Pan Norrell krzyknął z przerażeniem. Nawet Lascelles zamrugał, zdumiony.
— Kilka dni później Clegg wytrzeźwiał i uświadomił sobie, co zrobił — ciągnął Childermass. — Ruszył do Londynu, a cztery lata później zbałamucił służącą w tawernie w Wapping. To ona urodziła Vinculusa.
— Wszystko jasne! — wykrzyknął pan Norrell. — Księga wcale nie przepadła. Historię o piciu wymyślił Clegg, by zwieść Findhelma. Tak naprawdę ukrył księgę i podarował ją synowi! Jeśli tylko odkryjemy…
— Ale po co? — przerwał Childermass. — Po co miałby sobie zadawać tyle trudu, by ukryć księgę dla syna, którego nigdy nie widział i o którego nie dbał? Poza tym Vinculusa nawet nie było na świecie, gdy Clegg wyruszył do hrabstwa Derby.
Lascelles odchrząknął.
— Jeden jedyny raz muszę się zgodzić z panem Childermassem. Gdyby Clegg nadal miał księgę lub wiedział, gdzie jej szukać, z pewnością zaprezentowałby ją na procesie albo wykorzystał jako element przetargowy, by ocalić skórę.
— A gdyby Vinculus tak się wzbogacił dzięki występkowi ojca, dlaczego miałby go nienawidzić? — dodał Childermass. — Dlaczego by się cieszył, że Clegga powieszono? Robert Findhelm był absolutnie pewien, że księga przepadła. To jasne jak słońce. Nan powiedziała mi, że Clegga powieszono za kradzież księgi, ale Robert Findhelm nie oskarżył go o złodziejstwo. Oskarżył go o księgobójstwo. Clegg był ostatnim człowiekiem w Anglii powieszonym za tego typu zbrodnię[71].
— Czemu więc Vinculus twierdzi, że ma tę księgę, skoro jego ojciec ją zjadł? — zadumał się Lascelles. — Przecież to niemożliwe.
— Dziedzictwo Roberta Findhelma trafiło w ręce Vinculusa, nie mam jednak pojęcia, jak do tego doszło.
— A co z tym człowiekiem w hrabstwie Derby? — spytał pan Norrell nieoczekiwanie. — Mówiłeś, że Findhelm pragnął, by księga trafiła do człowieka w Derby.
Childermass westchnął.
— W drodze powrotnej do Londynu przejeżdżałem przez to hrabstwo. Byłem w wiosce Bretton. Trzy domy na krzyż i gospoda na ponurym wzgórzu. Kimkolwiek był człowiek, do którego wysłano Clegga, dawno nie żyje. Nic tam nie znalazłem.
Stephen Black i dżentelmen o włosach jak puch ostu siedzieli w górnej izbie kawiarni pana Whartona na Oxford Street, miejscu spotkań Bacznej Kompanii. Dżentelmen jak zwykle opowiadał o swym wielkim uczuciu do Stephena.
— Coś mi przypomina, że już od miesięcy jestem ci winien przeprosiny i wyjaśnienie — powiedział.
— Przeprosiny?
— Tak, Stephenie. Obaj najbardziej w świecie pragniemy szczęścia lady Pole. Przez umowę z tym niegodziwym magiem mam związane ręce i każdego ranka muszę odsyłać tę damę do domu męża, gdzie przez cały długi dzień czeka na nadejście wieczoru. Ty jednak, człowiek bystry, z pewnością zauważyłeś, że w twoim wypadku nie ograniczają mnie takie warunki. Dziwisz się zapewne, dlaczego nie zabrałem cię na zawsze do Utraconej Nadziei, byś tam się radował.
— Zastanawiałem się nad tym, panie. — Stephen pokiwał głową. — Czy coś pana powstrzymuje?
— Tak, Stephenie. W pewnym sensie.
— No cóż, to bardzo przykre.
— Chciałbyś wiedzieć, co to takiego? — zapytał dżentelmen.
— O tak, oczywiście.
— Wiedz zatem — dżentelmen przybrał pełen powagi wyraz twarzy, całkiem inny niż zwykle — że istoty nadprzyrodzone znają przyszłe wydarzenia. Fortuna często wybiera nas na posłańców jej przepowiedni. W przeszłości często pomagaliśmy osiągać wielkie i szlachetne cele rozmaitym chrześcijanom — Juliuszowi Cezarowi, Aleksandrowi Wielkiemu, Karolowi Wielkiemu, Williamowi Szekspirowi, Johnowi Wesleyowi i innym[72]. Zazwyczaj jednak nasza znajomość wydarzeń jest niejasna i… — dżentelmen z furią zamachał rękoma, jakby zrywał z twarzy gęste pajęczyny — niedoskonała. Z wielkiej miłości do ciebie, Stephenie, przedzierałem się przez dymy płonących miast oraz pól bitewnych, patrosząc dogorywających i zaglądając w ich skąpane w posoce trzewia, by poznać twą przyszłość. Rzeczywiście pisane ci jest zostać królem! Muszę powiedzieć, że wcale nie jestem zdumiony! Od początku czułem wyraźnie, że powinieneś nim być, a to mało prawdopodobne, bym się mylił. Co więcej, wiem chyba, które królestwo ci przeznaczono. Dym, wnętrzności i wszystkie inne znaki jasno wskazują na to, że byłeś już w tym królestwie! Że jest z tobą blisko powiązane. Stephen czekał.
