Выбрать главу

— Przecież mówiłem, że absolutnie nikt nie może dotykać zwłok — upomniał sierżanta Nasha.

Żołnierz wyglądał na zirytowanego.

— Jestem całkowicie pewien, że żaden z moich ludzi ich nie tknął — zapewnił i popatrzył na lorda Wellingtona. — Wasza lordowska mość, na polu bitwy nie pozostały właściwie żadne zwłoki, których nie uszkodziła ta hiszpańska zbieranina… — I tutaj skoncentrował się na wyliczaniu narodowych wad tej nacji, konkludując, że gdyby ktoś spędził noc pod jednym dachem z Hiszpanem, z pewnością pożałowałby tego po przebudzeniu.

Zniecierpliwiony lord Wellington machnął ręką, by uciszyć podkomendnego.

— Nie dostrzegam u nich szczególnych śladów okaleczenia — zwrócił się do Strange’a. — Czy to ma jakieś znaczenie?

Strange mruknął ponuro, że chyba nie, poza tym, że trzeba ich będzie oglądać.

W rzeczy samej, większość ran na ciałach Neapolitańczyków spowodowała ich śmierć, lecz wszystkie trupy zostały odarte z odzieży, a w dodatku kilku brakowało palców, gdyż złodzieje nie mogli inaczej ściągnąć pierścieni. Jeden z poległych był niegdyś przystojnym młodym mężczyzną, lecz jego oblicze srodze ucierpiało po wyrwaniu zębów (przydatnych na sztuczne szczęki) i obcięciu czarnych włosów (na peruki).

Strange zażądał ostrego noża i czystego bandaża. Potem ściągnął płaszcz i podwinął rękaw koszuli, mamrocząc pod nosem łacińskie sentencje. Następnie wykonał długie i głębokie cięcie na ręce, a gdy zaczął intensywnie broczyć, opryskał krwią głowy trupów i starannie rozsmarował czerwoną ciecz na ich oczach, językach i nozdrzach. Po chwili pierwszy nieboszczyk drgnął. Rozległo się potworne rzężenie, kiedy jego wysuszone płuca wypełniły się powietrzem, a kończyny zatrzęsły w przerażający sposób. Pozostałe zwłoki również odzyskiwały zdolność poruszania się, bełkocząc coś gardłowo w języku złożonym ze znacznie większej liczby wrzasków niż jakikolwiek inny sposób komunikacji werbalnej znany obserwatorom.

Na ten widok nawet Wellington pobladł i tylko Strange kontynuował swoje dzieło, zachowując pozory spokoju.

— Dobry Boże! — wykrzyknął Fitzroy Somerset. — A cóż to za język?

— Podejrzewam, że jeden z dialektów piekielnych — wytłumaczył Strange.

— Czyżby? — prychnął Somerset. — Niewiarygodne.

— Bardzo szybko się go nauczyli — przyznał lord Wellington. — Nie żyją zaledwie od trzech dni. — Doceniał ludzi, którzy robią wszystko solidnie i rzetelnie. — Czy rozumie pan ich mowę? — zwrócił się do Strange’a.

— Nie, wasza lordowska mość.

— Wobec tego jak się z nimi porozumiemy?

Zamiast odpowiedzieć, Strange chwycił głowę pierwszego trupa, rozchylił jego podrygujące szczęki i splunął mu między wargi. Nieboszczyk natychmiast przestawił się na ojczysty, ziemski język — trudny do zrozumienia neapolitański dialekt języka włoskiego, dla większości ludzi równie niejasny i niemal tak samo potworny jak język, którym truchło posługiwało się uprzednio. Miał on jednak tę zaletę, że kapitan Whyte doskonale rozumiał każde wypowiadane słowo.

Z pomocą kapitana major Grant i pułkownik De Lancey przesłuchali ożywionych Neapolitańczyków. Nie kryli zadowolenia z uzyskiwanych odpowiedzi. Martwi wojacy byli nieskończenie bardziej skłonni zaspokajać ciekawość pytających niż jakikolwiek żyjący informator. Najwyraźniej niedługo przed śmiercią na polu bitwy pod Salamanką nieszczęśnicy otrzymali tajne wiadomości od ukrytych w lesie ziomków, którzy poinformowali ich o zdobyciu armat i zachęcali do przybycia do wioski oddalonej o kilkanaście kilometrów na północ od Salamanki. Stamtąd bez trudu mieli trafić do zagajnika, podążając za tajnymi znakami, wyrysowanymi kredą na drzewach i głazach.

Major Grant zebrał niewielki oddział kawalerii i po kilku dniach powrócił z armatami i dezerterami. Wellington był wniebowzięty.

Niestety, Strange absolutnie nie potrafił znaleźć zaklęcia, które ponownie zesłałoby na martwych Neapolitańczyków wieczny sen[76]. Wykonał kilka prób, lecz nie dały one spodziewanych rezultatów, poza tym, że ni stąd, ni zowąd cała siedemnastka nagle urosła do wysokości sześciu metrów, stając się osobliwie przezroczysta, niczym portrety malowane akwarelą na muślinowych sztandarach. Strange przywrócił zwłokom normalne gabaryty, ale problem likwidacji trupów pozostał.

