Выбрать главу

— Doprawdy? — bąknął doktor John, przelotnie zerkając w lewo.

— Tak jest. Weźmy na przykład Martina Pale’a. Otóż… — Strange mimowolnie popatrzył tam, gdzie i doktor John. Jeden z sanitariuszy — ten, któremu odjęło mowę — okrążał sadzawkę, skradając się ku królowi i ściskając w rękach coś jasnoszarego. Strange jeszcze nie wiedział, co to, lecz wkrótce wszystko stało się jasne. Sanitariusz nadchodził z kaftanem bezpieczeństwa.

Wtedy jednocześnie wydarzyło się kilka rzeczy. Strange coś krzyknął, sam nie wiedział co, drugi sanitariusz rzucił się na króla, obydwaj Willisowie usiłowali pojmać Strange’a, król przeraźliwie zapiszczał na flecie i rozległ się osobliwy hałas, jakby setka ludzi jednocześnie odchrząknęła.

Wszyscy zamarli, rozglądając się dookoła. Dźwięk najwyraźniej dobiegał z kamiennego domku pośrodku zamarzniętego stawu. Z pysków wyrzeźbionych stworów wydobyła się gęsta biała chmura, jakby dziwadła w tej samej chwili wypuściły powietrze. Opary zamigotały w bladym mglistym świetle, a następnie z cichym brzękiem opadły na lód.

Zaległa cisza, niemal natychmiast przerwana koszmarnym dźwiękiem przypominającym rozrywanie bloków marmuru. Wtedy to kamienne potwory odczepiły się od ścian domku i zaczęły wić się oraz pełznąć, najpierw w dół, potem po lodzie, prosto ku Willisom. Czarne kamienne ślepia poczwar obracały się w oczodołach. Maszkary rozwarły paszczęki i jednocześnie wyrzuciły z gardzieli strumienie wody. Kamienne ogony uderzały na boki, a rzeźbione kończyny unosiły się sztywno i opadały. Ołowiane rury, doprowadzające wodę do pysków, magicznym sposobem rozciągały się za postępującymi paskudami.

Willisowie oraz sanitariusze z domu wariatów wpatrywali się w to widowisko, zupełnie nie pojmując, co się dzieje. Groteskowe istoty pełzły, ciągnąc za sobą rury i tryskając wodą na lekarzy. Willisowie pisnęli i odskoczyli, bardziej z przestrachu niż z faktycznego bólu.

Sanitariusze rzucili się do ucieczki, Willisowie ponad wszelką wątpliwość również nie mieli ochoty trwać przy królu. W mroźnym powietrzu ich przemoczone ubrania pokryły się szronem.

— Mag! — ryknął doktor John, odwracając się ku zamkowi. — Wszystko jasne! Mag to inne określenie łgarza! Lord Liverpool dowie się o tym, magu! Dowie się, jak traktujesz królewskich medyków! Au! Au! — Zamierzał kontynuować, lecz rzeźbione postaci z dachu domku powstały i zaczęły go bombardować kamieniami.

Strange tylko uśmiechnął się pogardliwie do obu Willisów, w głębi duszy jednak wcale nie czuł się pewnie. To nie on był odpowiedzialny za czary, których przed chwilą doświadczyli.

Rozdział jedenasty

Umieść księżyc na mych oczach

listopad 1814

Było to bardzo zagadkowe. Czyżby na zamku działał mag? Może czarował ktoś ze służby albo jedna z królewskich cór? Wydawało się to nieprawdopodobne. A jeśli interweniował pan Norrell? Strange wyobraził sobie, jak jego nauczyciel siedzi w maleńkim gabinecie na drugim piętrze domu na Hanover Square i zerka do srebrnej misy, obserwując wszystko, co się działo, i na koniec przepędzając Willisów za pomocą magii. Po chwili Strange doszedł do wniosku, że to całkiem możliwe. Pan Norrell specjalizował się w ożywianiu posągów i właśnie taką magię zaprezentował publicznie po raz pierwszy. A jednak, a jednak… Niby dlaczego pan Norrell miałby mu pomóc? Z dobroci serca? Mało prawdopodobne. Poza tym magia ta zabarwiona była czarnym humorem, który zupełnie nie pasował do Norrella. Wyglądało na to, że nieznany mag nie tylko pragnął wystraszyć Willisów, ale chciał ich również ośmieszyć. Nie, to nie mógł być Norrell. Zatem kto?

Król nie wydawał się ani trochę zmęczony. Miał ochotę tańczyć, skakać i ogólnie radować się klęską obu medyków. Strange uznał, że trochę ruchu nie zaszkodzi Jego Wysokości, więc otworzył bramę i obaj weszli do parku. Biała mgła ukryła wszystkie szczegóły i barwy, przydając okolicy nieziemskiego charakteru. Ziemia i niebo połączyły się w tej samej bezcielesnej szarości.

