Выбрать главу

Dzięki Strange’owi plan wznowiono. Strange i pan Canning podejrzewali, że niegodziwy Cesarz Francuzów jest odporny na ulotne wrażenia w postaci snów, więc tym razem postanowili zaatakować jego sojusznika, cara Rosji, Aleksandra. Mieli przewagę w osobach wielu przyjaciół Wielkiej Brytanii na dworze cara: rosyjskiej arystokracji, która zbijała majątek na sprzedaży drewna do Anglii i nie zamierzała z tego rezygnować, a także dzielnej i pomysłowej Szkotki, żony carskiego pokojowca.

Dowiedziawszy się, że Aleksander jest osobnikiem niezwykle podatnym na wpływy, ze skłonnościami do mistyki, Strange postanowił, że ześle nań sen pełen dziwnych zwiastunów i symboli. Przez siedem nocy z rzędu Aleksander śnił, że siedzi na kolacji z Napoleonem Bonapartem, a lokaje serwują im doskonałą zupę z sarniny. Kiedy tylko cesarz spróbował zupy, skoczył na równe nogi i wykrzyknął: J’ai une faim qui ne saurait se satisfaire de soupe![56], po czym zmienił się w wilczycę. Wilczyca najpierw pożerała carskiego kota, potem jego konia, a następnie urodziwą turecką kochankę. Kiedy bestia zabierała się do pożarcia innych krewnych i znajomych Aleksandra, pękał jej brzuch i wyskakiwali z niego: kot, pies, koń, turecka kochanka i tak dalej, straszliwie zdeformowani. Wilczyca z każdym kęsem rosła, a gdy była już tak wielka jak Kreml, ruszała z nabrzmiałymi sutkami i zakrwawioną paszczą, by pożreć całą Moskwę.

— Nie ma nic nieuczciwego w trapieniu cara snem, w którym informuję go, że nie powinien wierzyć Bonapartemu i że cesarz w końcu go zdradzi — wyjaśnił Strange Arabelli. — Mógłbym przecież wysłać mu list z taką informacją. Źle czyni. To pewne, że Bonaparte się od niego odwróci.

Szkocka dama doniosła, że koszmary bardzo niepokoiły cara. Podobnie jak król Nabuchodonozor w Biblii, Aleksander posłał po astrologów i wróżbitów, żeby zinterpretowali koszmar, co ci pośpiesznie uczynili.

Po pewnym czasie Strange zesłał nowe sny carowi.

— Poszedłem za pańską radą. Sny są o wiele bardziej zagmatwane i trudniejsze w interpretacji. Carscy wróżbici będą mieli twardy orzech do zgryzienia — oznajmił Strange panu Canningowi.

Niestrudzona pani Janet Archibaldowna Barsukowa wkrótce powiadomiła ich, że Aleksander zaniedbuje rządzenie krajem i prowadzenie wojny. Za to całymi dniami zastanawia się nad każdym swym snem i dyskutuje o nich z astrologami i wróżbitami, a kiedy przychodzi list od cesarza Napoleona, car blednie i zaczyna drżeć.

Rozdział czwarty

Jabłko, korona i berło

wrzesień 1809

Każdej bez wyjątku nocy smutny dzwon wzywał lady Pole i Stephena Blacka na tańce w mrocznych salach Utraconej Nadziei. Bez wątpienia byty to najwspanialsze, najpiękniejsze i najmodniejsze bale, jakie Stephen kiedykolwiek widział, ale cudne stroje i uroda tancerzy stanowiły dziwny kontrast z posiadłością, która nosiła liczne ślady biedy i rozpadu. Grano zawsze tę samą wiązankę melodii wyskrzypionych przez jedną jedyną wiolę i wypiszczanych przez piszczałkę. Jako kamerdyner Stephen nie mógł nie zauważyć, że w wielkiej sali balowej jest zdecydowanie zbyt mało łojowych świec. Rzucały one dziwne cienie na ściany, gdy tancerze wykonywali taneczne figury.

Przy innych okazjach lady Pole i Stephen przemierzali w orszaku zakurzone, mroczne korytarze (dżentelmen o włosach jak puch ostu bardzo sobie upodobał takie ceremonie). Niektórzy uczestnicy nieśli sztandary, czyli zazwyczaj stare i bardzo zniszczone płachty wyszywanej tkaniny. Część proporców przedstawiała zwycięstwa dżentelmena, a wykonano je z wyprawionych skór pokonanych wrogów. Krewne dżentelmena wyhaftowały na tych pożółkłych sztandarach usta, oczy, włosy i stroje. Gospodarza nigdy nie męczyły te rozrywki i ani przez moment nie wątpił, że Stephen i lady Pole są nimi równie zachwyceni.

