— Wasza Wysokość! — wykrzyknął Strange. Pobiegł za królem i chwycił go za rękę. — Wasza Wysokość, proszę wybaczyć, ale nie podobają mi się te drzewa. Moim zdaniem powinniśmy wrócić do zamku.
Król był jednak oczarowany muzyką i nie chciał wracać. Mamrocząc coś pod nosem, wyrwał rękę z uścisku Strange’a. Mag ponownie go pochwycił i na wpół poprowadził, na wpół zawlókł ku bramie. Niewidzialny muzyk jednak nie zamierzał im tak łatwo odpuścić. Muzyka grała coraz głośniej, otoczyła ich ze wszystkich stron. Niemal niezauważalnie zabrzmiała druga melodia i urokliwie stopiła się z pierwszą.
— Proszę posłuchać! Proszę posłuchać! — wykrzyknął król, kręcąc się wkoło. — Teraz gra dla pana! Ta surowa melodia opisuje pańskiego niegodziwego nauczyciela, który nie uczy pana tego, co naprawdę powinien pan wiedzieć. Te dysharmonijne nuty opisują pański gniew spowodowany tym, że nie może pan dokonać żadnych nowych odkryć. Powolny, smutny marsz mówi o wspaniałej bibliotece, której ten egoista nie chce panu pokazać.
— Jakim cudem… — zaczął Strange i nagle umilkł. On też słyszał muzykę, która opisywała całe jego życie. Po raz pierwszy uświadomił sobie, jak smutną wiedzie egzystencję. Otoczony był niegodziwcami, którzy go nienawidzili i w duchu zazdrościli mu talentu. Teraz wiedział, że cały jego gniew był usprawiedliwiony, a każda życzliwa myśl zbędna. Miał odrażających wrogów i zdradliwych przyjaciół. Norrell (naturalnie) był najgorszy ze wszystkich, ale nawet słaba Arabella nie zasługiwała na miłość.
— Ach — westchnął Jego Wysokość. — Zatem i pana zdradzono.
— Tak — przytaknął Strange ze smutkiem.
Znowu kierowali się w stronę lasu. Maleńkie światełka wśród drzew kojarzyły się magowi z domem i wszystkimi jego wygodami. Strange niemal dostrzegał łagodny blask świec, padający na komfortowe krzesła; widział staromodne paleniska, gdzie wesoło trzaskał ogień; patrzył na kielichy pełne gorącego wina, które mogłoby rozgrzać ich obu po wędrówce ciemnym lasem. Ale światełka sugerowały coś jeszcze.
— Myślę, że tam jest biblioteka — powiedział.
— O, bez wątpienia! — Król z entuzjazmem klasnął w dłonie. — Przeczyta pan księgi, a gdy pański wzrok się zmęczy, ja je będę panu czytał! Musimy się jednak pośpieszyć! Proszę słuchać muzyki! On się niecierpliwi, musimy iść za nim!
Jego Wysokość wyciągnął rękę i ujął Strange’a pod ramię. Strange musiał przełożyć do drugiej ręki coś, co trzymał w lewej dłoni. Okazało się, że to Objawienia trzydziestu sześciu innych światów Ormskirka. „Cóż, nie będą mi więcej potrzebne — pomyślał. — Z pewnością w leśnym domu są ciekawsze księgi!”
Rozchylił palce i patrzył, jak Obyawienia… spadają w śnieg. Było go coraz więcej. Flet wciąż grał, więc pospieszyli ku lasowi. Gdy tak biegli, szkarłatna szlafmyca króla opadła mu na oczy, a Strange wyciągnął rękę i ją poprawił. W tej samej chwili przypomniał sobie, co wie o czerwonym kolorze: znakomicie chronił przed zaklęciami.
— Spieszmy! Spieszmy! — krzyczał król.
Flecista zagrał serię szybkich nut, które wznosiły się i opadały, naśladując szum wiatru. Nagle, zupełnie znikąd, pojawił się prawdziwy wiatr i częściowo pchnął, częściowo poniósł ich ku lasowi. Kiedy w końcu wiatr zostawił ich w spokoju, byli o wiele, wiele bliżej leśnej gęstwiny.
— Doskonale! — zawołał król.
