bardzo niekorzystne dla maga. Weźmy choćby pierścienie. Od dawna uważa się je za szczególnie przydatne w stosowaniu tego typu magii ze względu na ich niewielkie rozmiary. Człowiek może latami nosić pierścień na palcu, nie ściągając na siebie żadnych podejrzeń, które byłyby nieuniknione, gdyby okazywał podobne przywiązanie księdze czy kamykowi. Ale historia właściwie nie zna magów, którzy umieściwszy część swoich umiejętności i mocy w magicznym pierścieniu, nie utracili go. Potem z wielkim trudem próbowali go odzyskać. Weźmy choćby dwunastowiecznego lorda Nottinghama. Jego córka wzięła pierścień mocy za zwykłą błyskotkę, włożyła go na palec i udała się na jarmark świętego Mateusza. Ta lekkomyślna młoda istota…
— Co takiego?! — wykrzyknął Strange znienacka.
— Co takiego? — powtórzył zaniepokojony pan Norrell.
Strange rzucił rozmówcy baczne, pytające spojrzenie. Pan Norrell, nieco przestraszony, wpatrywał się w niego.
— Bardzo przepraszam — powiedział Strange. — Ale czy dobrze zrozumiałem? Mówimy o magicznych mocach, które w jakiś sposób dostały się do pierścieni, kamieni, amuletów i tego rodzaju rzeczy?
Pan Norrell ostrożnie pokiwał głową.
— Ale myślałem, że twierdził pan… To znaczy… — Usiłował mówić spokojnie. — Wydawało mi się, że kilka tygodni temu powiedział pan, że magiczne pierścienie i kamienie to bajka.
Zdenerwowany pan Norrell gapił się na ucznia.
— A może się mylę? Pan Norrell milczał.
— Mylę się — mruknął Strange. — Bardzo przepraszam. Proszę kontynuować.
Choć panu Norrellowi najwyraźniej ulżyło, że Strange nie naciska, nie chciał już ciągnąć tematu i zaproponował przerwę na herbatę. Strange ochoczo na to przystał[55].
Wieczorem streścił Arabelli przebieg tamtej rozmowy.
— Najdziwniejsza rzecz pod słońcem! Gdy przyłapałem go na kręceniu, tak się przeraził, że zupełnie go zatkało. Sam musiałem podsuwać mu różne kłamstewka, żeby mógł mnie nimi uraczyć. Byłem zmuszony spiskować z nim przeciwko sobie!
— Nie rozumiem — oznajmiła Arabella. — Dlaczego zaprzeczał swym poprzednim słowom w tak dziwny sposób?
— Och! Jest zdecydowany zachować niektóre informacje dla siebie, to oczywiste. Pewnie nie zawsze pamięta, co jest sekretem, a co nie. Wspominałem ci o lukach w jego bibliotece, prawda? W dniu, w którym przyjął mnie do terminu, kazał ogołocić pięć regałów z ksiąg i odesłać je do hrabstwa York, gdyż uznał je za zbyt niebezpieczne, bym mógł do nich zajrzeć.
— Dobry Boże! Skąd to wiesz? — spytała zdumiona Arabella.
— Drawlight i Lascelles mi powiedzieli. Sprawiło im to wielką satysfakcję.
— Niegodziwe kreatury!
Pan Norrell był bardzo rozczarowany wiadomością, że zajęcia trzeba przerwać na dzień lub dwa, gdyż Strange i Arabella właśnie szukali odpowiedniego domu.
— Jego żona staje się problemem — westchnął pan Norrell w rozmowie z Drawlightem. — Gdyby był kawalerem, na pewno nie miałby nic przeciwko zamieszkaniu wraz ze mną.
Drawlighta bardzo zaniepokoiły dziwne pomysły pana Norrella. Chcąc im zapobiec w przyszłości, powiedział:
— Ależ drogi panie! Proszę pomyśleć o swojej, tak ważnej i tajnej, pracy dla admiralicji i ministerstwa wojny! Obecność innej osoby w domu na pewno zbytnio by pana rozpraszała!
— Przecież pan Strange będzie mi pomagał w pracy! — odparł pan Norrell. — Popełniłbym poważny błąd, pozbawiając kraj jego talentów. W ostatni czwartek obaj złożyliśmy wizytę lordowi Mulgrave’owi z admiralicji. Chyba jego lordowska mość początkowo nie był zachwycony widokiem pana Strange’a…
— To dlatego, że jego lordowska mość przywykł do pańskich nieprzeciętnych mocy! Uważa zapewne, że zwykły amator, jakkolwiek utalentowany, nie powinien się mieszać w sprawy admiralicji.
