Umieść jego serce w kryjówce, by nie odczuwał cudzych pragnień i aby oszust nie zagrzał w nim miejsca.
Uwaga: kolor czerwony może mieć zbawienne działanie.
Czytając ten tekst, Strange musiał przyznać, że nie ma bladego pojęcia, co on oznacza[83]. Jakże mag mógłby sprowadzić księżyc dla poszkodowanej osoby? Gdyby druga część zaklęcia mówiła prawdę, książęta lepiej by zrobili, zatrudniając pszczelarza, a nie maga. Strange nie sądził też, że królewscy potomkowie byliby zadowoleni, gdyby przebił ręce króla żelaznymi gwoździami. Informacja o czerwonej barwie także go zdziwiła. Strange pamiętał, że słyszał lub czytał coś na temat czerwonego koloru, lecz obecnie nie mógł sobie przypomnieć co.
Tymczasem król zajął się rozmową z wyimaginowaną osobą o srebrzystych włosach.
— Proszę o wybaczenie, że wziąłem pana za zwykłego śmiertelnika — mówił. — Pewnie jest pan królem, skoro pan tak twierdzi, lecz pozwolę sobie zauważyć, że jeszcze nigdy nie słyszałem o żadnym z pana królestw. Gdzie jest Utracona Nadzieja? Gdzie są Błękitne Zamki? Gdzie Miasto Żelaznych Aniołów? Jeśli o mnie chodzi, władam Wielką Brytanią, krajem doskonale wszystkim znanym i wyraźnie oznaczonym na mapach! — Jego Wysokość umilkł, najwyraźniej wsłuchując się w odpowiedź srebrnowłosej osoby. Nagle wykrzyknął: — Och, proszę się nie złościć! Jest pan królem, tak jak ja nim jestem! Wszyscy wspólnie bądźmy królami! Zagram i zaśpiewam dla pana! — Wydobył z kieszeni płaszcza flet i zagwizdał melancholijną arię.
W ramach eksperymentu Strange wyciągnął rękę i zdarł szkarłatną szlafmycę Jego Wysokości, a następnie uważnie patrzył, czy bez niej króla ogarnie jeszcze większe szaleństwo. Po kilku minutach musiał przyznać, że nie widzi najmniejszej różnicy, więc umieścił szlafmycę z powrotem na królewskiej głowie.
Przez następne półtorej godziny wypróbowywał wszystkie znane sobie rodzaje magii. Rzucał zaklęcia pamięci, odnajdywania, przebudzenia, koncentracji umysłu, odpędzania koszmarów nocnych i złych myśli, wyszukiwania schematów w chaosie, lokalizowania ścieżki, kiedy ktoś się zgubi, demistyfikacji, przenikliwości, poprawy inteligencji, leczenia choroby i naprawy potrzaskanej kończyny. Niektóre z zaklęć były długie i zawiłe, inne sprowadzały się do jednego słowa. Część należało wypowiedzieć na głos, pozostałe zaledwie pomyśleć, w niektórych wystarczał gest. Pewne zaklęcia były już w takiej czy innej formie zastosowane przez Strange’a i Norrella w poprzednich pięciu latach, reszty zapewne nie używano od wieków. Niektóre sprawdzały się z wykorzystaniem zwierciadła, w dwóch potrzeba było kropli krwi z palca maga, w jednym świecy i wstążki. Wszystkie łączyło jedno: w najmniejszy sposób nie wpływały na stan króla.
W końcu Strange doszedł do wniosku, że nic z tego nie będzie.
Jego Wysokość, nieświadomy magicznych zaklęć, poufale gawędził ze srebrnowłosą istotą, której nikt poza nim nie widział.
— Czy został pan tu przysłany na stałe, czy też może pan odejść? Och, niechże pan nie zostaje, mogą pana pojmać! To miejsce nie jest przychylne królom. Umieszczają nas w kaftanach bezpieczeństwa! Ostatni raz zezwolono mi na opuszczenie tych komnat w któryś poniedziałek 1811 roku. Wmawiają mi, że to było trzy lata temu, lecz łżą! Wedle moich kalkulacji w sobotę za dwa tygodnie minie dwieście czterdzieści sześć lat.
„Biedny, nieszczęśliwy dżentelmen — pomyślał Strange. — Zamknięty w tym wychłodzonym, smutnym miejscu, bez przyjaciół i rozrywek! Trudno się dziwić, że czas mija mu tak wolno. To oczywiste, że oszalał!”
Na głos zaś oznajmił:
— Z ogromną przyjemnością wyprowadzę stąd Waszą Wysokość, jeśli taka jest jego wola.
Król przerwał pogawędkę i lekko odwrócił głowę.
— Czyje to słowa? — spytał stanowczo.
