— Wykluczone. Muszę natychmiast zająć się magią. Wobec tego Jeremy wyszedł i po krótkiej chwili powrócił.
— Dowiedziałeś się? — spytał Strange.
— O tak! — odparł Jeremy radośnie. — To nie tajemnica. Lord Wellington jest na linii.
— Ale co to znaczy?
— Proszę o wybaczenie! Tamten dżentelmen powiedział to tak swobodnie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Myślałem, że pan wie.
— Nie wiem. Może lepiej spytajmy Prideaux.
Pan Prideaux był zachwycony, że może się na coś przydać. Odnalezienie Wellingtona wydawało mu się rzeczą najprostszą pod słońcem. Wystarczyło, że pan Strange uda się do kwatery głównej armii. Z pewnością znajdzie tam jego lordowską mość. Kwatera leżała pół dnia drogi od miasta, może nieco dalej.
— To taka sama odległość jak ta, która dzieli Tyburn i Godalming, jeśli może pan to sobie wyobrazić.
— Gdyby był pan tak łaskaw i pokazał mi na mapie…
— A niech to! — powiedział pan Prideaux, wielce rozbawiony. — Nigdy pan tam nie trafi. Muszę znaleźć kogoś, kto pana poprowadzi.
Osobą znalezioną przez pana Prideaux okazał się intendent przebywający w interesach w Torres Vedras, mieście oddalonym o cztery lub pięć kilometrów od kwatery głównej. Intendent bardzo się ucieszył, że może jechać ze Strange’em i wskazać mu drogę. Strange pomyślał, że nareszcie robi jakieś postępy.
Pierwsza część drogi wiodła przez przyjemną okolicę pełną pól i winnic. Gdzieniegdzie dało się zauważyć pomalowane na biało domki i kamienne wiatraki o śmigłach obitych brązowym płótnem. Drogę przemierzało wielu portugalskich żołnierzy w brązowych mundurach. Dostrzegli też kilku oficerów Wielkiej Brytanii, których jaśniejsze uniformy, szkarłatne bądź niebieskie, były bardziej — jak na patriotyczny gust Strange’a — męskie i zadziorne. Po trzech godzinach jazdy ujrzeli pasmo górskie, niczym mur wyrastające z równiny.
Gdy dotarli do wąskiej dolinki między najwyższymi górami, intendent oznajmił:
— To początek linii. Widzi pan fort? Wysoko, po tej stronie przełęczy? — Wskazał na prawo. „Fort” chyba z początku był zaledwie wiatrakiem, ale niedawno wzbogacono go we wszelkiego typu dodatki, takie jak bastiony, blanki i ambrazury. — Tam, po drugiej stronie przełęczy, widać drugi fort — ciągnął intendent, wskazując na lewo. — A tam, na tym kamiennym wypiętrzeniu, jest jeszcze jeden mały fort. I jeszcze dalej, choć pan tego nie widzi, bo dziś są straszne chmury, też jest fort. I tak dalej, i tak dalej. Cała linia fortów od Tagu do morza! To nie wszystko! Są jeszcze dwie linie na północy. Razem trzy linie!
— Rzeczywiście robi wrażenie. To robota Portugalczyków?
— Nie, proszę pana. Lorda Wellingtona. Francuzi tędy nie przejdą. A niech mnie! Mysz się tu nie przeciśnie bez listu żelaznego od lorda Wellingtona! Dlatego właśnie francuska armia siedzi w Santarem i nie może się ruszyć, a my śpimy spokojnie w naszych łóżkach w Lizbonie!
Wkrótce zjechali z drogi na ścieżkę, która prowadziła po wzgórzu do maleńkiej wioski Pero Negro. Strange’a uderzyła różnica między wojną, jaką sobie wyobrażał, a rzeczywistością. Wcześniej sądził, że lord Wellington urzęduje w pełnym przepychu budynku w Lizbonie i stamtąd wydaje rozkazy. Odnalazł go jednak w miejscu tak maleńkim, że w Anglii ledwie uszłoby za wioskę.
Kwatera główna armii okazała się zwykłym domem na brukowanym podwórzu. Strange’a poinformowano, że Wellington udał się na inspekcję linii. Nikt nie wiedział, kiedy wróci, ale zapewne nie przed kolacją. Nikt nie miał też nic przeciwko temu, żeby Strange na niego poczekał, pod warunkiem, że nie będzie przeszkadzał.
