Выбрать главу

Królewskie potomstwo najpierw nie potrafiło dojść do porozumienia w sprawie lekarza, który powinien zajmować się ich ojcem, a następnie spierało się o to, czy władcę powinien zbadać mag. Najzagorzalszym przeciwnikiem tego pomysłu był książę regent. Wiele lat wcześniej, za życia niezrównanego pana Pitta, król miał poważny napad szaleństwa i książę przejął wtedy ster rządów. Potem jednak Jego Wysokość ozdrawiał, syn zatem musiał zrezygnować z władzy oraz przywilejów. Książę regent uważał, że ze wszystkich męczarni na świecie najgorsza jest codzienna poranna niepewność: „jestem już władcą Wielkiej Brytanii czy jeszcze nie?” Z tego powodu być może należałoby wybaczyć księciu jego pragnienie, by król pozostał szalony lub by odnalazł wieczny spokój.

Pan Norrell, który nie miał zamiaru urazić księcia regenta, postanowił nie proponować swojego wsparcia. Wyjaśnił, że mocno wątpi, by królewską chorobę można było uleczyć magią. W takiej sytuacji drugi syn Jego Wysokości, książę Yorku, żołnierz przede wszystkim, spytał księcia Wellingtona, czyjego zdaniem dałoby się przekonać pana Strange’a do odwiedzenia króla.

— Och, ależ oczywiście! Jestem tego pewien — odparł książę Wellington. — Pan Strange chętnie wita każdą nadarzającą się okazję do rzucania zaklęć. Nic nie sprawia mu większej satysfakcji. Zadania zlecone przeze mnie w Hiszpanii wiązały się z najrozmaitszymi utrudnieniami i chociaż głośno wyrażał niezadowolenie, w gruncie rzeczy był zachwycony. Mam bardzo wysokie mniemanie o umiejętnościach pana Strange’a. Jak Wasza Wysokość wie, Hiszpania to jedno z najmniej cywilizowanych miejsc na świecie, właściwie pozbawione dróg bardziej komfortowych od ścieżek wydeptanych przez kozy. Dzięki panu Strange’owi moi ludzie dysponowali jednak solidnymi angielskimi drogami, prowadzącymi dokąd trzeba, a jeśli napotykaliśmy górę lub las — bagatela! — Pan Strange zwyczajnie odsuwał przeszkodę w inne miejsce.

Książę Yorku zauważył, że król Hiszpanii Ferdynand wystosował do księcia regenta list ze skargą, za sprawą angielskiego maga bowiem wiele rejonów półwyspu zmieniło się wręcz nie do poznania. W związku z powyższym Jego Wysokość Ferdynand domagał się powrotu pana Strange’a i przywrócenia państwu pierwotnej formy.

— Och — mruknął książę Wellington, nieszczególnie przejęty. — Nadal się na to uskarżają?

W wyniku tej rozmowy pewnego czwartkowego ranka Arabella Strange zastała w salonie pięciu potomków króla — książąt: Yorku, Clarence, Susseksu, Kentu oraz Cambridge. Wszyscy liczyli sobie od czterdziestu do pięćdziesięciu lat. Niegdyś byli przystojni, lecz ze względu na zamiłowanie do jedzenia oraz picia dość drastycznie przybrali na wadze.

Pan Strange stał oparty o kominek. W ręce trzymał jedną z ksiąg pana Norrella, a na twarz przywołał wyraz uprzejmego zainteresowania. Mówili jednocześnie i przerywali sobie nawzajem, chcąc jak najdokładniej opisać dramatyczną sytuację króla.

— Gdybyś tylko widziała, jak podczas posiłku Jego Wysokość ślini się nad chlebem i mlekiem — opowiadał Arabelli ze łzami w oczach książę Clarence. — Ile w nim wyimaginowanych lęków… jakie prowadzi długie dysputy z panem Pittem, od dawna przecież nieżyjącym…

— Cóż, moja droga, taki widok z pewnością wprawiłby cię w ogromne przygnębienie. — Książę wziął Arabellę za rękę i zaczął ją głaskać, najwyraźniej przekonany, że ma do czynienia z pokojówką.

— Wszyscy królewscy poddani są ogromnie zasmuceni chorobą Jego Wysokości — westchnęła Arabella. — Nikt z nas nie potrafi obojętnie myśleć o jego cierpieniach.

— Och, moja droga! — wykrzyknął książę zachwycony. — Jakże te słowa poruszają moje serce! — Następnie złożył mokry pocałunek na dłoni rozmówczyni i spojrzał jej w oczy z nieskrywaną czułością.

— Jeśli pan Norrell nie uważa tej choroby za możliwą do wykurowania magią, to, szczerze powiedziawszy, nie sądzę, byśmy mieli duże szansę powodzenia — oznajmił Strange. — Niemniej z chęcią odwiedzę Jego Wysokość.

