Pan Norrell ze świstem wciągnął powietrze i niespokojnie poruszył się na krześle. Lascelles popatrzył na niego pytająco.
— Opactwo Easby było jednym z filarów państwa Króla Kruków — wyjaśnił pan Norrell.
— Podobnie jak Hurtfew — dodał Childermass.
— Coś podobnego! — wykrzyknął Lascelles ze zdumieniem[70]. — Przyznam, że po wszystkim, co pan opowiadał o Królu Kruków, zdumiewa mnie, że mieszkał pan w pobliżu jego ziem.
— Nic pan nie rozumie — odparł pan Norrell poirytowany. — Mówimy przecież o hrabstwie York, o królestwie Johna Uskglassa w północnej Anglii, gdzie mieszkał i rządził przez trzysta lat! Trudno właściwie znaleźć wioskę czy choćby nawet kawałek pola, które nie byłyby z nim powiązane.
— Rodzina Findhelma miała coś jeszcze, co niegdyś było własnością opactwa — skarb, który oddał im na przechowanie ostatni opat, skarb, który wraz z ziemią przechodził z ojca na syna — kontynuował Childermass.
— Księgę magii? — spytał pan Norrell niecierpliwie.
— Jeśli to, co powiedziano mi w hrabstwie York, jest prawdą, to więcej niż księgę magii. Jedyną w swoim rodzaju Księgę Magii. Spisaną własnoręcznie przez Króla Kruków.
Zapadła cisza.
— Czy to możliwe? — spytał Lascelles pana Norrella.
Zadumany pan Norrell milczał, całkowicie skoncentrowany na tej nowej i niezbyt miłej myśli. W końcu przemówił, ale najwyraźniej tłumaczył coś sam sobie, a nie odpowiadał na pytanie Lascellesa.
— Księga należąca do Króla Kruków lub napisana przez niego to jedna z największych tajemnic angielskiej magii. Kilka osób wyobraziło sobie, że ją znalazło lub też wie, gdzie jest ukryta. Niektórzy z nich, mądrzy ludzie, mogli stworzyć wielkie dzieła, ale zamiast tego zmarnowali życie na poszukiwaniach księgi Króla. Oczywiście nie twierdzę, że taka księga nie mogłaby istnieć…
— Gdyby istniała — przerwał Lascelles — i została znaleziona, to co wtedy?
Pan Norrell tylko pokręcił głową.
— Wtedy całą angielską magię należałoby ponownie zinterpretować w świetle tego, co napisano w tej księdze — odpowiedział za niego Childermass.
Lascelles uniósł brew.
— Czy to prawda? — zapytał.
Pan Norrell się zawahał. Wyglądał tak, jakby miał wielką ochotę zaprzeczyć.
— Wierzy pan, że to księga Króla? — zwrócił się Lascelles do Childermassa.
Ten wzruszył ramionami.
— Findhelm z pewnością w to wierzył. W Richmondzie znalazłem dwóch staruszków, którzy w młodości pełnili służbę w domu farmera. Twierdzili, że królewska księga była jego dumą i radością. Przede wszystkim był strażnikiem księgi, a dopiero potem mężem, rodzicem i farmerem. — Childermass umilkł. — Ta księga stanowiłaby powód do największej chwały i największe brzemię dla każdego człowieka — westchnął po chwili. — W zasadzie Findhelm sam był kimś w rodzaju maga teoretyka. Kupował księgi o magii i płacił magowi z Northallertonu za nauki. Jedna rzecz wydała mi się bardzo osobliwa: obaj ci starcy twierdzili z uporem, że Findhelm nigdy nie przeczytał królewskiej księgi i tylko z grubsza znał jej treść.
— Ach! — wykrzyknął pan Norrell cicho. Lascelles i Childermass popatrzyli na niego.
— A więc nie mógł jej przeczytać — wyjaśnił pan Norrell. — Hm, to bardzo… — Ponownie zamilkł i zaczął obgryzać paznokcie.
— Może napisano ją po łacinie — zasugerował Lascelles.
— Czemu pan zakłada, że Findhelm nie znał łaciny? — spytał rozdrażniony Childermass. — Tylko dlatego, że był farmerem…
— Ach, zapewniam pana, że nie zamierzałem obrażać farmerów — zaśmiał się Lascelles. — Po prostu nie słyną oni z klasycznego wykształcenia. Czy ta osoba w ogóle byłaby w stanie odróżnić łaciński tekst od innych?
Childermass odparł, że naturalnie. Findhelm nie był głupcem. Na to Lascelles oświadczył lodowato, że wcale tego nie twierdził. Kłótnia wisiała na włosku, kiedy nagle uciszył ich pan Norrell.