— Moje, Wasza Wysokość. Jonathana Strange’a, maga. — Strange ukłonił się królowi z szacunkiem i dopiero potem uświadomił sobie, że Jego Wysokość nie mógł tego widzieć.
— Wielka Brytania! Moje ukochane królestwo! — wykrzyknął król. — Jakżebym pragnął ujrzeć je ponownie, zwłaszcza teraz, letnią porą. Drzewa i łąki w pogodnych barwach, powietrze słodkie niczym wiśniowe ciasto!
Strange wyjrzał przez okno na białą lodową mgiełkę oraz szkielety zimowych drzew.
— Otóż to. Możliwość towarzyszenia Waszej Królewskiej Mości w spacerze byłaby dla mnie ogromnym zaszczytem.
Król zdawał się rozważać tę propozycję. Zdjął jeden z kapci i spróbował położyć go na głowie tak, by nie spadał. Kiedy ta sztuka się nie powiodła, z powrotem wsunął kapeć na stopę, sięgnął po frędzelek przy płaszczu i zaczął go z namysłem ssać.
— Ale skąd mogę mieć pewność, że nie jesteś niegodziwym demonem, który przybył, by mnie kusić? — spytał w końcu całkiem rozsądnym tonem.
Strange nieco się pogubił, usiłując znaleźć właściwe słowa. Kiedy rozmyślał, co powiedzieć, król kontynuował:
— To jasne, że gdybyś był niegodziwym demonem, wiedziałbyś, że jestem wieczny i nie mogę umrzeć. Jeżeli odkryję w tobie wroga, tupnę nogą i odeślę cię z powrotem do piekła!
— Doprawdy? Wasza Wysokość musi mnie nauczyć tej sztuki. Chciałbym opanować równie przydatną umiejętność. Proszę jednak pozwolić mi zwrócić sobie uwagę, że przy tak potężnej magii Wasza Wysokość nie musi obawiać się wspólnego spaceru. Odejdziemy szybko i dyskretnie. Willisowie z pewnością wkrótce się tu zjawią, więc Wasza Wysokość musi zachowywać się bardzo cicho!
Król nie odrzekł ani słowa, jedynie zrobił chytrą minę i postukał się palcem w nos.
Następne zadanie Strange’a polegało na opuszczeniu zamku w taki sposób, by służba domu wariatów nie spostrzegła, co się święci. Pod tym względem król nie okazał się pomocny. Zapytany, dokąd prowadzą rozmaite drzwi, odparł, że jedne wiodą do Ameryki, drugie do wiecznego potępienia, a trzecie najprawdopodobniej do przyszłego piątku. Strange wybrał te, za którymi podobno znajdowała się Ameryka, i szybko poprowadził króla przez kilka komnat. Sufity wszystkich ozdobiono malowidłami, na których angielscy monarchowie pędzili po niebie w ognistych rydwanach, gromiąc postaci symbolizujące zazdrość, gniew oraz bunt i wznosząc świątynie cnoty, pałace wiecznej sprawiedliwości oraz inne równie pożyteczne instytucje. Chociaż na sufitach tętniło życie, pomieszczenia pod nimi były zapuszczone, biedne, pełne kurzu i pająków. Meble pokryto prześcieradłami, przez co zdawało się, że krzesła i stoły zmarły i śpią wiecznym snem pod nagrobkami.
Po chwili dotarli do tylnych schodów. Król, który poważnie wziął sobie do serca ostrzeżenie Strange’a, zachowywał się bardzo cicho i nalegał, by zeszli po schodach na palcach, niczym małe dzieci gorliwie wypełniające polecenia. W rezultacie poruszali się o wiele wolniej, niż planował mag.
— Wasza Wysokość — odezwał się Strange, kiedy wreszcie dotarli na dół. — Moim zdaniem na razie radzimy sobie całkiem nieźle. Nie słyszę odgłosów pościgu. Książę Wellington z ochotą zatrudniłby nas jako oficerów wywiadu. Nie wierzę, że kapitan Somers-Cocks lub Colquhoun Grant mogliby pokonać terytorium wroga z większą…
Przerwał mu triumfalny, potwornie głośny pisk królewskiego fletu.
— Do diabła! — stęknął Strange i zamarł, nasłuchując kroków sanitariuszy lub, co gorsza, Willisów.
Nic jednak się nie stało. Nieopodal rozległo się dziwne, nieregularne dudnienie i trzaski. Towarzyszyły im krzyki oraz zawodzenie, zupełnie jakby ktoś dostawał cięgi całą baterią mioteł naraz. Poza tym wszędzie panowały spokój i cisza.
83
Możliwe jest, że Ormskirk również tego nie wiedział, gdyż po prostu spisał zaklęcie przekazane mu przez kogoś lub znalezione w księdze. Istnieje pewien problem z tekstami argentów. Dążąc do przechowania każdego fragmentu magicznej wiedzy, często musieli spisywać to, czego sami nie rozumieli.