Od pierwszej chwili po wejściu do domu Strange nieprzyjemnie odczuł na sobie prawidłowość, że ktoś, kto pojawia się w nowym miejscu, zawsze zawadza. Nie mógł usiąść, bo pomieszczenie, do którego trafił, było tak urządzone, że zabrakło w nim krzeseł — zapewne na wypadek, gdyby Francuzi jakoś wniknęli do budynku i próbowali się za nimi skryć. Wobec tego zajął miejsce przy oknie. Po chwili przyszło dwóch oficerów. Jeden chciał pokazać drugiemu ważny militarnie element krajobrazu Portugalii, a w tym celu musieli wyjrzeć przez okno. Popatrzyli wilkiem na Strange’a, więc przesunął się pod na wpół zasłoniętą alkowę.
Tymczasem głos z korytarza nieustannie nawoływał kogoś nazwiskiem Winespill, by przyniósł beczki z prochem, i to migiem. Do pokoju wszedł garbaty żołnierz bardzo nikczemnej postury. Miał jaskrawoczerwone znamię na twarzy, a każda część jego munduru zdawała się pochodzić z innego pułku armii brytyjskiej. Był to zapewne Winespill. Wydawał się nieszczęśliwy. Nie mógł znaleźć prochu. Szukał w szafkach, pod schodami i na balkonach. Co pewien czas wykrzykiwał: „Chwileczkę!”, aż w końcu przyszło mu do głowy zerknąć za Strange’a, za zasłonę, do alkowy. Natychmiast wrzasnął, że znalazł beczki z prochem i że dostrzegłby je już wcześniej, gdyby ktoś — tu popatrzył ponuro na Strange’a — ich nie zasłaniał.
Czas wlókł się niemiłosiernie. Strange znowu zajął stanowisko przy oknie i już prawie zasypiał, kiedy nagle zorientował się po zamieszaniu, jakie zapanowało, że do domu wszedł ktoś ważny. Po chwili do pokoju wmaszerowało trzech mężczyzn i Strange w końcu stanął przed obliczem lorda Wellingtona.
Jak opisać lorda Wellingtona? Czy to konieczne i w ogóle możliwe? Jego twarz jest wszędzie, gdzie się spojrzy, tania rycina wisi na ścianie zajazdu; bardziej wyszukana, zdobiona we flagi i bębny — na szczycie schodów prowadzących do sali balowej. W obecnych czasach każda, choćby umiarkowanie romantyczna panna, przed ukończeniem siedemnastu lat kupuje sobie przynajmniej jedną podobiznę lorda. Panna taka uważa, że długi orli nos jest nieskończenie ładniejszy niż krótki i perkaty, a najgorszym nieszczęściem jej życia jest to, iż lord ma już małżonkę. Na pociechę szczerze zamierza nazwać pierworodnego Arturem. Nie jest osamotniona w swej fascynacji. Jej młodsze rodzeństwo darzy lorda podobnym uwielbieniem. Najprzystojniejszy ołowiany żołnierzyk w angielskim pokoju dziecięcym zawsze nosi nazwisko Wellington i ma więcej przygód niż wszystkie inne zabawki razem wzięte. Każdy uczeń udaje Wellingtona przynajmniej raz w tygodniu, podobnie jak jego młodsze siostry. Wellington to ucieleśnienie wszystkich angielskich cnót. Jego angielskość jest niedościgniona. Jeśli Napoleon tkwi w żołądkach Francuzów (a niewątpliwie tak właśnie jest, sądząc po kulcie, jakim Francuzi darzą jedzenie), my nosimy Wellingtona w sercach[67].
Akurat w tej chwili jego lordowska mość nie wydawał się przesadnie zachwycony.
— Przecież moje rozkazy były absolutnie jasne! — powiedział do dwóch oficerów. — Portugalczycy mieli zniszczyć całe zboże, którego nie uda im się zabrać, by nie wpadło w łapy Francuzów. A dziś przez pół dnia obserwowałem francuskich żołnierzy, którzy wchodzili do jaskiń w Cartaxo i wynosili z nich worki.
— Portugalscy farmerzy nie mają serca niszczyć zboża. Obawiają się głodu — wyjaśnił jeden z oficerów.
Drugi oficer zauważył z nadzieją, że może Francuzi nie znaleźli w workach zboża, lecz coś o wiele mniej użytecznego, chociażby złoto lub srebro?
Lord Wellington popatrzył na niego lodowato.
— Francuscy żołnierze zanieśli torby do młynów. Z daleka widać było obracające się skrzydła wiatraków! Myślicie, że mełły złoto? Dalziel, proszę złożyć skargę do portugalskich władz, jeśli łaska! — Jego spojrzenie, krążące gniewnie po pokoju, spoczęło na Strange’u. — A to kto?
Oficer o nazwisku Dalziel wyszeptał coś do ucha jego lordowskiej mości.
67
Naturalnie, można zaprotestować, Wellington bowiem był Irlandczykiem, lecz patriotyczne pióro angielskie nie zniży się do polemiki z takimi żartami.