— Czy nie rozumiesz?! — wykrzyknął dżentelmen ze zniecierpliwieniem. — Z pewnością chodzi o Anglię! Nie masz pojęcia, jak uradowany byłem, gdy to pojąłem!
— Anglię?! — zawołał Stephen.
— W rzeczy samej! Nic nie może być dla niej korzystniejsze niż twoje królowanie. Obecny władca jest stary i ślepy, a wszyscy jego synowie to opasłe moczymordy! Rozumiesz zatem, czemu nie mogę cię zabrać na zawsze do Utraconej Nadziei. Popełniłbym poważny błąd, gdybym usunął cię z twojego prawowitego królestwa!
Stephen siedział w milczeniu, próbując to pojąć.
— Ale czy nie chodzi o jakieś królestwo w Afryce? — spytał w końcu. — Może pisane mi jest odnaleźć drogę powrotną? Może jakimś cudem ludzie rozpoznają we mnie potomka jednego ze swych królów?
— Może… — powiedział dżentelmen z powątpiewaniem. — Ale nie, nie! Wykluczone. Poza tym chodzi o królestwo, w którym już byłeś. A ty Afryki nie widziałeś na oczy. Och, Stephenie! Jakże bym pragnął, by wypełniło się twoje przeznaczenie. Pewnego dnia sprzymierzę swe rozliczne królestwa z Wielką Brytanią i obaj będziemy żyli w przyjaźni i braterstwie. Pomyśl, jak to pomiesza szyki naszym nieprzyjaciołom! Pomyśl, jak się wściekną magowie! Jak będą przeklinali samych siebie, że nie traktowali nas z większym szacunkiem!
— Obawiam się, że jest pan w błędzie. Nie mogę rządzić Anglią. Nie z tą… — Bezradnie rozłożył ręce. „Czarną skórą”, pomyślał, na głos zaś powiedział: — Tylko pan, przez swą słabość do mnie, uważa to za możliwe. Niewolnicy nie zostają królami, panie.
— Niewolnicy, Stephenie? Co masz na myśli?
Urodziłem się w niewoli, jak wielu z mojej rasy. Matka była niewolnicą na jamajskiej plantacji należącej do dziada sir Waltera. Kiedy wpadł w jeszcze większe długi, powrócił na Jamajkę, by sprzedać posiadłość i przywiózł z sobą moją matkę. Zamierzał zatrudnić ją jako służącą w swym domu, ale podczas podróży urodziła mnie i zmarła.
— Ha! — wykrzyknął dżentelmen triumfalnie. — Jest właśnie tak, jak mówiłem! Ty i twoja szacowna matka zostaliście pojmani przez niegodziwych Anglików, a ich knowania doprowadziły was do upadku!
— No cóż, tak. To w pewnym sensie prawda. Ale już nie jestem niewolnikiem. Nikt na angielskiej ziemi nie jest niewolnikiem. Powietrze Anglii to wolne powietrze. Anglicy tym się szczycą. — „Mimo to mają niewolników w innych krajach”, pomyślał i dodał: — Od chwili, gdy pokojowiec sir Williama zniósł mnie, niemowlę, ze statku, byłem wolny.
— I tak powinniśmy ich ukarać! — krzyknął dżentelmen. — Możemy bez trudu zabić małżonka lady Pole. Potem zejdę do piekieł, poszukam jego dziada i…
— Ale to nie sir William ani nie sir Walter mnie zniewolili — wyjaśnił Stephen. — Sir Walter zawsze stanowczo sprzeciwiał się niewolnictwu. A sir William był dla mnie dobry. Ochrzcił mnie i wykształcił.
— Ochrzcił? Co takiego? Nawet twoje imię jest narzucone przez wrogów? Symbolizuje niewolę? Wobec tego stanowczo radzę ci je odrzucić i wybrać inne po wstąpieniu na tron Anglii. Jakim imieniem zwała cię matka?
71
Księgobójstwo było jednym z późniejszych przestępstw uwzględnionych przez angielskie prawo magiczne. Celowe zniszczenie magicznej księgi zasługiwało na taką samą karę jak zamordowanie chrześcijanina.
72
Nie wszyscy wielcy, wzmiankowani przez dżentelmena, to chrześcijanie. Podobnie jak my nie do końca właściwie określamy mianem „elfy” ogromną mnogość różnorodnych plemion i ras, tak one powszechnie mówią o nas „chrześcijanie”, bez względu na naszą religię, rasę lub epokę, w jakiej przyszło nam żyć.