Żaden z tych cudów nie wyrwał jednak Stephena z melancholii. Zdołały one jedynie podkreślić dziwaczny aspekt jego obecnego życia. Wiedział, że rządca, pies, burmistrz oraz radni działali wbrew swej naturze. Rządca kochał pieniądze i nie rozdawałby ich bez powodu. Psy nie miały zwyczaju tygodniami cierpliwie przemierzać wielkich odległości, burmistrz i radni zaś nie zwykli wykazywać nagłego zainteresowania czarnymi służącymi, których nigdy nie widzieli na oczy. Mimo to żaden z przyjaciół Stephena nie dostrzegał w tych zdarzeniach niczego niezwykłego. Stephen natomiast czuł się znużony widokiem złota i srebra — jego pokoik na piętrze domu przy Harley Street z trudem mieścił niechciane bogactwa.
Minęły już niemal dwa lata, od kiedy dżentelmen go zauroczył. Stephen często prosił o wolność, jeśli nie dla siebie, to przynajmniej dla lady Pole. Dżentelmen jednak nie chciał o niczym słyszeć. Pewnego dnia Stephen zebrał się w sobie i postanowił powierzyć komuś tajemnicę cierpień swoich i małżonki jego lordowskiej mości. Bardzo był ciekaw, czy zdarzały się już takie przypadki. Miał nadzieję, że zdoła znaleźć kogoś, kto może ich uwolnić. Najpierw zwrócił się do lokaja Roberta, uprzedzając go, że zamierza mu się zwierzyć z sekretnej zgryzoty. Robert wydawał się zainteresowany. Gdy jednak Stephen zaczął mówić, ku własnemu zdumieniu odkrył, że wcale nie opowiada o tym, o czym chciał powiedzieć! Wygłosił pełen werwy i uczony wykład na temat pożytków z uprawy groszku i fasoli, choć nie miał o tym bladego pojęcia. Co gorsza, część wywodu była raczej niezwykła; pewnie zadziwiłaby farmera czy ogrodnika. Stephen objaśniał różnice między fasolą zasadzoną lub zerwaną przy księżycowym świetle albo podczas nowiu, podczas Bekane albo w noc świętego Jana… Mówił, jak zmieniają się właściwości fasoli, jeśli sieje się ją lub zbiera łopatką czy też nożem ze srebra.
Potem próbował opowiedzieć o swych kłopotach Johnowi Longridge’owi. Tym razem okazało się, że precyzyjnie przedstawia uczynki i przeżycia Juliusza Cezara w Brytanii. Opis był bardziej przejrzysty i szczegółowy niż w wykonaniu specjalisty, który zgłębiał ten temat co najmniej przez dwadzieścia lat. Raz jeszcze Stephen mówił o rzeczach których nie znajdzie się w żadnej księdze[57].
Jeszcze dwukrotnie próbował przybliżyć innym swą dramatyczną sytuację. Przed panią Brandy wziął w obronę Judasza Iskariotę. Oświadczył, że pod koniec życia Iskariota wypełniał polecenia dwóch osobników, Johna Miedzianołba i Johna Spiżostopa, których uważał za anioły. Toby’emu Smithowi zaś, ekspedientowi pani Brandy, wyrecytował listę wszystkich obywateli Irlandii, Szkocji, Walii i Anglii, których w ostatnich dwustu latach porwały elfy. Nigdy nie słyszał o żadnej z tych osób.
Stephen w końcu zrozumiał, że mimo wysiłków nie może mówić o zaklęciu! Osobą, która najbardziej ucierpiała przez jego dziwne milczenie i posępność, była bez wątpienia pani Brandy. Nie rozumiała jego całkowitej przemiany. Myślała tylko, że zmienił się w stosunku do niej. Pewnego dnia na początku września Stephen złożył jej wizytę. Nie widzieli się przez kilka tygodni i tak to przygnębiło panią Brandy, że aż napisała do Roberta Austina. Robert wybrał się do Stephena, by zganić go za opieszałość. Tak więc Stephen w końcu zjawił się w saloniku nad sklepem na St James’s Street, ale nikt nie miałby pretensji do pani Brandy, gdyby podczas tej wizyty zapragnęła, by gość zniknął jej z oczu. Przez całe spotkanie siedział z głową w dłoniach, wzdychał ciężko, wcale się nie odzywał. Proponowała mu wino z Konstancji, marmoladę, babeczki, najrozmaitsze łakocie. On jednak ich nie kosztował. Nic nie chciał. W końcu pani Brandy zasiadła przed kominkiem naprzeciwko Stephena i z przygnębieniem zaczęła ozdabiać haftem szlafmycę dla niego.
— Może jest już pan zmęczony Londynem i mną i pragnie powrócić do Afryki? — spytała.
— Nie — odparł Stephen.
— Afryka to z pewnością urocze miejsce. — Pani Brandy najwyraźniej postanowiła ukarać siebie, bezzwłocznie wysyłając Stephena na inny kontynent. — Tak słyszałam. Wszędzie rosną pomarańcze i ananasy, trzcina cukrowa i kakaowce… — Od czternastu lat handlowała artykułami spożywczymi i geografii świata nauczyła się dzięki produktom ze swego sklepu. Zaśmiała się z goryczą. — Marnie bym sobie radziła w Afryce. Jaki tam pożytek ze sklepów, skoro wystarczy wyciągnąć rękę i zerwać owoc z najbliższego drzewa? O tak. W Afryce straciłabym wszystko. — Przegryzła nitkę. — Chociaż z radością bym tam pojechała, choćby jutro — energicznie wbiła nitkę w niewinne ucho igielne — gdyby mnie ktoś o to poprosił.