— Wobec tego pozostaje tylko problem z Willisami — obwieścił książę Yorku.

— Z Willisami? — zdziwił się pan Strange.

— W rzeczy samej — potwierdził książę Cambridge. — Willisowie są impertynenccy ponad miarę.

— Musimy uważać, by ich do siebie nie zrazić — ostrzegł książę Clarence. — Gdyby do tego doszło, z pewnością zemściliby się na Jego Wysokości.

— Willisowie żywią wiele obiekcji wobec wizyty pana Strange’a u króla — westchnął książę Kentu.

Bracia Willisowie byli właścicielami domu wariatów w hrabstwie Lincoln. Od wielu lat troszczyli się o króla w okresach szaleństwa. Za każdym razem, kiedy władca zdawał się odzyskiwać zmysły, wielokrotnie powtarzał wszystkim, jak straszliwie nienawidzi Willisów i ich okrucieństwa. Król zmusił królową, książęta i księżniczki do obietnicy, że gdyby jeszcze kiedykolwiek zwariował, nie przekażą go Willisom. Na nic się to jednak nie zdało. Przy pierwszym symptomie utraty rozumu z miejsca posłano po Willisów, a oni przybyli niezwłocznie, by zamknąć króla w odosobnionym pokoju w kaftanie bezpieczeństwa i podać Jego Wysokości silne środki przeczyszczające.

Jestem przekonana, że moich czytelników zaskoczy wiadomość, iż król miał tak niewielki wpływ na swój los. Pomyśl, czytelniku, z jakim niepokojem zwykłe rodziny traktują pogłoski o szaleństwie. Weź pod uwagę, o ile większa musi być ta troska, kiedy chorym jest król Wielkiej Brytanii! Gdyby szaleństwo dotknęło ciebie lub mnie, wówczas nieszczęście dotyczyłoby wyłącznie nas samych, naszych przyjaciół i krewnych. Utrata rozumu przez króla oznacza katastrofę całego państwa. W przeszłości wielokrotnie się zdarzało, że choroba króla Jerzego całkowicie uniemożliwiała precyzyjne określenie, kto powinien sprawować rządy. Precedensy nie istniały. Nikt nie wiedział, co robić. Nie idzie o to, czy Willisowie byli lubiani lub szanowani (nie byli). Ani o to, czy ich sposoby leczenia przynosiły królowi ulgę w cierpieniach (nie przynosiły). Tajemnica powodzenia obu medyków tkwiła w tym, że zachowywali zimną krew, podczas gdy inni tracili głowę. Brali na siebie odpowiedzialność, której pozostali za wszelką cenę chcieli uniknąć. W zamian żądali pełnej kontroli nad osobą króla. Nikt nie mógł z nim rozmawiać pod nieobecność jednego z Willisów — ani królowa, ani premier, ani nawet trzynaścioro synów i córek króla.

— Cóż — zaczął Strange, kiedy to wszystko usłyszał — Przyznaję, że znacznie chętniej przeprowadziłbym rozmowę z Jego Wysokością bez osób trzecich, szczególnie nieprzychylnie nastawionych do mych poczynań. Należy jednak pamiętać, że zapędziłem w kozi róg całą francuską armię, więc zapewne potrafię sprostać dwóm lekarzom. Zostawcie Willisów mnie.

Strange odmówił rozważenia kwestii zapłaty do czasu spotkania z królem. Za same odwiedziny u Jego Wysokości nie zamierzał pobierać wynagrodzenia, co książęta — hazardziści obarczeni długami, a na dodatek zmuszeni łożyć na wyżywienie i wykształcenie gromady nieślubnej dziatwy — uznali za niezwykle szlachetne z jego strony.

Następnego ranka Strange wyruszył na zamek Windsor. Panował przenikliwy chłód, świat spowiła gęsta biała mgła. Po drodze mag rzucił trzy dość błahe zaklęcia. Pierwsze gwarantowało, że Willisowie spali o wiele dłużej niż zwykle; drugie sprawiło, że żony i służący zapomnieli ich obudzić; trzecie spowodowało kompletne przemieszanie i poprzestawianie ubrań i obuwia Willisów. Jeszcze dwa lata wcześniej Strange miałby skrupuły przed spłataniem nawet tak niegroźnego psikusa dwóm zupełnie obcym osobom, lecz teraz się nie zawahał. Podobnie jak wielu innych dżentelmenów, którzy trafili do Hiszpanii wraz z Wellingtonem, zaczął nieświadomie naśladować jaśnie oświeconego księcia, który zawsze starał się działać szybko i skutecznie[82].

вернуться

82

W Życiu Jonathana Strange’a John Segundus omawia inne, późniejsze poczynania Strange’a, które zdaniem autora wynikały z wpływu księcia Wellingtona.