Władca czule ujął Strange’a pod ramię i chyba całkiem zapomniał, że nie lubi magów. Zaczął mówić o rzeczach, które zaprzątały jego chory umysł. Był przekonany, że od kiedy oszalał, Wielką Brytanię dotknęły przeróżne nieszczęścia. Najwyraźniej wyobraził sobie, że kres jego rozsądku idzie w parze z upadkiem królestwa. Najpoważniejsze wśród tych urojeń było przekonanie, że Londyn zalała wielka powódź.

— Nie potrafię opisać, co poczułem, kiedy przyszli i powiedzieli, że zimne szare wody pochłonęły katedrę Świętego Pawła i że Londyn stał się państwem ryb i morskich stworów — mówił z przejęciem. — Płakałem przez trzy tygodnie. Teraz wąsonogi poobsiadały budynki, a na targach sprzedaje się jedynie ostrygi i jeżówce! Pan Fox wspominał, że trzy tygodnie temu zaszedł do St Vedast Church na Foster Lane, gdzie, jak słyszał, turbot wygłasza znakomite kazania[85]. Ale mam plany odrestaurowania królestwa. Wysłałem ambasadorów do króla ryb, proponując, że poślubię syrenę, by zakończyć niesnaski między naszymi krajami!

Jego Wysokość także bez przerwy nawiązywał do srebrzystowłosej istoty, której nie widział nikt prócz niego.

— Mówi, że jest królem — wyszeptał przenikliwie. — Moim zdaniem jednak to anioł! Bardzo prawdopodobne, zważywszy na srebrzyste włosy. I straszliwie ukarał dwa złe duchy, te, do których pan mówił. Wierzę, że przybył, by doprowadzić je do zguby i wtrącić do czeluści piekielnych. O, bez wątpienia w stosownym czasie poniesie mnie i pana aż do niemieckiej chwały!

— Niebieskiej — powiedział Strange. — Wasza Wysokość ma na myśli chwałę niebieską.

Gdy tak szli, zaczął sypać śnieg. Białe płatki powoli przykrywały szary świat, było bardzo cicho. Nagle dał się słyszeć dźwięk fletu. Muzyka brzmiała niezwykle melancholijnie i jednocześnie szlachetnie. Sądząc, że to gra król, Strange się odwrócił. Monarcha stał jednak za nim, z rękoma po bokach i fletem w kieszeni. Mag rozejrzał się dookoła. Mgła nie była na tyle gęsta, by ukryć kogoś w pobliżu. Ale nikogo nie dojrzał, park wydawał się pusty.

— Proszę posłuchać! — wykrzyknął król. — Muzyka opisuje tragedię władcy Wielkiej Brytanii. Ta sekwencja nut! Oto dawne potęgi, które przeminęły! Ta melancholijna fraza! To jego rozum, zrujnowany przez kłamliwych polityków i nieprzystojne zachowanie jego synów. Ta chwytająca za serce melodyjka opisuje piękno młodej istoty, którą król uwielbiał w latach chłopięcych i którą musiał opuścić z winy swych przyjaciół. Och, mój Boże! Jakże wtedy szlochał!

Łzy popłynęły po królewskim obliczu. Władca rozpoczął powolny, dostojny taniec, wykonując rękoma falujące ruchy i obracając się wkoło. Muzyka zaczęła się oddalać, a król, tańcząc, postępował za nią.

Strange był zafascynowany. Muzyka najwyraźniej wiodła króla w kierunku niewielkiego zagajnika (przynajmniej Strange przypuszczał, że to zagajnik). Mag był niemal pewien, że przed chwilą widział tam zaledwie tuzin drzewek, może nawet mniej. Teraz jednak zagajnik zmienił się w chaszcze, a po chwili w las, ciemny, ponury bór pełen starych dzikich drzew. Ich potężne konary przypominały powykrzywiane członki, korzenie zaś — gniazda węży, gęsto porośnięte bluszczem i jemiołą. Między drzewami ujrzał wąską ścieżkę pełną głębokich, otoczonych lodem jam i zesztywniałego na mrozie zielska. Blade plamki światła w głębi lasu wskazywały na obecność domu w miejscu, w którym żaden dom stać nie powinien.

вернуться

85

Charles James Fox, radykalny polityk, zmarły około ośmiu lat wcześniej. Ta uwaga dowodzi, jak dalece naruszone były królewskie zmysły: pan Fox był zdeklarowanym ateistą i nigdy, pod żadnym pozorem nie przekroczyłby progu kościoła.