— Pojechałaby pani do Afryki przez wzgląd na mnie? — spytał Stephen ze zdumieniem.
Pani Brandy uniosła wzrok.
— Wszędzie bym pojechała przez wzgląd na pana — odparła. — Myślałam, że pan to wie.
Popatrzyli na siebie ze smutkiem.
Stephen powiedział, że musi wrócić do obowiązków na Harley Street.
Niebo zaciągnęło się chmurami, zaczął padać deszcz, ludzie wyjęli parasole. Wędrując po St James’s Street, Stephen ujrzał dziwny widok — w szarości ponad głowami tłumu płynął ku niemu czarny statek. Była to fregata wysoka na ponad pół metra, o brudnych poszarpanych żaglach i obłażącej farbie. Wznosiła się i opadała, naśladując kołysanie statku na morzu. Stephen zadrżał na ten widok. Z tłumu wyłonił się żebrak o skórze tak czarnej i lśniącej jak skóra Stephena. Okręt przymocowany był do jego kapelusza. Idąc, żebrak pochylał i unosił głowę tak, by statek poruszał się łagodnie. Mężczyzna kołysał się i podskakiwał, powoli i ostrożnie, z obawy, że olbrzymi kapelusz spadnie na ziemię. W rezultacie wyglądało to tak, jakby w zwolnionym tempie tańczył. Żebrak ten nazywał się Johnson. Był kalekim żeglarzem, któremu odmówiono renty. Nie mając innych środków do życia, musiał śpiewać i żebrać, co zresztą szło mu znakomicie, a do tego słynął w całym mieście ze swojego dziwacznego kapelusza.
Johnson wyciągnął rękę do Stephena, lecz kamerdyner odwrócił wzrok. Nigdy się nie odzywał do czarnych o niższym statusie ani w ogóle nie zwracał na nich uwagi. Obawiał się, że jeśli zostanie przyłapany na rozmowach z takimi ludźmi, ktoś może uznać, że Stephen jest jednym z nich.
Nagle usłyszał swoje nazwisko i podskoczył jak oparzony. Wołał go Toby Smith, ekspedient pani Brandy.
— Och! Panie Black! — Toby przyśpieszył kroku. — Tu pan jest! Zazwyczaj chodzi pan tak prędko! Byłem pewien, że dotarł pan już na Harley Street. Pani Brandy pozdrawia i mówi, że zostawił pan to obok krzesła.
Toby pokazał mu srebrny diadem, delikatną obręcz z metalu. Diadem zdobiło tylko kilka dziwnych znaków i powykręcanych liter.
— Przecież to nie moje! — powiedział Stephen.
— Och! — jęknął głucho Toby, po czym najwyraźniej doszedł do wniosku, że Stephen żartuje. — Zupełnie, jakby setki razy nie miał go pan na głowie.
Zaśmiał się, ukłonił i biegiem wrócił do sklepu, zostawiając Stephena z diademem w dłoni.
57
Stephen opisał, jak Juliusz Cezar wkrótce po przybyciu na te ziemie oddalił się od swych oddziałów i skierował się do małego lasu. Po krótkim czasie napotkał dwóch młodych mężczyzn, którzy głęboko wzdychali i tupali ze złością. Obaj byli niezwykle przystojni i ubrani w piękne szaty ufarbowane na nietypowe barwy. Juliusza Cezara tak uderzyła szlachetność bijąca od młodych ludzi, że zaczął zadawać im najrozmaitsze pytania, a oni odpowiadali mu otwarcie i bez zahamowań. Wyjaśnili, że obaj są powodami w sprawie sądowej. Sąd zbierał się w dzień wpłat kwartalnych, by rozstrzygać spory i karać złoczyńców wśród miejscowych. Niestety, przedstawiciele ich rasy byli niezwykle niegodziwi i kłótliwi-w tej chwili nie rozsądzano żadnych konfliktów, gdyż nie dało się znaleźć bezstronnego sędziego — każdą szacowną osobę wśród nich natychmiast oskarżano o przestępstwo albo okazywała się ona powiązana zjedna ze stron. Słysząc to, Juliusz Cezar natychmiast ich pożałował i z miejsca złożył propozycję, że sam zostanie sędzią — na co z chęcią przystali.
Zaprowadzili go przez las do leżącej nieopodal, porośniętej trawą doliny. Tu znalazł około tysiąca najpiękniejszych kobiet i mężczyzn, jakich kiedykolwiek widział. Usiadł na zboczu i wysłuchał ich skarg oraz pretensji, a potem wydawał wyroki tak mądre, że wszyscy byli zachwyceni i nikt nie czuł się pokrzywdzony.
W rzeczy samej tak uradowały ich wyroki Juliusza Cezara, że w ramach zapłaty zaproponowali mu wszystko, czego tylko zapragnie. Juliusz Cezur zastanowił się przez chwilę i odparł, że chciałby rządzić światem. Wobec tego zgodzili się spełnić jego życzenie.