Выбрать главу

— W Hiszpanii nie zapewniano ci żadnych wygód?

— Na wojnie żyje się jak książę albo jak włóczęga. Trzeciego wyjścia nie ma. Widziałem lorda Wellingtona — powinienem powiedzieć: jaśnie oświeconego księcia Wellingtona[81] — jak spał pod drzewem z głową na kamieniu zamiast na poduszce. Kiedy indziej widywałem złodziei i żebraków chrapiących na materacach z pierza w pałacowych sypialniach. W czasie wojny wszystko stoi na głowie.

— Mam nadzieję, że Londyn nie wyda ci się nieciekawy. Dżentelmen o włosach jak puch ostu zauważył, że posmakowawszy wojny, z pewnością będziesz się nudził w domu.

— Ha! Nie, bynajmniej! Kiedy wszystko jest takie czyste? A książki i przedmioty osobiste stoją tuż pod ręką? Gdy żona jest w zasięgu wzroku za każdym razem, gdy się podniesie głowę? Zaraz, chwileczkę… O kim przed chwilą mówiłaś? Dżentelmen o jakich włosach?

— Jak puch ostu. Jestem pewna, że wiesz, kogo mam na myśli. Mieszka wraz z sir Walterem oraz lady Pole. Właściwie nie jestem pewna, czy tam mieszka, lecz widuję go u nich za każdym razem, gdy przychodzę z wizytą do ich domu.

Strange zmarszczył brwi.

— Nie znam go. Jak się nazywa? Arabella nie wiedziała.

— Zawsze podejrzewałam, że należy do grona krewnych sir Waltera lub lady Pole. To dziwne, że nigdy nie pomyślałam, by spytać go o imię. Spędziłam z nim przecież… och, wiele godzin na rozmowach.

— Doprawdy? Nie jestem pewien, czy to powinien być dla mnie powód do zadowolenia. Jest przystojny?

— Ależ tak! Niezwykle! Naprawdę osobliwe, że nie znam jego imienia. To szalenie zajmujący interlokutor, w przeciwieństwie do większości osób, które się spotyka.

— I o czym gawędziliście?

— Ach, o wszystkim! I za każdym razem proponuje mi jakiś prezent. W ostatni poniedziałek zapewnił mnie o swej gotowości sprowadzenia dla mnie tygrysa z Bengalu. W środę miał ogromną ochotę przywieźć mi królową Neapolu — jego zdaniem obie jesteśmy tak bardzo do siebie podobne, że z pewnością zostałybyśmy najlepszymi przyjaciółkami. W piątek chciał posłać służącego po muzyczne drzewo dla mnie…

— Muzyczne drzewo?

— Muzyczne drzewo! — zaśmiała się Arabella. — Twierdzi, że gdzieś na górze o jakiejś bajkowej nazwie rośnie drzewo rodzące stronice z nutami, a muzyka na nich spisana przewyższa każdą inną. Nigdy nie wiem, czy on wierzy w swoje opowiastki, czy też nie. Momentami zastanawiałam się, czy jest szaleńcem. Niezmiennie wymyślam takie czy inne wymówki, by nie przyjmować jego upominków.

— To mnie cieszy. Z pewnością nie chciałbym wracać do domu pełnego tygrysów, królowych oraz muzycznych drzew. Czy pan Norrell odezwał się w ostatnim czasie?

— W ostatnim czasie nie.

— Skąd ten uśmiech? — zainteresował się natychmiast Strange.

— Uśmiechnęłam się? Sama nie wiem. No dobrze, niech będzie. Powiem ci. Pan Norrell raz przesłał mi wiadomość i na tym stanęło.

— Raz? Na trzy lata?

— Tak właśnie. Jakiś rok temu pojawiły się pogłoski o twojej śmierci pod Vitorią, więc pan Norrell przysłał do mnie Childermassa z zapytaniem, czy to prawda. Nie wiedziałam więcej niż on, lecz tamtego wieczoru przybył kapitan Moulthrop. Wylądował w Portsmouth niespełna dwie doby wcześniej i przyjechał tutaj, by mnie zapewnić, iż w plotkach nie ma krzty prawdy. Zawsze będę o tym pamiętała. Biedny młodzieniec. Zaledwie miesiąc wcześniej amputowano mu rękę i nadal ogromnie cierpiał. Ale, ale, na stole leży list do ciebie od pana Norrella. Childermass przyniósł go wczoraj.

Strange wstał i podszedł do stołu, a następnie podniósł list i obrócił go w palcach.

— Cóż, chyba będę musiał iść — mruknął z niechęcią.

Wcale nie cieszyła go perspektywa spotkania z nauczycielem. Przyzwyczaił się do niezależności. W Hiszpanii otrzymywał polecenia od księcia Wellingtona, lecz całkiem samodzielnie decydował o wyborze najstosowniejszego rodzaju magii. Wizja czarowania pod nadzorem pana Norrella nie była zbyt obiecująca. Po miesiącach spędzonych w towarzystwie odważnych, przebojowych młodych oficerów Wellingtona myśl o wielogodzinnym przebywaniu jedynie z panem Norrellem budziła przygnębienie.

