Выбрать главу

Sir Walter właśnie pokazywał Arabelli książki na regale. Polecił jej uwadze Belindę pani Edgeworth, rozrywkową lekturę.

— Och, czytałem Arabelli Belindę dwa albo trzy lata temu — przerwał mu Strange. — Poza tym chyba nie zabawimy tak długo, by miała czas przebrnąć przez trzytomowe dzieło.

— Może herbaty i ciasta? — spytał zatem sir Walter.

— Arabella nie lubi makowca — znowu przerwał Strange, biorąc do ręki Belindę i podczytując pierwszy tom. — Wyjątkowo nie lubi.

— No to kieliszek madery — nie rezygnował sir Walter. — Z pewnością chętnie skosztuje pani madery. Stephenie, Stephenie, przynieś pani Strange kieliszek madery.

W tajemniczy, cichy sposób, typowy dla dobrze wyszkolonych londyńskich lokajów, u boku sir Waltera zmaterializował się wysoki czarnoskóry służący. Pana Strange’a bardzo zaintrygowało nagłe pojawienie się Stephena. Przez chwilę uważnie się w niego wpatrywał, po czym powiedział do żony:

— Nie chcesz madery, prawda? Niczego nie chcesz.

— Zgadza się, Jonathanie. — Arabella była wyraźnie rozbawiona tą dziwną wymianą zdań. — Dziękuję za wszystko, sir Walterze, chętnie tu sobie posiedzę i poczytam.

Czarny służący skłonił się i odszedł tak cicho, jak przyszedł, a Strange i sir Walter poszli dyskutować o francuskiej flocie i zaginionych angielskich okrętach. Kiedy Arabella została sama, doszła do wniosku, że istotnie nie ma nastroju do czytania. Rozejrzała się po salonie w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Jej wzrok przyciągnęło wielkie malowidło: pejzaż przedstawiający las i ruiny zamku na urwisku. Drzewa były ciemne i ponure, a ruiny oraz strome zbocze muskał złoty blask zachodzącego słońca. Przez kontrast niebo wydawało się tak pełne światła, że aż opalizowało. Dużą część tła zajmował srebrzysty staw, w którym tonęła jakaś młoda dama. Pochylała się nad nią inna osoba, nie dało się jednak powiedzieć, czy to mężczyzna, czy kobieta, satyr lub może faun. Choć Arabella uważnie wpatrywała się w postaci, nie potrafiła ustalić, czy osoba ta planuje ocalić tonącą, czy pogrążyć ją w toni. Zmęczywszy się patrzeniem na obraz, Arabella wyszła na korytarz, by obejrzeć inne malowidła. Ponieważ były to głównie akwarele przedstawiające Brighton i Chelmsford, szybko ją znudziły.

Z pokoju obok usłyszała głosy sir Waltera i Strange’a:

— …nadzwyczajne! A przecież w sumie byczy z niego chłop — mówił sir Walter.

— Ach, wiem, o kogo chodzi! Ma brata, organistę w katedrze w Bath — powiedział Strange. — A ten ma czarno-białego kota, który spaceruje ulicami Bath tuż przed swym panem. Raz, gdy szedłem Milsom Street…

Jedne drzwi były uchylone i Arabella ujrzała za nimi bardzo elegancki salon z wieloma obrazami, chyba wspanialszymi i barwniejszymi niż te, które już miała sposobność obejrzeć. Weszła.

Pokój wydawał się pełen światła, choć za oknem nadal było szaro i ponuro.

„Skąd to światło?”, zastanawiała się Arabella. Całkiem, jakby biło od obrazów, a to przecież niemożliwe. Wszystkie malowidła przedstawiały Wenecję[60]. Z pewnością osobliwa atmosfera panująca w pomieszczeniu brała się z przytłaczająco wielu przedstawień nieba oraz morza na płótnach.

Kiedy Arabella obejrzała obrazy na jednej ścianie, odwróciła się do drugiej i ku swojemu przerażeniu odkryła, że nie jest sama. Na niebieskiej sofie przed kominkiem siedziała młoda kobieta i patrzyła na gościa z ciekawością. Sofa miała wysokie oparcie — to dlatego wcześniej Arabella nikogo nie dostrzegła.

— Och! Bardzo przepraszam!

Młoda kobieta nie odpowiedziała.

Była niesłychanie elegancką damą o bladej, idealnej cerze i pięknie ułożonych ciemnych włosach. Miała na sobie suknię z białego muślinu i hinduską chustę w barwach kości słoniowej, srebra i czerni. Wydawała się zbyt dobrze ubrana jak na guwernantkę i zbyt swobodna jak na damę do towarzystwa. Skoro jednak bawiła tu w gościnie, czemu sir Walter jej nie przedstawił?

