Выбрать главу

— Neapolitańczycy! — wykrzyknął lord. — Czy to prawda?

De Lancey i Somerset wymienili zadowolone spojrzenia i nawet Jonathan Strange się rozpogodził.

Wprawdzie Neapol formalnie należał do imperium francuskiego, lecz Neapolitańczycy nienawidzili Francuzów. Młodzi mężczyźni z Neapolu musieli służyć we francuskiej armii, lecz przy każdej nadarzającej się sposobności dezerterowali, często przechodząc na stronę wroga.

— A co z pozostałymi żołnierzami? — zainteresował się Somerset. — Z pewnością powinniśmy założyć, że uniemożliwią Neapolitańczykom wyrządzenie zbyt poważnych szkód?

— Dla pozostałych żołnierzy jest już za późno na cokolwiek — zakomunikował major Grant. — Wszyscy są martwi. Dwadzieścia par francuskich butów i dwadzieścia francuskich mundurów wisi obecnie w sklepie ze starzyzną w Salamance. Płaszcze mają długie rozcięcia na plecach, jak po włoskim sztylecie, i są całe poplamione krwią.

— A zatem armaty pozostają w rękach bandy włoskich dezerterów, czy tak? — odezwał się Strange. — I co oni zrobią? Zaczną toczyć własną wojnę?

— Nie, skąd! — zaprzeczył Grant. — Sprzedadzą działa temu, kto da więcej. Innymi słowy, waszej lordowskiej mości lub generałowi Castanosowi.

Tak brzmiało nazwisko głównodowodzącego armii hiszpańskiej.

— Somerset — westchnął lord. — Ile mógłbym zaproponować za sześć francuskich armat? Sto funtów szterlingów?

— Och, taka suma jest absolutnie do przyjęcia, jeśli dzięki niej Francuzi odczuliby skutki swej głupoty, wasza lordowska mość. Nie rozumiem jednak, dlaczego Neapolitańczycy jeszcze nie usiłowali nawiązać z nami kontaktu? Na co czekają?

— Podejrzewam, że znam odpowiedź na to pytanie — przemówił major Grant. — Cztery noce temu dwóch mężczyzn spotkało się potajemnie na terenie małego cmentarza na wzgórzu nieopodal Castrejon. Mieli na sobie obszarpane francuskie mundury i mówili z włoskim akcentem. Przez chwilę dyskutowali, a potem jeden powędrował na południe, ku francuskiej armii w Cantalapiedra, a drugi na północ, do Duero. Wasza lordowska mość, uważam, iż neapolitańscy dezerterzy przesyłają wiadomości swoim rodakom, zachęcając ich do przybycia i dołączenia do nich. Ośmielę się twierdzić, że wierzą oni, iż dzięki pieniądzom uzyskanym za broń od waszej lordowskiej mości lub od generała Castanosa będą mogli opłacić komfortową powrotną podróż morską do Neapolu. W ich gronie nie ma zapewne ani jednego mężczyzny, którego brat albo kuzyn nie służyłby w jakimś pułku francuskim. Nie chcą powracać do domu bez krewnych, bo musieliby wtedy stawić czoło matkom oraz babkom.

— Wielokrotnie słyszałem, że Włoszki są krewkie z natury — potwierdził pułkownik De Lancey.

— Możemy zrobić tylko jedno, wasza lordowska mość — kontynuował major Grant. — Trzeba schwytać kilku Neapolitańczyków i przesłuchać ich. Jestem pewien, że w ten sposób dowiemy się, gdzie są złodzieje oraz skradzione przez nich armaty.

— Czy pośród żołnierzy wziętych wczoraj do niewoli znajdą się jacyś Neapolitańczycy? — spytał Wellington.

Pułkownik De Lancey wysłał umyślnego, by uzyskał wyjaśnienia w tej kwestii.

— Rzecz jasna, znacznie korzystniej byłoby uniknąć jakiejkolwiek zapłaty — zamyślił się Wellington. — Merlinie…

Tak Wellington nazywał Jonathana Strange’a.

— Proszę łaskawie wywołać nam wizję Neapolitańczyków. Być może uzyskamy dzięki temu wskazówkę dotyczącą miejsca ich pobytu oraz lokalizacji dział. Wtedy po prostu byśmy je przejęli!

— Być może… — mruknął Strange.

— Moim zdaniem gdzieś w tle ujrzymy charakterystyczny kształt góry lub wieś z nietypową wieżą kościelną. Któryś z naszych hiszpańskich przewodników z pewnością prędko rozpozna miejsce.

— Całkiem prawdopodobne… — westchnął Strange.

— Nie wydaje się pan przekonany.

— Niech wasza lordowska mość mi wybaczy, ale chyba już wcześniej powtarzałem, że wizje nie są przydatne w tego typu sprawach[74].

— Czy zatem może pan zaproponować coś lepszego? — spytał lord.

— Nie, wasza lordowska mość. Nie w tej chwili.

— Wobec tego postanowione! — zadecydował lord Wellington. — Pułkownik De Lancey oraz major Grant skupią uwagę na poszukiwaniach armat. Somerset i ja wyruszymy niepokoić Francuzów. — Zwięzłość wypowiedzi jego lordowskiej mości wyraźnie sugerowała, że oczekuje on rychłej realizacji poleceń. Strange oraz dżentelmeni ze sztabu przełknęli resztki śniadania i powrócili do obowiązków.

