Выбрать главу

Kapitan Whyte stał u boku Strange’a i tłumaczył na prosty, zwięzły angielski każde słowo wypowiedziane przez Neapolitańczyków. Choć obaj panowie przez cały dzień z ogromną uwagą wpatrywali się w misę, dowiedzieli się bardzo niewiele. Kiedy człowiek przez półtora roku chodzi głodny, kiedy od dwóch lat nie widział żony lub narzeczonej, kiedy przez ostatnie cztery miesiące sypiał w błocie i na kamieniach, jego zdolność prowadzenia rozmowy zdecydowanie się pogarsza. Neapolitańczycy nie mieli sobie wiele do powiedzenia, a jeśli już otwierali usta, to tylko po to, by głośno zakomunikować, co chcieliby zjeść, wspomnieć walory nieobecnych żon i narzeczonych, którymi chętnie by się nacieszyli, i pożałować, że nie sypiają na miękkich materacach z pierza.

Przez pół nocy i większość następnego dnia Strange i kapitan Whyte tkwili w wieży zbrojowni, skupieni na nudnej pracy, polegającej na podglądaniu Neapolitańczyków. Pod wieczór drugiego dnia adiutant przyniósł wiadomość od Wellingtona. Jego lordowska mość urządził sobie kwaterę główną w miejscu zwanym Flores de Avila, a Strange oraz kapitan Whyte mieli się tam stawić. Wobec tego spakowali księgi, srebrną misę i inne dobra, a następnie ruszyli w drogę po rozpalonych, pełnych kurzu drogach.

Flores de Avila okazało się dość tajemniczym miejscem: żaden z Hiszpanów indagowanych przez kapitana Whyte’a nigdy nie słyszał o takiej miejscowości. Kiedy jednak dwie z największych armii Europy przewalają się drogą, siłą rzeczy pozostawiają po sobie ślady. Strange i kapitan Whyte przekonali się, że najlepiej podążać szlakiem porzuconych bagaży, uszkodzonych wozów, trupów i żerujących czarnych ptaszysk. Na tle pustych kamienistych równin takie widoki kojarzyły się ze średniowiecznymi obrazami przedstawiającymi piekło i prowokowały Strange’a do ponurych uwag na temat potworności i bezsensu wojny. Jako zawodowy żołnierz kapitan Whyte w normalnych okolicznościach podjąłby dyskusję, lecz bardzo przygnębiało go upiorne otoczenie, więc tylko przytaknął:

— Szczera prawda, proszę pana. Szczera prawda.

Żołnierz nie powinien jednak skupiać się na ponurych sprawach. Jego życie jest pełne trudów, więc musi przy każdej okazji wynajdywać sobie powody do radości. Chociaż czasem duma nad widzianymi okropieństwami, to wystarczy; że trafi do grona kompanów, a niemal na pewno humor mu się poprawi. Strange i kapitan Whyte dotarli do Flores de Avila około godziny dziewiątej i już po pięciu minutach wesoło witali przyjaciół, wysłuchiwali najświeższych plotek o lordzie Wellingtonie i wypytywali o szczegóły bitwy stoczonej poprzedniego dnia, jeszcze jednej, która zakończyła się porażką Francuzów. Trudno było uwierzyć, że w ciągu ostatniego roku widzieli cokolwiek, co mogłoby popsuć im humor.

Kwaterę główną ulokowano w ruinach kościoła na wzgórzu nad wsią. Tam właśnie czekał na przybyłych lord Wellington, a wraz z nim Fitzroy Somerset, pułkownik De Lancey oraz major Grant.

Pomimo zwycięstwa w dwóch bitwach stoczonych w trakcie dwóch dni lordowi Wellingtonowi nie dopisywał humor. Francuska armia, słynąca w całej Europie z niesłychanego tempa przemarszu, uciekła mu, a teraz szybko zbliżała się do Valladolid.

— Nie pojmuję, jak to możliwe, że tak prędko mkną — poskarżył się lord. — Wiele bym dał, by ich dogonić i zniszczyć. Cóż, nie mam jednak innej armii i jeśli tę zmarnuję, nikt nie podaruje mi następnej.

