Выбрать главу

— Nie wiem, panie. Nie jestem pewien, czy w ogóle mnie nazywała.

Dżentelmen zmrużył oczy na znak, że intensywnie się nad czymś zastanawia.

— Dziwna byłaby matka, która nie nazywa dziecka — zauważył. — Tak, musi istnieć imię, które do ciebie należy, naprawdę do ciebie należy. To dla mnie jasne. To imię, którym w duchu nazywała cię matka, w tych pięknych chwilach, gdy trzymała cię w ramionach. Nie jesteś ciekaw, jak ono brzmi?

— Naturalnie, proszę pana. Ale moja matka od dawna nie żyje. Być może nigdy nikomu nie zdradziła tego imienia. Jej imię także jest mi nie znane. Jeszcze w dzieciństwie pytałem o nie sir Williama, ale zapomniał.

— Z pewnością dobrze pamiętał, jednak w swej niegodziwości nie chciał ci go zdradzić. Do odzyskania swego imienia, Stephenie, potrzebujesz kogoś niezwykłego, kogoś o niespotykanej bystrości, olbrzymich talentach i szlachetnym charakterze. Czyli mnie. Tak, to właśnie zrobię. W imię miłości, jaką cię darzę, odnajdę twe prawdziwe imię!

Rozdział dziewiąty

Siedemnastu martwych Neapolitańczyków

kwiecień 1812–czerwiec 1814

W owych czasach brytyjska armia dysponowała grupą „oficerów zwiadowczych”, których zadaniem było prowadzenie rozmów z miejscowymi, kradzież korespondencji francuskiej armii i orientowanie się w lokalizacji francuskich wojsk. Bez względu na to, jak romantyczna może ci się wydawać wojna, czytelniku, przygody oficerów zwiadowczych Wellingtona z pewnością przejdą wszelkie twe oczekiwania. Pokonywali oni rzeki w blasku księżyca i łańcuchy górskie w palących promieniach słońca. Więcej czasu spędzili za francuską linią frontu niż po stronie angielskiej i znali każdego, kto sprzyjał słusznej sprawie.

Najwybitniejszym oficerem zwiadowczym był bez wątpienia major Colquhoun Grant z 11. Pułku Piechoty. Francuzi nieraz odrywali wzrok od swych aktualnych zajęć i patrzyli na majora Granta, który z kolei obserwował ich z siodła, stojąc na szczycie odległego wzgórza. Zerkał na wrogów przez lunetę i zapisywał coś w małym notatniku. Wprawiało to Francuzów w wyjątkową irytację.

Pewnego kwietniowego ranka 1812 roku major Grant przypadkiem został wzięty w kleszcze przez dwa francuskie patrole kawalerii. Kiedy stało się jasne, że nie umknie im konno, porzucił wierzchowca i skrył się w pobliskim gaju. Major Grant zawsze miał się za żołnierza, a nie szpiega, toteż jako żołnierz stale nosił mundur. Niestety, uniform 11. Pułku Piechoty (podobnie jak wszystkich innych wojsk pieszych) miał kolor jaskrawoszkarłatny i gdy major ukrył się wśród młodych wiosennych listków, Francuzi bez trudu go wypatrzyli.

Pochwycenie Granta przez nieprzyjaciela było dla Anglików powodem do frasunku porównywalnym z utratą brygady zwykłych żołnierzy. Lord Wellington bezzwłocznie wysłał pilne listy do niektórych francuskich generałów, proponując im wymianę jeńców, a także do kilku dowódców wojsk partyzanckich[73], którym obiecał srebrne pięcioszylingówki i mnóstwo broni w zamian za pomoc w uwolnieniu Granta. Kiedy żadna z tych ofert nie przyczyniła się do wypuszczenia cennego oficera na wolność, lord Wellington stanął przed koniecznością opracowania nowego planu. Opłacił więc jednego z najbardziej nieprzejednanych i groźnych hersztów band partyzanckich, Jeronima Saornila, by ten doprowadził Jonathana Strange’a do majora Granta.

— Przekona się pan, że Saornil to dość przerażający jegomość — wyjawił lord Wellington przed wyjazdem Strange’owi. — Ale szczerze mówiąc, niezbyt mnie to martwi, bo i pan potrafi wzbudzać lęk.

Saornil oraz jego ludzie tworzyli bandę morderców i łotrów spod ciemnej gwiazdy. Byli brudni, ohydnie cuchnęli i od dawna się nie golili. Za pasy zatykali szable i noże, z ich ramion zwisały strzelby. Na ubraniach i końskich derkach widniały okrutne i potworne sceny: trupie czaszki i skrzyżowane kości, serca przebite nożami, szubienice, sceny ukrzyżowania na kołach wozu, kruki żerujące na sercach i oczach, a także inne równie przyjemne obrazki. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że wyszyto je z perłowych guzików, lecz przy bliższych oględzinach okazywało się, iż są to zęby Francuzów zabitych przez bandziorów. Saornil miał na sobie szczególnie wiele takich ozdób, przez co przy każdym ruchu grzechotał, jakby wszyscy pozabijani wrogowie wciąż szczękali zębami ze strachu.