— …kiedy jednak poznał plany pana Strange’a dotyczące pokonania Francuzów magią, odwrócił się do mnie z szerokim uśmiechem na twarzy i rzekł: „Obaj, ja i pan, gnuśnieliśmy. Potrzebna była świeża krew, by nas rozruszać, czyż nie?”.
— Tak powiedział lord Mulgrave? Do pana? Wyjątkowo impertynencko. Mam nadzieję, że zgromił go pan spojrzeniem.
— Co? — Pan Norrell tak się skupił na swojej opowieści, że nie usłyszał słów Drawlighta. — Och! Powiedziałem mu: „Podzielam pańską opinię, wasza lordowska mość. Proszę jednak wysłuchać, co pan Strange ma do zakomunikowania. Nie słyszał pan nawet połowy”.
Pojawienie się Jonathana Strange’a dostarczyło powodów do zadowolenia nie tylko admiralicji, ministerstwu wojny i innym resortom. Nagle udało się przezwyciężyć wiele trudności. Królewscy ministrowie już dawno upodobali sobie plan trapienia wrogów Anglii koszmarami. Minister spraw zagranicznych przedłożył go w styczniu 1808 roku i już od ponad roku każdej nocy pan Norrell posłusznie wysyłał cesarzowi Bonapartemu koszmar senny. Nic się jednak nie działo. Cesarstwo Bonapartego nie upadło, a on sam toczył bitwy równie konsekwentnie jak poprzednio. W końcu polecono panu Norrellowi porzucić to zajęcie. Prywatnie sir Walter i pan Canning uważali, że plan zawiódł, gdyż mag nie miał na tyle wybujałej wyobraźni, by tworzyć okropieństwa. Pan Canning narzekał, że koszmary, które pan Norrell śle Cesarzowi (zwykle występował w nich kapitan dragonów ukryty w cesarskiej szafie), nie przestraszyłyby nawet guwernantki jego dzieci, a co dopiero zdobywcy połowy Europy. Przez pewien czas usiłował przekonać innych ministrów, by zlecili panom Beckfordowi, Lewisowi oraz pani Radcliffe wymyślenie przerażającego snu, który za sprawą pana Norrella trafi do głowy Bonapartego. Reszta ministrów doszła jednak do wniosku, że zatrudnienie maga jeszcze ujdzie, ale mowy nie ma o pisarzach, byłaby to już przesada i nie będą się do tego zniżać.
55
Opowieść o córce lorda Nottinghamu (pan Norrell nic już nie wspomniał na ten temat) warta jest przytoczenia, więc ją tu umieszczam.
Jarmark, na który udała się młoda kobieta, odbywał się w dzień świętego Mateusza w Nottinghamie. Córka lorda spędziła przyjemny dzień, krążąc między straganami, kupując płótna, koronki i przyprawy. Po południu odwróciła się nagle, by popatrzeć na włoskich artystów, którzy występowali za jej plecami, i rąbkiem peleryny zahaczyła gęś stojącą obok. Zdenerwowany ptak ruszył na nią, wymachując skrzydłami ’ gęgając. Zaskoczona dziewczyna upuściła pierścień ojca, który wpadł prosto w otwarty dziób gęsi, a ta, zaskoczona, połknęła go. Zanim jednak córka lorda Nottinghamu zdołała zareagować, gęsiarek popędził gęś i oboje znikli w tłumie.
Ptaka kupił niejaki John Ford i zabrał go do swego domu w wiosce Fiskerton. Następnego dnia Margaret Ford, jego żona, zabiła gęś, oskubała i wyjęła wnętrzności. W żołądku znalazła ciężki srebrny pierścień z oczkiem z żółtego bursztynu. Położyła go na stole obok trzech kurzych jaj, które tego ranka zebrała.
Jajka natychmiast zadrżały i pękły. W każdym kryło się coś cudownego. W pierwszym był instrument strunowy podobny do wioli, tyle że miał rączki i nóżki. Maleńkim smyczkiem sam na sobie wygrywał słodkie melodie. Z drugiego jajka wyłonił się statek z kości słoniowej z żaglami z pięknego białego płótna i wiosłami ze srebra. Z ostatniego wydostało się pisklę o dziwnym, czerwonozłotym upierzeniu. Po godzinie lub dwóch wiola pękła jak skorupka jaja, a o zachodzie słońca statek z kości słoniowej postawił żagle i odpłynął w powietrze. Tylko ptak przetrwał. Kiedy urósł, spowodował pożar, który zniszczył większość Granthamu. Podczas pożaru widziano pisklę, które kąpie się w płomieniach, założono zatem, że to feniks.