— Otrzymaliśmy wiadomość od Neapolitańczyków z armatami — major Grant poinformował Strange’a i kapitana Whyte’a. — Żądają dwudziestu pięciu funtów szterlingów za działo. Łącznie sto pięćdziesiąt funtów szterlingów.

— Za dużo — mruknął Wellington. — Panie Strange, kapitanie Whyte, liczę na dobre wieści od panów.

— Niestety, wasza lordowska mość — westchnął Strange. — Neapolitańczycy przebywają w lesie, lecz nie wiem, gdzie się on znajduje. Trudno powiedzieć, co dalej. Wykorzystałem wszystkie swoje umiejętności.

— Wobec tego proszę nauczyć się czegoś nowego!

Przez chwilę Strange wyglądał tak, jakby miał wybuchnąć gniewem, lecz przemyślawszy sprawę, westchnął tylko i spytał, czy siedemnastu martwych Neapolitańczyków znajduje się w bezpiecznym miejscu.

— Zostali umieszczeni w dzwonnicy — wyjaśnił pułkownik De Lancey. — Pilnuje ich sierżant Nash. Bez względu na to, do czego są panu potrzebni, doradzam pośpiech. Wątpię, czy długo wytrzymają w takim upale.

— Wytrzymają jeszcze przez jedną noc — mruknął Strange. — Wieczory są chłodne.

Mag odwrócił się na pięcie i wyszedł z kościoła. Członkowie sztabu Wellingtona z ciekawością przypatrywali się odchodzącemu Strange’owi.

— Nie mogę nie zastanawiać się nad tym, co on zamierza uczynić z tymi siedemnastoma trupami — przerwał milczenie Fitzroy Somerset.

— Cokolwiek to jest, nie sprawi mu przyjemności — skomentował Wellington, zanurzając pióro w atramencie i przystępując do pisania listu do ministrów w Londynie. — Robi, co może, by tego uniknąć.

Tamtego wieczoru Strange skupił się na magii, której nigdy wcześniej nie próbował: postanowił wniknąć do snów Neapolitańczyków. Ta sztuka udała mu się wyśmienicie.

Jeden z nich śnił, że uciekając przed zajadłym udźcem jagnięcym wdrapuje się na drzewo i siedzi tam, łkając z głodu, podczas gdy udziec biega dookoła i natrętnie tłucze go kością. Wkrótce do udźca dołączyło pięć lub sześć złośliwych jaj na twardo, które szeptały odrażające kłamstwa na temat śniącego.

Innemu mężczyźnie przyśniło się, że idąc przez zagajnik, napotkał zmarłą matkę, która powiedziała mu, że przed chwilą zajrzała do króliczej nory i dostrzegła na jej dnie Napoleona Bonapartego, króla Anglii, papieża i cara Rosji. Neapolitańczyk wszedł do nory, by rzucić na nich okiem, lecz po dotarciu na dno odkrył, że Napoleon Bonaparte, król Anglii, papież i car Rosji są w rzeczywistości tą samą osobą: potężnym, opasłym jegomościem, wielkim niczym kościół, z pordzewiałymi zębami z żelaza i płonącymi kołami od wozu zamiast oczu. „Ha! — zakrzyknął potwór. — Nie wierzyłeś chyba, że jesteśmy różnymi ludźmi, co?” Po tych słowach monstrum sięgnęło do bulgoczącego kotła, który stał obok, wyciągnęło z niego synka nieszczęsnego Neapolitańczyka i pożarło malucha. Ogólnie biorąc, sny Neapolitańczyków były interesujące, lecz niezbyt przydatne.

Następnego ranka około dziesiątej lord Wellington siedział przy prowizorycznym biurku w prezbiterium zniszczonego kościoła. Dowódca uniósł wzrok na dźwięk kroków Strange’a.

— I jak tam? — spytał. Mag westchnął.

