Выбрать главу

Za drzwiami wejściowymi znajdował się obszerny kamienny taras. Dalej grunt dość gwałtownie się obniżał, a u podnóża zbocza rosły parkowe drzewa. Biała mgiełka rozmazała wszystkie szczegóły i przysłoniła barwy, nadając widokom nieziemski charakter. Ziemia i niebo zlały się w szarą i bezcielesną jedność. Z prawej strony ciągnął się długi szpaler nagich drzew.

Król oraz Strange przeszli ramię w ramię po tarasie i dotarli do narożnika zamku. Tam mag natrafił na ścieżkę prowadzącą w dół zbocza. Zeszli po niej i gdy znaleźli się w parku, ujrzeli ozdobną sadzawkę, otoczoną niskim kamiennym murkiem[84]. Pośrodku oczka wodnego wznosił się kamienny domek ozdobiony rzeźbionymi stworami. Niektóre z nich przypominały psy, lecz były małe i miały ciała wydłużone niczym jaszczurki, a także rząd kolców na grzbiecie. Inne kojarzyły się z delfinami, które dziwnym sposobem przywarły do muru. Na dachu siedziało sześcioro kobiet i mężczyzn w strojach klasycznych, z wazami w dłoniach. Nie ulegało wątpliwości, że zgodnie z intencjami architekta woda z fontanny powinna tryskać z pysków wszystkich tych dziwnych zwierząt, jak również wylewać się z waz na dachu i wdzięcznie spływać do sadzawki. Dziś jednak wszystko było skute lodem i pogrążone w ciszy.

Strange zamierzał wygłosić jakąś uwagę na temat melancholijnego stawu, kiedy usłyszał krzyki. Obejrzał się i ujrzał grupę ludzi bardzo szybko zbiegających z zamkowego wzniesienia. Po chwili okazało się, że jest ich czterech: dwóch dżentelmenów, których nigdy wcześniej nie widział, oraz dwóch sanitariuszy — jeden z twarzą jak ser z Cheshire i drugi, wcześniej wysłany po Willisów. Wszyscy wyglądali na wściekłych.

Dżentelmeni pędzili ile sił w nogach, skrzywieni z powodu uzasadnionego zdenerwowania. Wyglądali tak, jakby ubierali się w ogromnym pośpiechu. Jeden bez większego sukcesu wciąż usiłował zapiąć guziki fraka. Kiedy tylko je powtykał w dziurki, momentalnie wyskakiwały z powrotem. Był mniej więcej w wieku pana Norrella i nosił staromodną perukę (nieco podobną do peruki pana Norrella), która od czasu do czasu podskakiwała, obracając mu się na głowie. Różnił się jednak od pana Norrella wysokim wzrostem, urodą i wyniosłym, pewnym siebie sposobem bycia. Drugi dżentelmen (kilka lat młodszy) zupełnie nie radził sobie z butami, które najwyraźniej miały własne zdanie. Kiedy on z trudem brnął przed siebie, one usiłowały nieść go w zupełnie inną stronę. Strange podejrzewał, że zaklęcie okazało się skuteczniejsze, niż zakładał, i odzież była teraz trudna do okiełznania.

Najwyższy dżentelmen (ten w niesfornej peruce) spojrzał z wściekłością na Strange’a.

— Kto zadecydował o wypuszczeniu króla na dwór? — warknął.

— Ja — Strange wzruszył ramionami.

— Pan! A kim pan jest?

Strange’owi nie przypadł do gustu ton rozmówcy.

— A kim pan jest? — prychnął w odpowiedzi.

— Doktor John Willis. To mój brat, doktor Robert Darling Willis. Jesteśmy królewskimi medykami. Opiekujemy się władcą na polecenie Rady Królowej. Nikt nie może widywać Jego Królewskiej Mości bez naszego zezwolenia. Ponawiam pytanie: kim pan jest?

— Jonathan Strange. Przybywam na prośbę ich książęcych wysokości książąt Yorku, Clarence, Susseksu, Kentu i Cambridge, żeby sprawdzić, czyjego Wysokość można wyleczyć magią.

— Ha! — wykrzyknął doktor John z pogardą. — Magia! Głównie wykorzystywana do zabijania Francuzów, czyż nie?

Doktor Robert zaśmiał się szyderczo, lecz efekt, jaki miała wywołać ta lodowata, naukowa wzgarda, został osłabiony, kiedy jego buty nagle rzuciły nim w bok tak mocno, że palnął nosem w pień drzewa.

— Mag, coś podobnego! — parsknął doktor John. — Myli się pan w ocenie ludzi, jeśli sądzi, że może bezkarnie poniewierać mną i moją służbą. Przyzna pan, że skleił drzwi zamku magią, by moi ludzie nie zdołali udaremnić panu odejścia?