W takim towarzystwie symboli i akcesoriów powiązanych ze śmiercią Saornil i jego ludzie byli przekonani, że wzbudzą lęk w każdym napotkanym człowieku. Ogarnęło ich lekkie zmieszanie, kiedy odkryli, że Anglik pokonał ich na tym polu, przynosząc z sobą trumnę. Podobnie jak wielu mężczyzn żyjących z przemocy, partyzanci byli raczej przesądni. Jeden z nich spytał Strange’a, co takiego skrywa w trumnie, a ten wyjaśnił beztrosko, że wewnątrz znajduje się człowiek.

Po kilku dniach forsownej jazdy banda doprowadziła Strange’a do wzgórza nad główną drogą, która łączyła Hiszpanię z Francją. Partyzanci zapewnili Strange’a, że major Grant i jego strażnicy z pewnością będą tamtędy szli.

Podkomendni Saornila rozbili w pobliżu obozowisko i cierpliwie czekali. Trzeciego dnia ujrzeli sporą grupę francuskich żołnierzy podążających drogą, a wśród nich majora Granta w szkarłatnym mundurze. Strange niezwłocznie nakazał otworzyć trumnę. Trzech guerrilleros chwyciło łomy i odbiło wieko. W środku zobaczyli ceramiczną lalkę, rodzaj manekina ulepionego z takiej samej szorstkiej czerwonej gliny, jaką Hiszpanie wykorzystują do wyrobu kolorowych talerzy oraz dzbanów. Postać była naturalnej wielkości, choć wykonano ją niechlujnie: zamiast oczu wydłubano dwa otwory w głowie, nos zaś całkiem pominięto. Lalka była za to starannie ubrana w mundur oficera 11. Pułku Piechoty.

— Dobrze — oznajmił Strange, zwracając się do Jeronima Saornila. — Kiedy francuska awangarda dotrze do tamtej skały, proszę zebrać ludzi i ruszać do ataku.

Saornil przez chwilę usiłował pojąć sens słów maga, między innymi dlatego, że hiszpańszczyznę Strange’a cechowało kilka ekscentryzmów w gramatyce i wymowie. Kiedy wreszcie zrozumiał, o co chodzi, spytał:

— Czy mamy starać się uwolnić El Bueno Granto. Tak Hiszpanie nazywali majora Granta.

— Żadną miarą! — odparł Strange. — El Bueno Granto zostawcie mnie!

Saornil i jego ludzie zeszli do połowy zbocza i zajęli pozycje w miejscu, w którym wątłe drzewa chroniły ich przed wzrokiem wroga. Stamtąd otworzyli ogień do kompletnie zaskoczonych Francuzów. Kilku położyli trupem, wielu ranili. W okolicy brakowało skał, tu i tam rosły rzadkie krzaki, słowem, nie było gdzie się skryć, lecz przed zaatakowanymi wciąż rozpościerała się droga, dając sporą szansę na ucieczkę. Po kilku minutach paniki i chaosu Francuzi odzyskali spokój, zebrali rannych i rzucili się pędem przed siebie.

Kiedy partyzanci wspinali się z powrotem na wzgórze, mocno wątpili, czy ich wyprawę uwieńczył sukces: w końcu osoba w szkarłatnym uniformie wciąż towarzyszyła czmychającym Francuzom. Guerrilleros dotarli do miejsca, w którym zostawili maga, i ze zdumieniem odkryli, że nie jest on sam. Siedział na skale i gawędził z majorem Grantem, pogryzając kurczaka na zimno i sącząc bordo.

— …Brighton jest całkiem przyjemne — mówił major Grant — niemniej wolę Weymouth.

— Zadziwia mnie pan! — wykrzyknął Strange. — Nie cierpię Weymouth. Spędziłem tam jeden z najgorszych tygodni w życiu. Zakochałem się po uszy w dziewczynie o imieniu Mariannę, a ona rzuciła mnie dla jegomościa ze szklanym okiem i posiadłością na Jamajce.

вернуться

73

Ugrupowania partyzanckie, z hiszpańska zwane guerrilla, czyli „wojenka”, liczyły od kilkudziesięciu do kilku tysięcy ludzi, którzy walczyli i nękali francuską armię. Na czele niektórych jednostek partyzanckich stali byli żołnierze, dbający o przestrzeganie dyscypliny wojskowej. Członkowie innych ugrupowań zasadniczo wywodzili się spośród bandytów i niewiele od nich różnili. Tyle samo energii zużywali na prześladowanie nieszczęsnych rodaków, co na walkę z Francuzami.