Mimo że kapryśny pod każdym innym względem, w dwóch sprawach pozostawał niezmienny: w swoim podziwie dla lady Pole i uczuciu do Stephena Blacka. To ostatnie demonstrował sprawiając Stephenowi ekstrawaganckie podarki. Poza tym życie Stephena obfitowało w podejrzanie szczęśliwe wydarzenia. Jak poprzednio, część darów w imieniu Stephena otrzymywała pani Brandy, część zaś trafiała bezpośrednio do kamerdynera.

— Twój niegodziwy wróg się o tym nie dowie! — oznajmił radośnie dżentelmen (miał na myśli sir Waltera). — Bardzo sprytnie oślepiłem go swą magią, nie przyjdzie mu do głowy dziwić się czemukolwiek. A niech mnie! Nawet gdybyś jutro został arcybiskupem Canterbury, w ogóle by go to nie zdumiało. — Coś mu nagle przyszło do głowy. — Chciałbyś jutro zostać arcybiskupem Canterbury, Stephenie?

— Nie, bardzo dziękuję.

— Na pewno? To drobiazg, ale jeśli nęci cię Kościół…

— Daję słowo, panie, że tak nie jest.

— Twój dobry gust jak zwykle przynosi ci zaszczyt. Infuła to piekielnie niewygodne nakrycie głowy, a przy tym niezbyt dobrze się prezentuje.

Biednego Stephena nękały cuda. Co kilka dni pojawiała się dlań jakaś nagroda. Czasem prawdziwa wartość tych darów była dość przeciętna, nie wyższa od kilku szylingów, za to dar przybywał w nadzwyczajny sposób. Raz odwiedził Stephena rządca pewnej posiadłości, który twierdził uparcie, że poznali się kilka lat temu podczas walki kogutów nieopodal Richmondu w północnym Riding, w hrabstwie York, gdzie Stephen założył się, że książę Walii pewnego dnia okryje hańbą cały kraj. Ponieważ tak się stało (jegomość uważał porzucenie żony przez księcia za uczynek godny potępienia), rządca przybył do Londynu dyliżansem, by wręczyć Stephenowi dwadzieścia siedem szylingów i sześciopensówkę, czyli, jak twierdził, stawkę zakładu. Stephen na próżno zapewniał go, że nigdy nie stawiał na walki kogutów ani nawet nie był w Richmondzie w hrabstwie York. Rządca poty nalegał, póki Stephen nie przyjął pieniędzy.

Kilka dni po wizycie rządcy naprzeciwko domu na Harley Street zatrzymał się na ulicy duży szary pies. Biedne, ubłocone po długiej wędrówce stworzenie długo mokło na deszczu. W zębach trzymało jakiś dokument. Stangreci, Robert i Geoffrey, oraz kucharz John Longridge robili, co mogli, by przepędzić psa, krzycząc na niego i ciskając weń butelkami oraz kamieniami. On jednak ze stoickim spokojem znosił swój los i nie chciał się ruszyć, póki nie wyszedł Stephen Black i nie zabrał dokumentu. Wtedy pies odszedł z zadowolonym wyrazem pyska, jakby winszował sobie dobrze wykonanego zadania. Dokument okazał się mapą wioski w hrabstwie Derby i przedstawiał, poza innymi zdumiewającymi rzeczami, sekretne drzwi w stoku wzgórza.

Innym razem Stephen otrzymał list od burmistrza i radnych Bath, w którym opisywali, że dwa miesiące wcześniej w mieście bawił markiz Wellesley i po całych dniach opowiadał wszystkim o Stephenie Blacku, jego niesłychanej uczciwości, inteligencji i oddaniu swemu chlebodawcy. Burmistrz i radni byli pod takim wrażeniem słów markiza, że natychmiast nakazali wybić medal w celu upamiętnienia życia i cnót Stephena. Wykonano pięćset sztuk odznaczeń, a burmistrz i radni polecili rozdać je (ku ogólnej radości) pięciuset właścicielom domów w Bath. Do listu dołączono medal dla Stephena. Włodarze Bath prosili ponadto, by podczas pobytu w mieście Stephen do nich zawitał, to wydadzą na jego cześć wspaniałą kolację.

вернуться

56

Cierpię głód, którego zupa nie zaspokoi.