Z początku przyłączono ich do pozostałych francuskich więźniów, lecz ci głośno zaprotestowali przeciwko skazywaniu ich na towarzystwo takich rozlazłych, podrygujących okropieństw. (Obserwując z niesmakiem nieboszczyków, lord Wellington zauważył, że doprawdy trudno się dziwić tym skargom).

Więźniów odesłano do Anglii, natomiast martwi Neapolitańczycy towarzyszyli armii. Przez całe lato podróżowali wozem bydlęcym, na rozkaz lorda Wellingtona skuci kajdanami, które z założenia miały ograniczyć im ruchy i utrzymywać ich w jednym miejscu. Truposze jednak nie obawiały się bólu (najwyraźniej nic nie czuły), więc nie miały trudności z oswobadzaniem się z oków, niekiedy pozostawiając w nich strzępy ciała. Po odzyskaniu wolności Neapolitańczycy natychmiast ruszali na poszukiwanie Strange’a, by w sposób najżałośniejszy z możliwych błagać go o przywrócenie im pełni życia. Widzieli piekło i zupełnie nie mieli ochoty doń powracać.

Mieszkający w Madrycie hiszpański artysta Francisco Goya narysował czerwoną kredą szkic przedstawiający Jonathana Strange’a w otoczeniu martwych Neapolitańczyków. Na rysunku mag siedzi na ziemi z opuszczonym wzrokiem i zwisającymi rękoma. Cała jego postawa dowodzi bezradności i desperacji. Neapolitańczycy zaś kłębią się wokół Strange’a; niektórzy wpatrują się w niego wygłodniałym wzrokiem, inni błagalnie. Jeden niepewnie wyciąga palec, by pogłaskać maga po głowie. Nie trzeba dodawać, że ten portret Strange’a w niczym nie przypomina pozostałych.

Dwudziestego piątego sierpnia lord Wellington wydal rozkaz likwidacji martwych Neapolitańczyków[77].

Strange miał obawy, że pan Norrell dowie się czegoś o magii odprawianej w ruinach kościoła we Flores de Avila. Nie wspomniał o niej w listach i poprosił lorda Wellingtona o pominięcie wzmianki o tych czarach w raportach.

— Och, doskonale! — zgodził się jego lordowska mość. Lord Wellington nie przepadał za rozpisywaniem się na temat magii: nie lubił niczego, co niespecjalnie rozumiał. — Ale to chyba niewiele pomoże — zauważył. — Każdy, kto w ciągu ostatnich pięciu dni wysłał list do domu, z pewnością ze szczegółami opisał tę historię.

— Tak, wiem — przytaknął Strange niechętnie. — Ale idzie o to, że ludzie zawsze przesadzają, opowiadając o moich dokonaniach. Kiedy obywatele Anglii wezmą to pod uwagę, sprawa nie będzie zbyt bulwersująca. Po prostu wyobrażą sobie, że uzdrowiłem kilku rannych Neapolitańczyków lub coś w tym rodzaju.

Przywrócenie do życia siedemnastu martwych żołnierzy dobrze ilustrowało problem, z którym zetknął się Strange w drugiej połowie wojny. Podobnie jak wcześniej ministrowie, lord Wellington szybko przyzwyczajał się do stosowania magii w celu osiągnięcia określonych korzyści i dlatego oczekiwał od maga coraz bardziej skomplikowanych zaklęć. W przeciwieństwie jednak do ministrów Wellingtonowi brakowało czasu lub ochoty na wysłuchiwanie przydługich wyjaśnień, czemu coś nie jest możliwe. Ostatecznie bardzo często wymagał nadludzkich wysiłków od swoich inżynierów, generałów oraz oficerów i nie widział powodu, by robić wyjątek dla maga. „Niech pan znajdzie inny sposób!” — oświadczał, kiedy Strange usiłował wytłumaczyć, że takiej magii nie praktykowano od 1302 roku albo że zaklęcie zaginęło, albo wreszcie, że tak naprawdę nigdy nie istniało. Podobnie jak na początku, jeszcze przed spotkaniem z Norrellem, Strange musiał wymyślać większość rzucanych przez siebie zaklęć, opierając się na ogólnych zasadach i wyszperanych w pamięci niepełnych opisach ze starych ksiąg.

вернуться

76

Aby zakończyć „życie” trupów, należy wydłubać im oczy oraz wyciąć języki i serca.

вернуться

77

„Odnośnie martwych włoskich żołnierzy mogę tylko podkreślić, jak ogromnie ubolewamy nad koniecznością dopuszczenia się takiego okrucieństwa wobec ludzi, którzy i bez tego wiele wycierpieli. Niestety, byliśmy zmuszeni tak postąpić. Żadną miarą nie dało się ich przekonać do pozostawienia maga w spokoju. Gdyby nawet go nie zabili, z pewnością doprowadziliby go do obłędu. Musieliśmy wyznaczyć dwóch ludzi do pilnowania pana Strange’a podczas snu, by uniemożliwić trupom dotykanie go i budzenie. Bardzo byli zmaltretowani po śmierci. Biedacy nie przedstawiali widoku, który chciałoby się ujrzeć po przebudzeniu. Koniec końców rozpaliliśmy ognisko i cisnęliśmy ich w płomienie”. Lord Fitzroy Somerset w liście do brata, 2 września 1812 roku.