Kiedy Margaret Ford uświadomiła sobie, że weszła w posiadanie magicznego pierścienia, postanowiła rzucać zaklęcia. Na nieszczęście była wyjątkowo niegodziwą kobietą; tyranizowała uległego męża i całymi godzinami knuła, jak by tu dopiec wrogom. John Ford, właściciel folwarku w Fiskerton, w ciągu kilku miesięcy otrzymał liczne ziemie i bogactwa od rozmaitych możnowładców, którzy obawiali się złej magii jego małżonki.
Informacja o czarach Margaret Ford wkrótce dotarła do Nottinghamu. Lord leżał wówczas na łożu śmierci. Tak wiele swych mocy ukrył w pierścieniu, że po jego utracie najpierw popadł w melancholię, potem w rozpacz, a w końcu się rozchorował. Gdy dowiedział się, gdzie jest pierścień, był już za słaby, aby działać.
Tymczasem jego córka bardzo sobie wyrzucała, ze sprowadziła nieszczęście na rodzinę, uznała zatem za swój obowiązek odzyskanie pierścienia. Nie mówiąc nikomu o swych zamiarach, wyruszyła drogą wzdłuż rzeki do wioski Fiskerton.
Już w pobliskim Gunthorpe jej oczom ukazał się straszliwy widok. Niewielki zagajnik płonął. Od czarnego gryzącego dymu oczy dziewczyny łzawiły, a gardło piekło, lecz płomienie nie trawiły pni i gałęzi. Drzewa tylko szumiały jękliwie, jakby doskwierał im nienaturalny ból. Córka lorda rozejrzała się w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby wyjaśnić jej, co się dzieje. Dostrzegła przechodzącego nieopodal leśniczego.
„Dwa tygodnie temu Margaret Ford zatrzymała się w tym lasku, wracając z Thurgarton — powiedział młody człowiek. — Odpoczywała w cieniu drzew, piła wodę ze strumienia i raczyła się orzechami oraz jagodami. Gdy zbierała się do dalszej podróży, korzeń chwycił jej stopę i przewrócił ją na ziemię. Kiedy tylko udało jej się wstać, wrzosiec dał dowód swej impertynencji, drapiąc ją w rękę. Tak więc rzuciła na lasek klątwę. Biedne drzewa będą wiecznie płonąć”.
Dziewczyna podziękowała rozmówcy za informacje i kontynuowała wędrówkę. W końcu, dręczona pragnieniem, przykucnęła, by nabrać wody z rzeki. Wtedy niespodziewanie z toni wychyliła się jakaś kobieta lub raczej istota niezwykle ją przypominająca). Jej ciało pokrywały rybie łuski, skórę miała szarą i nakrapianą jak pstrąg, a włosy były plątaniną kolczastych rybich płetw o burej barwie. Wydawało się, że istota patrzy na córkę lorda, ale ponieważ jej wyłupiaste, zimne rybie ślepia oraz sztywna skóra nie nadawały się do prezentowania ludzkich min, trudno to było ocenić.
„Och! — wykrzyknęła przestraszona córka lorda. — Proszę o wybaczenie!” Kobieta otworzyła usta, ukazując rybie gardło i brzydkie zęby, lecz nie mogła wydobyć żadnego dźwięku. W następnej chwili obróciła się i z powrotem zanurzyła w wodzie.
Świadkiem tego zdarzenia była niewiasta piorąca odzież na brzegu. Natychmiast pospieszyła z wyjaśnieniami. „To Joscelin Trent. Na swoje nieszczęście wyszła za mężczyznę kochanego przez Margaret Ford — tłumaczyła praczka. — Ta, trawiona zazdrością, rzuciła zaklęcie i teraz biedna dama musi dnie i noce spędzać na płyciznach rzeki, by zaczarowana skóra i ciało nie wyschły. A że nie potrafi pływać, wciąż się boi, że utonie”.