Spotkanie jednak przebiegło w nader serdecznej atmosferze. Pan Norrell nie krył radości i zasypał ucznia pytaniami o szczegóły zaklęć użytych w Hiszpanii. Obdarzył go tyloma komplementami, że Strange niemal poczuł wyrzuty sumienia z powodu niesprawiedliwej oceny nauczyciela. Rzecz jasna, pan Norrell nawet nie chciał słyszeć o rezygnacji Strange’a z roli ucznia.

— Nie i nie! Po trzykroć nie! Musi pan do mnie wrócić! Czeka nas mnóstwo pracy. Teraz, po zakończeniu wojny, ponownie skupimy się na tym, co najważniejsze. Stoimy przed koniecznością stworzenia magii nowoczesnej! Kilku ministrów zapewnia mnie, że absolutnie nie widzi możliwości dalszego sprawowania władzy w państwie bez magii. I pomimo wszystkiego, co obaj uczyniliśmy, nadal nie brak mylnych opinii! Coś podobnego! Zaledwie parę dni temu podsłuchałem, jak lord Castlereagh tłumaczył komuś, że na stanowcze polecenie księcia Wellingtona stosował pan w Hiszpanii czarną magię! Niezwłocznie pospieszyłem zapewnić jego lordowską mość, że używa pan tylko i wyłącznie najnowocześniejszych metod.

Strange znieruchomiał, lekko przychylając głowę w sposób, który pan Norrell uznał za potwierdzenie.

— Mówimy jednak o tym, czy powinienem kontynuować nauki pod pańską kuratelą. Opanowałem wszystkie odmiany magii, znajdujące się na liście ofiarowanej mi przez pana kilka lat temu. Zanim wybrałem się na wojnę na Półwyspie Iberyjskim, słyszałem od pana, że jest zachwycony moimi postępami. Zapewne pamięta pan swoje słowa.

— Och! Ależ to był zaledwie początek. Pod pańską nieobecność sporządziłem następną listę. Nakażę Lucasowi dostarczyć ją z biblioteki. Zresztą dobrze pan wie, że są jeszcze inne księgi, których treść należy znać. — Patrząc na Strange’a, nerwowo zamrugał niebieskimi oczyma.

Strange się zawahał. Czyżby właśnie usłyszał wzmiankę na temat biblioteki w opactwie Hurtfew, której jeszcze nigdy nie widział?

— Ach, proszę pana! — wykrzyknął pan Norrell. — Tak się cieszę z pańskiego przybycia. Raduje mnie pański widok i mam nadzieję, że jeszcze wiele godzin spędzimy na rozmowach. Panowie Lascelles i Drawlight siedzieli tutaj całymi dniami…

Strange oświadczył, że był tego pewien.

— …lecz z nimi nie ma co rozmawiać o magii. Niechże pan przyjdzie jutro. I to z rana! Na śniadanie!

Rozdział dziesiąty

Król

listopad 1814

Na początku listopada 1814 roku pana Norrella zaszczyciło wizytą kilku niezwykle szlachetnych dżentelmenów: earl, książę i dwóch baronetów. Twierdzili, że przybywają, by porozmawiać z nim na niezwykle drażliwy temat, a zachowywali się tak dyskretnie, że po półtoragodzinnej pogawędce pan Norrell wciąż nie miał pojęcia, czego od niego oczekują.

Po pewnym czasie wyszło na jaw, że niezwykle szacowni dżentelmeni przybywają w imieniu kogoś jeszcze od nich ważniejszego, czyli księcia Yorku. Chcieli zamienić z panem Norrellem parę słów na temat szaleństwa króla. Królewscy synowie już złożyli ojcu wizytę i niesłychanie poruszył ich jego godny pożałowania stan zdrowia. Chociaż wszyscy bez wyjątku byli samolubni, niektórzy słynęli z rozpustnego życia i żaden nie przejawiał skłonności do jakichkolwiek poświęceń, zgodnie oświadczyli, że oddaliby każde pieniądze i pozwoliliby obciąć sobie dowolną liczbę kończyn, byle tylko królowi choć trochę ulżyło.

вернуться

81

Rząd brytyjski zadecydował o przyznaniu lordowi Wellingtonowi tytułu książęcego. W tym samym czasie wybuchła burzliwa dysputa, poświęcona nobilitacji Strange’a.

— Będzie oczekiwał co najmniej tytułu baroneta — zakomunikował lord Liverpool w rozmowie z sir Walterem. — A my moglibyśmy uczynić dla niego znacznie więcej. Co by pan powiedział o wicehrabiostwie?

Mag nie otrzymał ani jednego z tych tytułów, gdyż, jak zauważył sir Walter, nie istniała absolutnie żadna możliwość przyznania szlachectwa Strange’owi i jednoczesnego pominięcia Norrella, a ministrowie nie przepadali za Norrellem aż tak, by życzyć mu podobnej chwały. Sama myśl o konieczności zwracania się do pana Norrella „sir Gilbercie” lub „wasza lordowska mość” była przygnębiająca.