Spłoniona Arabella dygnęła przed młodą kobietą i powiedziała:

— Myślałam, że nikogo tu nie ma. Proszę mi wybaczyć to najście. — Odwróciła się, by opuścić salon.

— Och, mam nadzieję, że nie chce pani odejść — rzekła młoda dama. — Tak rzadko kogoś widuję. Niemal nigdy! Poza tym pragnęła pani obejrzeć obrazy. Proszę nie zaprzeczać, widziałam w lustrze, jak wchodzi pani do pokoju.

Nad kominkiem wisiało duże weneckie zwierciadło oprawione w nadzwyczaj kunsztowną ramę ze szkła, dekorowaną niesłychanie brzydkimi szklanymi kwiatami i wolutami.

— Mam nadzieję, że nie będę pani przeszkadzała — dodała nieznajoma.

— Ależ to ja nie chcę przeszkadzać pani — wyjaśniła Arabella.

— Skądże znowu! — Młoda kobieta wskazała ręką obrazy. — Proszę.

Czując, że odmowa byłaby demonstracją bardzo złych manier, Arabella podziękowała nieznajomej i podeszła do malowideł, jednak przyglądała im się dużo mniej uważnie niż poprzednio, świadoma, że kobieta przez cały czas obserwuje ją w lustrze.

Kiedy skończyła, młoda dama poprosiła ją o zajęcie miejsca.

— Jak się pani podobały? — zapytała nieznajoma.

— Cóż, z pewnością są piękne — odparła Arabella. — Zwłaszcza te przedstawiające procesje i święta. Takie obchody nie są znane w Anglii! Tyle powiewających proporców! Tyle złoconych łodzi i wytwornych kostiumów! Moim zdaniem jednak artysta woli budynki i błękitne niebo od ludzi. Namalował ich tak małymi, tak nieważnymi! Wydają się wręcz zagubieni pośród tylu marmurowych pałaców i mostów. Nie uważa pani?

Te słowa chyba rozbawiły młodą kobietę, gdyż uśmiechnęła się zagadkowo.

— Och, wydaje mi się, że faktycznie są zagubieni, biedacy! Pomijając wszystko inne, Wenecja to zwykły labirynt — ogromny i piękny, rzecz jasna, niemniej labirynt, i tylko najstarsi mieszkańcy umieją się w nim odnaleźć. Przynajmniej ja to tak odbieram.

— Naprawdę? — zdziwiła się Arabella. — To z pewnością bardzo kłopotliwe. Ale uczucie zagubienia w labiryncie musi być wspaniałe! Oddałabym niemal wszystko, by się tam znaleźć!

Młoda kobieta patrzyła na nią z melancholijnym uśmiechem.

— Gdyby tak jak ja miesiącami wędrowała pani przez nie kończące się ciemne korytarze, nie miałaby pani takich pragnień. Przyjemność wynikająca z zagubienia się w labiryncie szybko powszednieje. A co do dziwacznych ceremonii, procesji i świąt, cóż… — Wzruszyła ramionami. — Nie cierpię ich!

Arabella niezbyt ją rozumiała, ale doszła do wniosku, że chyba powinna poznać tożsamość młodej damy. Zapytała ją zatem o imię.

— Jestem lady Pole.

— Och! No tak. — Arabella nie wiedziała, czemu wcześniej na to nie wpadła. Przedstawiła się gospodyni, po czym wyjaśniła, że jej mąż załatwia sprawę z sir Walterem i dlatego się tu dziś znalazła.

Z biblioteki dobiegł je wybuch śmiechu.

— Podobno rozmawiają o wojnie — zauważyła Arabella. — Albo ostatnio zrobiła się o wiele bardziej rozrywkowa, albo, jak podejrzewam, dawno od niej odeszli i teraz obgadują znajomych. Pół godziny temu pan Strange myślał wyłącznie o następnym spotkaniu, teraz jednak zapewne sir Walter skłonił go do pogawędki o innych sprawach i Jonathan zapewne całkiem zapomniał o swych planach. — Uśmiechnęła się do siebie jak żona, która udaje, że krytykuje męża, ale tak naprawdę się nim chwali. — Uważam, że to najbardziej roztargniony człowiek pod słońcem. Zapewne często wystawia cierpliwość pana Norrella na próbę.

вернуться

60

Były to weneckie obrazy, które pan Norrell widział w domu pani Wintertowne dwa lata wcześniej. Wtedy pani Wintertowne poinformowała pana Norrella, że zamierza podarować je sir Walterowi i córce w prezencie ślubnym.