— Gdy Król Kruków przybył do Anglii, nie umiał czytać ani pisać… — zadumał się. — W tamtych czasach niewielu to potrafiło, nawet pośród władców. Poza tym Król Kruków wychował się na dworze elfów, gdzie nie używano pisma. Nowi słudzy, ludzie, pokazali mu je i wyjaśnili jego cel. Był jednak młodym, bardzo młodym człowiekiem, miał nie więcej niż czternaście lub piętnaście lat. Podbił już królestwa w dwóch światach i dysponował magią, o jakiej każdy mag mógłby tylko zamarzyć. Był arogancki i pełen buty. Nie miał chęci poznawać spisanych wniosków innych ludzi. Czym one były w porównaniu z jego przemyśleniami? Wobec tego, wbrew sugestii sług, postanowił nie uczyć się czytać i pisać po łacinie. Zamiast tego sam wymyślił pismo, żeby zachować swe wnioski dla potomności. I zapewne pismo to lepiej odzwierciedlało pracę jego umysłu, niż mogłaby to uczynić łacina. Tak było na samym początku. Im dłużej jednak przebywał w Anglii, tym bardziej się zmieniał, stawał się mniej milczący, mniej osamotniony. Coraz bardziej przypominał człowieka, coraz mniej elfa. W końcu postanowił nauczyć się czytać i pisać jak inni ludzie. Nie zapomniał jednak swojego pisma — alfabetu królewskiego, tak je nazywają — i zapoznał z nim ulubionych magów, by lepiej rozumieli jego magię. Co prawda Martin Pale wspomina o alfabecie królewskim, podobnie jak Belasis, ale żaden z nich nie widział choćby kawałeczka tekstu w nim napisanego. Jeśli coś przetrwało, a napisał to sam Król, z pewnością… — Pan Norrell znowu umilkł.
— No cóż, drogi panie — powiedział Lascelles. — Dziś raz za razem nas pan zaskakuje! Tyle podziwu dla człowieka, którego podobno zawsze pan nienawidził!
— Podziw w niczym nie umniejsza mojej nienawiści! — odparł pan Norrell ostro. — Mówiłem, że był wielkim magiem. Nie twierdziłem, że to dobry człowiek ani że cieszy mnie jego wpływ na angielską magię. Poza tym usłyszeli panowie moją prywatną opinię, nie przeznaczoną do publicznej wiadomości. Childermass wie. Childermass rozumie.
Pan Norrell zerknął nerwowo na Drawlighta, ale Drawlight przestał słuchać już w chwili, gdy odkrył, że opowieść Childermassa nie dotyczy nikogo z socjety, tylko farmerów z hrabstwa York i pijanych sług. Chwilowo koncentrował się na polerowaniu chusteczką tabakiery.
— Czyli Clegg ukradł księgę? — spytał Lascelles Childermassa. — To chce nam pan powiedzieć?
— W pewnym sensie. Jesienią 1754 roku Findhelm dał księgę Cleggowi i kazał mu ją dostarczyć pewnemu mieszkańcowi wioski Bretton w dystrykcie Derbyshire Peak. Nie wiem, w jakim celu. Clegg po dwóch czy trzech dniach podróży dotarł do Sheffield. Zatrzymał się w oberży i tam zbratał z pewnym człowiekiem, kowalem, którego reputacja moczymordy niemal dorównywała reputacji Clegga. Rozpoczęli pijackie zawody, które trwały dwa dni i dwie noce. Początkowo po prostu pili, by przekonać się, który może więcej, ale drugiego dnia zaczęli rzucać sobie idiotyczne pijackie wyzwania. W kącie oberży stała beczka solonych śledzi. Clegg zażądał, by kowal przeszedł po podłodze pełnej ryb. W lokalu zebrał się tłum gapiów i bywalców, którzy opróżnili beczkę, wyrzucając śledzie na podłogę. Potem kowal chodził od ściany do ściany, aż podłoga zamieniła się w śmierdzącą ślizgawkę. Był cały zalany krwią z powodu urazów, jakich doznał w czasie licznych upadków. Zażądał od Clegga, by ten przeszedł po krawędzi dachu oberży. Clegg pił przez cały czas. Raz za razem gapiom wydawało się, że zleci i skręci kark, ale do tego nie doszło. Potem Clegg zażądał od kowala, by upiekł i zjadł swoje buty, i tak się stało. Na koniec kowal chciał, by Clegg zjadł księgę Roberta Findhelma. Clegg podarł ją na kawałeczki i pożarł.
70
Wielu ludzi oprócz Lascellesa zwróciło uwagę na dziwną okoliczność: pan Norrell, który nienawidził każdej wzmianki o Królu Kruków, mieszkał w domu zbudowanym z kamieni wydobytych w kamieniołomie na polecenie Króla i wzniesionym na ziemi, która niegdyś do niego należała.