— Bynajmniej! — zaprzeczył Strange. — Nie zrobiłem nic podobnego. Niemniej mogłem tak uczynić, gdyby zaszła potrzeba. Pańscy ludzie są leniwi i impertynenccy! Kiedy wraz z Jego Wysokością opuszczałem zamek, nie spotkałem ich nigdzie po drodze.

Pierwszy sanitariusz (ten z twarzą niczym ser z Cheshire) niemal wybuchł, słysząc te słowa.

— To nieprawda! — wrzasnął. — Panowie doktorzy, błagam, nie słuchajcie tych łgarstw! Obecny tu Martin — wskazał drugiego sanitariusza — kompletnie stracił głos! Nie potrafił wydobyć z siebie dźwięku, by wszcząć alarm!

Drugi sanitariusz otwierał i zamykał usta, z furią gestykulując na znak potwierdzenia.

— Jeśli chodzi o mnie, stałem w przejściu u podnóża schodów, kiedy na górze otworzyły się drzwi. Właśnie przygotowywałem się do rozmowy z tym magiem: w imieniu panów pragnąłem powiedzieć mu do słuchu, kiedy magia wciągnęła mnie do skrytki na miotły i zatrzasnęła za mną drzwi…

— Wierutna bzdura! — krzyknął Strange.

— Bzdura? Czyżby? — nie ustępował sanitariusz. — I może jeszcze nie nakazał pan miotłom w schowku spuścić mi manta? Cały jestem poobijany.

Przynajmniej w tej kwestii nie mijał się z prawdą. Na jego twarzy i rękach widniały czerwone plamy.

— I co pan na to, panie magu? — spytał doktor John triumfalnie. — Co pan powie teraz, kiedy wszystkie pańskie sztuczki wyszły na jaw?

— Och, doprawdy! — burknął Strange. — Sam to zrobił, żeby uwiarygodnić swoją historyjkę!

Król dmuchnął we flet, który wydał z siebie wulgarny odgłos.

— Może pan być pewien, że Rada Królowej wkrótce się dowie o pańskim niegodnym postępku! — zakomunikował doktor John, a następnie odwrócił się plecami do Strange’a i zawołał: — Wasza Wysokość! Proszę tutaj!

Król zwinnie skrył się za magiem.

— Żądam, by przekazał pan króla pod moją opiekę — warknął doktor John.

— Nie zrobię tego — odparł Strange.

— Wie pan zatem, jak należy leczyć chorych na umyśle, zgadza się? — wycedził doktor Robert. — Przeprowadził pan odpowiednie badania?

— Wiem, że odizolowanie od towarzystwa, odmawianie ćwiczeń i brak świeżego powietrza żadną miarą nikogo nie uleczą! — prychnął Strange. — To barbarzyństwo! Psa bym tak nie potraktował.

— Przemawiając tymi słowy, dowodzi pan swej ignorancji — upierał się doktor Robert. — Odosobnienie oraz spokój, na które pan tak narzeka, to podstawy naszego systemu kuracji króla.

— Czyżby? — powątpiewał Strange. — Swoje postępowanie nazywają panowie systemem? I niby co się nań składa, na ten system?

— Istnieją trzy podstawowe zasady — zaczął tłumaczyć doktor Robert. — Zastraszenie…

Król zagrał na flecie kilka smutnych tonów.

— …odosobnienie…

Jego Wysokość zilustrował je pojedynczą krótką nutą.

— …oraz wstrzemięźliwość.

Po tym słowie rozległo się długie piśniecie, niby westchnienie.

— Dzięki temu — podjął doktor Robert — wszelkie źródła ekscytacji są stłumione, a pacjent nie ma dostępu do materiału, na którym mógłby budować fantazje oraz niedorzeczne przemyślenia.

— W ostatecznym rozrachunku narzucenie pacjentowi woli lekarza prowadzi do wyleczenia — wtrącił doktor John. — Siła charakteru medyka stanowi o jego sukcesie lub porażce. Wielu ludzi potwierdziło, że nasz ojciec potrafił podporządkować sobie obłąkańca, zaledwie wbijając weń wzrok.

— Czyżby? — mruknął Strange, wbrew sobie zainteresowany tematem. — Nigdy o tym nie pomyślałem, niemniej takie podejście do zagadnienia z pewnością sprawdza się na polu magii. W pewnych wypadkach jej sukces zależy od siły charakteru maga.

вернуться

84

Ta sadzawka oraz szpaler drzew były jedynymi pozostałościami rozległego, zadbanego ogrodu, rozplanowanego przez króla Wilhelma III. Rozpoczął on swe dzieło, lecz nikt nigdy go nie dokończył. Projekt zarzucono, gdy rzeczywisty koszt znacznie przewyższył szacunki. Ziemię zostawiono w spokoju, dzięki czemu powróciła do poprzedniego stanu, typowego dla parku i łąki.