Выбрать главу

W domu Jose Estorila Wellington spożywał kolację w towarzystwie oficerów sztabowych i innych dżentelmenów. Strange mógłby przysiąc, że panowie przy stole byli pogrążeni w rozmowie aż do chwili, gdy wkroczył do pokoju. Wtedy wszyscy zamilkli, co wyraźnie sugerowało, że rozmawiali o nim.

— O, Strange! — Wellington wzniósł kielich na powitanie. — Tu pan jest! Trzech moich adiutantów szukało pana przez cały wieczór. Chciałem, żebyśmy razem zjedli kolację, ale chłopcy nie mogli pana znaleźć. Proszę siadać, napić się szampana i skosztować deseru.

Strange popatrzył tęsknie na resztki kolacji, którą właśnie uprzątali służący. Poza innymi smakołykami ujrzał, jak sądził, skrawki pieczonej gęsi, łupiny po krewetkach w maśle, pół ragout z selerem i resztki pikantnych portugalskich kiełbasek. Podziękował jego lordowskiej mości i usiadł. Służący przyniósł mu kieliszek szampana, a Strange poczęstował się migdałową tartą i suszonymi wiśniami.

— I jak się panu podoba wojna, szanowny panie? — spytał go płomiennorudy dżentelmen o lisiej twarzy, siedzący po drugiej stronie stołu.

— O, na początku wydaje się nieco pogmatwana, jak niemal wszystko — powiedział Strange. — Doświadczywszy jednak pewnych przygód w naturalny sposób z nią powiązanych, już do niej przywykłem. Raz mnie obrabowano. Raz do mnie strzelano. Raz znalazłem w kuchni Francuza i musiałem go pogonić, a raz dom, w którym spałem, został podpalony.

— Przez Francuzów? — chciał wiedzieć sir Charles Stewart.

— Nie, nie. Przez Anglików. Ściślej rzecz biorąc, przez żołnierzy z kompanii 43. pułku, którzy najwyraźniej zmarzli nocą i rozpalili ogień, by się rozgrzać.

— O, to się często zdarza! — zauważył sir Charles Stewart.

Zapadła cisza, a po chwili inny dżentelmen w mundurze kawalerzysty powiedział:

— Rozmawialiśmy o magii, a raczej kłóciliśmy się o to, jak wygląda w praktyce. Strathchyde twierdzi, że pan i ten drugi mag przyporządkowujecie liczbę każdemu słowu w Biblii, potem wyszukujecie odpowiednie słowa do zaklęć, a następnie sumujecie wszystkie dopasowane do nich liczby, coś tam jeszcze robicie i dopiero wówczas…

— Wcale nie tak mówiłem! — przerwała inna osoba, zapewne Strathchyde. — Nic nie zrozumiałeś.

— Obawiam się, że nigdy nie robiłem niczego, co przypominałoby pański opis — powiedział Strange. — To raczej skomplikowane i wątpię, czy by zadziałało. A co do sposobu, w jaki rzucam zaklęcia — istnieje wiele, wiele procedur. Śmiem twierdzić, że tyle, ile jest sposobów prowadzenia wojny.

— Chciałbym czarować — oświadczył płomiennorudy dżentelmen o twarzy lisa. — Codziennie wyprawiałbym bal przy nieziemskiej muzyce i nieziemskich fajerwerkach i przyzywałbym najpiękniejsze kobiety w historii świata: Helenę trojańską, Kleopatrę, Lukrecję Borgię, lady Marian i markizę de Pompadour. Sprowadziłbym je, by z wami tańczyły. A gdyby na horyzoncie pojawili się Francuzi… — Pomachał ręką w powietrzu. — Zrobiłbym coś, by wszyscy padli trupem.

— Czy mag może zabić za pomocą magii? — spytał Strange’a lord Wellington.

Strange zmarszczył brwi. Pytanie najwyraźniej nie przypadło mu do gustu.

— Mag zapewne może — przyznał — lecz dżentelmen z pewnością nie powinien.

Lord Wellington pokiwał głową, jakby oczekiwał takiej właśnie odpowiedzi.

— Jaka będzie ta droga, którą był pan nam łaskaw zaoferować? — zapytał.

— Och! Proszę się nie martwić o detale, wasza lordowska mość, dogranie szczegółów to najprostsza rzecz pod słońcem. Jakiej drogi by pan sobie życzył?

Oficerowie i dżentelmeni przy stole lorda Wellingtona popatrzyli po sobie. Nie poświęcili temu ani jednej myśli.

— Może drogę kredową? — spytał Strange usłużnie. — Drogi kredowe są ładne.

— Zbyt zakurzona suchą porą, za to rzeka błota w czasie deszczu — odparł lord Wellington. — Nie, nie. Droga kredowa się nie nada. Droga kredowa niewiele jest lepsza od braku drogi.