Córka lorda podziękowała za wyjaśnienia i poszła do wsi Hoveringham. Po drodze napotkała małżonków jadących na grzbiecie kuca. Poradzili jej, by nie szła do wioski, i powiedli ją okrężną drogą, wąskimi dróżkami i ścieżkami. Dziewczyna wspięła się na trawiasty pagórek i dostrzegła, że mieszkańcy wsi w dolinie noszą grube przepaski na oczach, a nieprzyzwyczajeni do ślepoty, nieustannie uderzają czołami w ściany, przewracają się o stołki i wózki, kaleczą nożami i narzędziami, parzą ogniem. W rezultacie wszyscy nosili ślady stłuczeń i obrażeń, ale mimo to nikt nie zdejmował opasek.
„Och! — westchnęła żona. — Ojciec z Hoveringhamu ośmielił się z ambony napiętnować niegodziwość Margaret Ford. Biskupi, opaci i kanonicy milczeli, lecz ten słaby stary człowiek przeciwstawił się jej, przez co rzuciła zaklęcie na całą wieś. Skazała mieszkańców na ciągłe oglądanie najgorszych koszmarów. Ci biedacy widzą, jak ich dzieci głodują, rodzice tracą rozum, ukochani gardzą nimi i ich zdradzają. Małżonkowie widzą swoich towarzyszy życia okrutnie pomordowanych. Choć to jedynie iluzje, wieśniacy muszą zasłaniać oczy, by nie popaść w szaleństwo”.
Córka lorda pokręciła głową nad niegodziwością Margaret Ford i ruszyła w dalszą podróż do posiadłości Johna Forda, gdzie napotkała Margaret i jej służki, każdą z kijem w dłoni. Właśnie przepędzały krowy na wieczorne dojenie. Dziewczyna śmiało podeszła do Margaret Ford, lecz ta w jednej chwili okręciła się i zdzieliła ją kijem.
„Niegodziwa dziewko! — wykrzyknęła. — Wiem, kim jesteś! Pierścień mnie uprzedził. Wiem, że planujesz mi skłamać, choć nigdy nie wyrządziłam ci krzywdy, i poprosić o przyjęcie na służbę. Wiem, że zamierzasz skraść mój pierścień. Usłysz zatem, że rzuciłam nań potężne zaklęcia. Jeśli jakiś złodziej okaże się na tyle durny, by go dotknąć, wówczas nadlecą pszczoły, osy i wszelkiego rodzaju owady, ażeby żądlić nieszczęśnika. Orły, jastrzębie oraz inne gatunki ptactwa sfruną z nieba i go podziobią, a na koniec niedźwiedzie, dziki i inne bestie rozszarpią i zadepczą nikczemnika”.
Po tych słowach Margaret Ford stłukła dziewczynę na kwaśne jabłko i przykazała służkom skierować ją do pracy w kuchni. Służba Margaret — nieszczęsna, źle traktowana gromada — obarczała nową pomoc kuchenną najtrudniejszą pracą, a za każdym razem, gdy pani ich biła lub na nich wrzeszczała (czyli nader często), wyżywała się na córce lorda. Mimo to dziewczyna nie załamała się. Przez kilka miesięcy pracowała w kuchni, głowiąc się nad tym, jak przechytrzyć swą panią i sprawić, by upuściła lub zgubiła magiczny przedmiot.
Margaret Ford należała do kobiet okrutnych i gwałtownych, a jej złości, raz wywołanej, nie sposób było załagodzić. Przy tym wszystkim jednak darzyła uwielbieniem małe dzieci i korzystała z każdej okazji, by je tulić. Z dzieckiem w objęciach stawała się uosobieniem łagodności. Sama nie miała potomstwa i wszyscy, którzy ją znali, dobrze wiedzieli, jaki to dla niej dramat. Powszechnie podejrzewano, że Margaret usiłuje zajść w ciążę za pomocą magii, lecz na razie bezowocnie.
Pewnego dnia Margaret Ford bawiła się z córeczką sąsiadki i opowiadała, że najchętniej urodziłaby dziewczynkę, najlepiej o różanej cerze, zielonych oczach i miedzianych loczkach (taki był koloryt jej samej). „Och! — westchnęła niewinnie córka lorda. — Żona namiestnika królewskiego w Epperstone ma właśnie takie dziecko. To najpiękniejsze maleństwo pod słońcem”. Wówczas Margaret Ford nakłoniła ją do wspólnej wyprawy do Epperstone, gdzie zobaczyła pociechę namiestnika. W rzeczy samej, dziewczynka była najsłodszym i najładniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek przyszło na świat. W związku z tym Margaret Ford zakomunikowała zdjętej grozą matce, że zamierza zabrać małą ze sobą.