— Gdzie jest sierżant Nash? — spytał w odpowiedzi. — Chciałbym, żeby sprowadził zwłoki. Za pozwoleniem waszej lordowskiej mości, zamierzam wypróbować magię, o której niegdyś słyszałem[75].

W sztabie wkrótce gruchnęła wieść, że mag zamierza coś robić z martwymi Neapolitańczykami. Flores de Avila to mała miejscowość, licząca może sto domostw. Poprzedni wieczór okazał się wyjątkowo nudny dla armii młodych mężczyzn, którzy właśnie zwyciężyli w wielkiej bitwie i mieli ochotę uczcić sukces. Uznali, że magia Strange’a najprawdopodobniej zapewni im godziwą rozrywkę. Wkrótce zebrał się tłumek oficerów i żołnierzy, chętnych do podziwiania sztuk magicznych.

Przed kościołem znajdował się kamienny taras z widokiem na wąską dolinę i jasne, wysokie góry o zboczach porośniętych winoroślą i drzewami oliwnymi. Sierżant Nash oraz jego ludzie znieśli siedemnastu nieboszczyków z dzwonnicy i usadowili ich na ziemi w pozycji siedzącej, z plecami opartymi o niski murek wyznaczający skraj tarasu. Strange przeszedł wzdłuż rzędu truposzów, przypatrując się każdemu z osobna.

вернуться

75

Strange wiedział, że tą formą magii parał się niegdyś Król Kruków. Zwykle stosowana przezeń magia była tajemnicza, piękna i subtelna, dlatego czytelnik może być zaskoczony, gdy usłyszy, iż Król posługiwał się również brutalnymi zaklęciami.

W połowie XIII wieku kilku wrogów Króla usiłowało stworzyć przymierze przeciwko niemu. Większość nieprzyjaciół znał: jednym był król Francji, drugim król Szkocji; poza nimi w pakcie uczestniczyła jeszcze grupa nielojalnych elfów, które ponadawały sobie dumnie brzmiące tytuły i mogły (choć niekoniecznie) sprawować władzę nad rozległymi ziemiami — tak przynajmniej twierdziły. Przymierze zgrupowało też kilka innych osobistości, bardziej tajemniczych i potężniejszych. Przez większą część rządów Król utrzymywał poprawne stosunki z wieloma aniołami i demonami, lecz z czasem pojawiły się pogłoski o kłótni między nim i Zadkielem, aniołem dobroczynności, oraz Alrinachem, który odpowiada za klęski żywiołowe.

Król chyba niewiele przejmował się poczynaniami sprzymierzonych. Bardziej się nimi zainteresował, kiedy pewne magiczne znaki wskazały mu, że jeden z jego możnowładców dołączył do porozumienia i spiskuje przeciwko swemu panu. Podejrzanym był Robert Barbatus, książę Wharfdale, cwany manipulant, zwany przez otoczenie Lisem.

W oczach Króla nie istniała gorsza zbrodnia od zdrady.

Kiedy pierworodny Lisa, Henry Barbatus, zmarł na gorączkę, Król Kruków nakazał wykopanie trupa i przywrócenie go do życia, by powiedział wszystko, co wie. Thomas Dundale i William Lanchester nie kryli niesmaku i poprosili Króla o zastosowanie innych środków. Przepełniony goryczą i rozzłoszczony władca nie dał się jednak przekonać. Istniały setki innych magicznych sztuk, których mógł użyć, lecz żadna nie była równie szybka i bezpośrednia. Król Kruków, tak jak większość wielkich magów, ogromnie cenił praktyczność.

Podobno ogarnięty furią Król pobił Henry’ego Barbatusa. Za życia Henry był wspaniałym młodzieńcem, wielce podziwianym za urodziwą twarz i godne maniery, a przy tym jego niezrównane męstwo budziło we wszystkich lęk. Królewska magia sprawiła, że ten szlachetny rycerz stał się zalęknionym, jęczącym truchłem, co rozzłościło Williama Lanchestera do tego stopnia, że pokłócił się z władcą i ich stosunki na kilka lat bardzo się ochłodziły.