Około południa lord Wellington oraz Fitzroy Somerset siedzieli w siodłach i pokonywali niewysoki łańcuch górski nieopodal wioski Garcia Hernandez. Na kamienistej równinie w dole kilka brygad brytyjskich dragonów przygotowywało się do szarży na szwadrony kawalerii, tworzącej straż tylną francuskiej armii.

W pewnej chwili do głównodowodzącego podjechał pułkownik De Lancey.

— Ach, pułkownik! — powitał go Wellington. — Czy znalazł pan dla mnie jakichś Neapolitańczyków?

— Wśród jeńców ich nie ma, wasza lordowska mość — wyjaśnił De Lancey. — Pan Strange zasugerował jednak, byśmy poszukali wśród zwłok pozostałych po wczorajszej bitwie. Magicznym sposobem odkrył, że siedemnaście trupów to Neapolitańczycy.

— Zwłoki! — wykrzyknął lord Wellington, ze zdumieniem odkładając lunetę. — A na cóż mu zwłoki, u licha?

— Pytaliśmy o to, lecz nie chciał udzielić nam wyjaśnień. Poprosił jednak, by trupy złożono w bezpiecznym miejscu, w którym nikt ich nie zgubi i nie będą napastowane.

— Cóż, skoro już zatrudniliśmy maga, to nie powinniśmy narzekać na jego dziwaczne zachowanie… — westchnął Wellington.

W tym momencie przebywający w pobliżu oficer wykrzyknął, że dragoni przyspieszyli do galopu i wkrótce dogonią Francuzów. Ekscentryczne zachowanie maga z miejsca poszło w niepamięć, lord Wellington przyłożył lunetę do oka, a wszyscy obecni skupili uwagę na przebiegu batalii.

Tymczasem Strange powrócił z pola bitwy do zamku w Alba de Tormes. W wieży zbrojowni (jedynej ocalałej części budowli) już wcześniej odkrył pomieszczenie, z którego nikt nie korzystał, i zajął je na własne potrzeby. W różnych częściach pokoju leżało czterdzieści ksiąg Norrella. Ogólnie biorąc, wszystkie były w jednym kawałku, choć część zdecydowanie wyglądała na sponiewieraną. Podłogę zaśmiecały notatniki Strange’a oraz jego papiery, zabazgrane fragmentami zaklęć i magicznymi obliczeniami. Na stole pośrodku pomieszczenia leżała duża, płytka, srebrna misa napełniona wodą. Strange starannie zamknął okiennice; teraz jedynym źródłem światła w mrocznej komnacie była misa. Krótko mówiąc, była to prawdziwa jaskinia maga, a ładna hiszpańska pokojówka, która w regularnych odstępach czasu przynosiła kawę i ciastka migdałowe, nie kryła przerażenia i za każdym razem zmykała natychmiast po odstawieniu tacy.

Do pomocy Strange’owi skierowano kapitana Whyte’a z 18. Pułku Huzarów. Whyte przez pewien czas mieszkał w ambasadzie Wielkiej Brytanii w Neapolu, miał niezwykłe zdolności językowe i świetnie rozumiał dialekt neapolitański.

Strange bez trudu wyczarował wizje, lecz zgodnie z jego przewidywaniami obrazy w niewielkim stopniu pozwalały się zorientować, gdzie przebywają poszukiwani. Mag odkrył, że armaty częściowo ukryto za jasnożółtymi skałami (występującymi na całym obszarze Półwyspu Iberyjskiego), mężczyźni zaś obozują wśród nielicznych drzew oliwnych i sosnowych (tego typu lasy znajdowały się na półwyspie wszędzie, gdzie okiem sięgnąć).

вернуться

74

Fragment listu Jonathana Strange’a do Johna Segundusa, Madryt, 20 sierpnia 1812 roku:

„Zawsze kiedy zachodzi potrzeba znalezienia kogoś lub czegoś, lord Wellington z miejsca zwraca się do mnie z prośbą o wizję, która nigdy nie przynosi spodziewanych rezultatów. Król Kruków oraz inni aureaci znali pewien rodzaj magii służącej do odszukiwania przedmiotów i ludzi. Jak rozumiem, na wstępie przygotowywali srebrną misę z wodą. Następnie za pomocą błyszczących świetlnych linii dzielili powierzchnię wody na kwarty. (Tak na marginesie, Johnie, naprawdę nie potrafię uwierzyć, że tworzenie tych linii nastręcza ci aż tylu kłopotów, o czym wspominasz w listach. Nie jestem w stanie jeszcze jaśniej opisać tej magii. Linie to najprostsza rzecz pod słońcem!) Kwarty symbolizują Niebo, Piekło, Ziemię i Faerie. Zdaje się, że należy zastosować zaklęcie wyboru w celu ustalenia, w którym z tych królestw można znaleźć poszukiwaną osobę lub przedmiot. Niewielkie mam jednak pojęcie, co robi się dalej, podobnie jak Norrell. Gdybym tylko znał ten rodzaj magii! Wellington lub ludzie z jego sztabu bez przerwy dają mi zadania, których nie potrafię wykonać, i takie, które muszę zostawiać rozgrzebane, gdyż nie znam odpowiednich zaklęć. Tak więc niemal codziennie odczuwam niedobory wiedzy. Na domiar złego brak mi czasu na eksperymenty. Tak więc, Johnie, byłbym ci zobowiązany, gdybyś mógł poświęcić nieco czasu na badanie tego zaklęcia i z miejsca mnie powiadomić w wypadku choćby znikomego sukcesu”.

W dokumentach pozostawionych przez Johna Segundusa nie było ani jednej informacji świadczącej o tym, że jego próby opracowania owego zaklęcia przyniosły jakiekolwiek skutki.