Dziecko należało teraz do Margaret, która stała się całkiem inną osobą. Całymi dniami zajmowała się dziewczynką, bawiła się z nią i śpiewała jej. Znacznie rzadziej korzystała z magicznego pierścienia i prawie wcale nie traciła cierpliwości.
Córka lorda spędziła rok w domu Margaret Ford. Pewnego letniego dnia obydwie wraz z dzieckiem i służkami posilały się nad brzegiem rzeki. Po posiłku Margaret spoczęła w cieniu krzewu róży. Jako że dzień był upalny, wkrótce wszystkich ogarnęła senność.
Upewniwszy się, że Margaret Ford śpi, córka lorda wyjęła kandyzowaną śliwkę i pokazała ją dziecku. Dziewczynka doskonale wiedziała, do czego służą kandyzowane owoce, więc szeroko otworzyła usta, a córka lorda wsunęła w nie przysmak. Potem błyskawicznie (i tak, by żadna ze służek się nie zorientowała) zsunęła magiczny pierścień z palca Margaret Ford.
„Och, och! — wykrzyknęła następnie. — Proszę pani, proszę się zbudzić! Dziecko zdjęło pani pierścień i wepchnęło go do ust! Och, dla dobra kochanego maleństwa proszę zdjąć zaklęcie! Niech pani zdejmie zaklęcie!” Margaret Ford ujrzała dziewczynkę z wypchniętym policzkiem, lecz była nazbyt senna i zdumiona, by zrozumieć, co się dzieje. W pobliżu przeleciała pszczoła — córka lorda wskazała ją i wrzasnęła, a wraz z nią wszystkie inne służki. „Szybko, proszę pani, błagam!” — krzyczała dziewczyna. „Och! — podniosła wzrok. — Nadlatują orły i jastrzębie! Och! — popatrzyła w dal. — Biegną niedźwiedzie i dziki, by rozedrzeć biedactwo na strzępy!”
Margaret Ford zawołała, by pierścień powstrzymał magię, co też się momentalnie stało. Niemal w tej samej chwili dziecko połknęło śliwkę. Gdy Margaret Ford oraz służki nakłaniały dziewczynkę do wykrztuszenia magicznego pierścienia, córka lorda uciekła w stronę Nottinghamu.
Dalej historia przebiega w typowy dla takich opowieści sposób. Gdy tylko Margaret Ford odkryła podstęp, posłała w pościg konnych z psami. Kilka razy zdawało się, że córkę lorda spotka tragiczny los — jeźdźcy byli tuż-tuż, a psy prawie jej dosięgały. Lecz jak to w baśniach bywa, dziewczyna wychodziła za każdym razem z opresji dzięki wszystkim ofiarom złej magii Margaret Ford: wieśniacy z Hoveringhamu zdarli opaski i mimo przerażających wizji, które ich nawiedzały, popędzili budować barykady, powstrzymujące pogoń. Biedna Joscelin Trent wychyliła się z rzeki, próbując wciągnąć Margaret Ford do błotnistej wody. Torturowany ogniem las ciskał w nią płonącymi gałęziami.
Ostatecznie pierścień zwrócono lordowi Nottinghamu, który naprawił wszystkie niegodziwości, jakich dopuściła się Margaret Ford, dzięki czemu wyzdrowiał, odzyskał majątek oraz reputację.
Istnieje jeszcze jedna wersja tej historii, w której nie ma mowy o magicznym pierścieniu, gorejącym zagajniku ani o feniksie. Tak naprawdę nie pojawiają się tam żadne cuda. Wedle tej wersji Margaret Ford oraz córka lorda Nottinghamu (zwała się Donata Torel) wcale nie były przeciwniczkami, tylko przewodziły stowarzyszeniu kobiet magów, założonemu w dwunastowiecznym hrabstwie Nottingham. Hugh Torel, lord Nottinghamu, był przeciwnikiem organizacji i postanowił za wszelką cenę doprowadzić do jej rozbicia (mimo że córka była jej członkinią). Zamiary możnowładcy niemalże się powiodły, lecz kobiety uciekły od swych ojców i mężów i osiadły w lasach pod ochroną Thomasa Godblessa, maga znacznie wybitniejszego niż Hugh Torel. Ta mniej barwna wersja opowieści nigdy nie dorównała popularnością pierwszej, ale właśnie ją Jonathan Strange uznał za prawdziwą i umieścił w Historii i zastosowaniu angielskiej magii.