— Może brukowana? — zasugerował generał Murray.

— Bruk zniszczy buty żołnierzom — zauważył Wellington.

— Poza tym artyleria będzie narzekać — zauważył płomiennorudy dżentelmen o lisiej twarzy. — Holowanie armat po brukowanej drodze zajmie szmat czasu.

Ktoś zaproponował drogę żwirową. Ta jednak, zdaniem Wellingtona, stwarzała takie same problemy jak droga kredowa: zamieniłaby się w błotnistą rzekę podczas deszczu, a Portugalczycy mówili, że jutro lunie.

— Nie — oznajmił jego lordowska mość. — Moim zdaniem, szanowny panie, najlepsza byłaby droga wzorowana na rzymskiej, ze stosownymi rowami melioracyjnymi po bokach, o nawierzchni z solidnych płaskich kamieni, dopasowanych precyzyjnie krawędziami.

— Doskonale — oznajmił Strange.

— Wyruszamy o świcie — dodał Wellington.

— Wobec tego, wasza lordowska mość, jeśli ktoś będzie tak uprzejmy, by pokazać mi, dokąd ma prowadzić ta droga, natychmiast przystąpię do pracy.

Rankiem droga była na swoim miejscu. Lord Wellington wyruszył nią na Kopenhadze, swoim ulubionym wierzchowcu, a za nim Strange na Egipcjaninie, swoim ulubionym wierzchowcu. W typowy dla siebie, stanowczy sposób Wellington wymienił zalety i wady nowej drogi.

— Ale właściwie nie mam zastrzeżeń — zakończył. — Jest doskonała! Proszę jednak jutro nieco ją poszerzyć.

Lord Wellington i Strange doszli do wniosku, że droga powinna znajdować się na miejscu dwie godziny przed wyruszeniem pierwszego pułku i znikać godzinę po tym, jak przejdzie nią ostatni żołnierz. To miało uniemożliwić Francuzom korzystanie z niej. Sukces planu zależał od tego, czy sztab Wellingtona zaopatrzy Strange’a w dokładne informacje na temat czasu prawdopodobnego wymarszu armii i zakończenia jej wędrówki. Naturalnie wyliczenia te nie zawsze były precyzyjne. Mniej więcej tydzień po pojawieniu się pierwszej drogi wściekły pułkownik Mackenzie z 11. Pułku Piechoty przyszedł na spotkanie z lordem Wellingtonem i poskarżył się, że droga maga znikła, zanim pułk do niej dotarł.

— Gdy dochodziliśmy do Celorico, wasza lordowska mość, znikała wprost pod naszymi stopami! Po godzinie nie było po niej śladu. Czy mag nie mógłby przywoływać wizji, by sprawdzać, gdzie przebywają rozmaite pułki? Na pewno przyszłoby mu to bez trudu. Wtedy mógłby dopilnować, by drogi nie znikały, dopóki wszyscy po nich nie przejdą.

— Mag ma bardzo dużo pracy — odparł lord Wellington ostro. — Beresford potrzebuje dróg[68], ja potrzebuję dróg. Naprawdę nie mogę wymagać od Strange’a, żeby wciąż gapił się w lustra i misy z wodą i sprawdzał, dokąd zawędrował każdy zaginiony pułk. Pan i pańscy ludzie musicie sami dawać sobie radę, pułkowniku Mackenzie. To wszystko, co mam do powiedzenia.

Niedługo potem brytyjska kwatera główna otrzymała od swojego wywiadu informację o tym, co się przytrafiło sporej części francuskiej armii maszerującej z Gaurdy do Sabugalu. Francuzi wysłali zwiadowców, których zadaniem było wyszukanie drogi łączącej obydwa miasta. Od napotkanych Portugalczyków zwiad uzyskał wiadomość, że ta droga jest dziełem maga i z pewnością zniknie za godzinę lub dwie, a wszyscy kroczący nią ludzie powędrują do piekła albo nawet do Anglii. Kiedy tylko te pogłoski dotarły do uszu żołnierzy, stanowczo odmówili wchodzenia na drogę, w rzeczywistości całkowicie prawdziwą i nietkniętą przez magię — stworzono ją niemal tysiąc lat wcześniej. W takiej sytuacji Francuzi musieli obrać trasę okrężną, przez góry i skaliste doliny, dlatego ich podeszwy całkiem się zdarły, ubrania poprzecierały, a opóźnienie sięgnęło kilku dni.

вернуться

68

Trzy wielkie fortece strzegły granic Hiszpanii: Almeida, Badajoz i Ciudad Rodriguez. W pierwszych miesiącach 1811 roku wszystkie trzy znajdowały się w rękach Francuzów. Kiedy Wellington podążał ku Almeidzie, wysłał generała Beresforda wraz z armią portugalską, by rozpoczął oblężenie fortecy Badajoz dalej na północy.