Szlafmyca ponownie przyciągnęła wzrok Strange’a…ochrona przed zaklęciem…
Flecista wyczarował następny wiatr, który zerwał szlafmycę króla.
— Nieważne! Nieważne! — zakrzyknął król radośnie. — Obiecał mi mnóstwo nocnych czepków po dotarciu do jego domu.
Strange puścił jednak ramię króla i zaczął brnąć w zamieci, by odzyskać szlafmycę. Leżała w śniegu, a jej szkarłat lśnił jasno wśród szarych i białych cieni.
…ochrona przed zaklęciem…
Przypomniał sobie, jak mówił do jednego z Willisów, że sukces maga zależy od siły jego charakteru. Czemu właśnie teraz to sobie przypomniał?
Umieść księżyc w mych oczach, pomyślał, a biel miesiąca pochłonie fałszywe widoki, dzieło oszusta.
Nagle jego oczom ukazała się poorana biała tarcza księżyca. Gdyby Strange miał określić, gdzie dokładnie ją widzi, oświadczyłby zapewne, że w swojej głowie. Nie było to przyjemne uczucie. Dostrzegał tylko księżyc, myślał tylko o nim, księżyc wyglądał jak fragment wiekowej kości. Strange zapomniał o królu. Zapomniał, że jest magiem. Zapomniał o panu Norrellu. Zapomniał własnego imienia.
Zapomniał o wszystkim z wyjątkiem księżyca…
Wtem księżyc zniknął. Strange uniósł wzrok i ujrzał, że stoi na śniegu dość daleko od lasu. Pomiędzy nim a drzewami plątał się ślepy król w nocnej koszuli. Pewnie szedł dalej, podczas gdy Strange przystanął. Bez wsparcia władca czół się zagubiony i wystraszony.
— Magu! Magu! — krzyczał. — Gdzie się pan podziewa?
Las nie wydawał się już Strange’owi przyjaznym miejscem. Teraz był taki jak na samym początku — złowróżbny, nieznany, nieangielski. Strange ledwie widział światełka. Były jedynie białymi punkcikami w ciemności i nie sugerowały nic poza tym, że mieszkańców domu najwyraźniej nie stać było na więcej świec.
— Magu! — wykrzyknął ponownie król.
— Tu jestem, Wasza Wysokość.
Umieść rój pszczół w mych uszach, pomyślał. Pszczoły kochają prawdę i zniszczą kłamstwa oszusta.
Cichy pomruk wypełnił jego uszy, zagłuszył melodię fletu. Bardzo przypominał ludzki język i Strange pomyślał, że lada chwila go zrozumie. Pomruk robił się coraz bardziej donośny, wypełniał głowę i klatkę piersiową maga aż po koniuszki palców u rąk i nóg. Nawet włosy wydawały się zelektryzowane, skóra bzyczała i drżała od hałasu. Przez jedną straszną chwilę myślał, że ma usta pełne pszczół i że owady bzyczą i latają pod jego skórą, w brzuchu i uszach.
Brzęczenie ustało. Strange znowu usłyszał muzykę, ale nie brzmiała już tak słodko jak uprzednio i nie miał wrażenia, że opisuje jego życie.
Umieść sól w mych ustach, pomyślał, by oszust nie próbował zachwycić mnie smakiem miodu lub wzbudzić mego wstrętu smakiem popiołu.
Ta część zaklęcia najwyraźniej niczego nie zmieniła[86].
Przebij mą dłoń żelaznym gwoździem, bym za jej pomocą nie spełnił żądań oszusta.
— Aa! Dobry Boże! — wrzasnął Strange.
Poczuł niewyobrażalny ból w lewej dłoni. Gdy ustał (równie nagle, jak się pojawił), Strange nie miał już ochoty spieszyć w kierunku lasu.
Umieść me serce w kryjówce, bym nie odczuwał cudzych pragnień i by oszust nie zagrzał w nim miejsca.
Wyobraził sobie Arabellę taką, jaką widział tysiące razy, w ślicznej sukni, siedzącą w salonie wśród rozbawionych i rozgadanych ludzi. Podał jej swoje serce, a ona dyskretnie ukryła je w kieszeni. Nikt niczego nie zauważył.
Strange rzucił identyczne zaklęcie na króla, a na koniec wręczył królewskie serce Arabelli, by i je schowała. Obserwowanie tej magii z zewnątrz było wielce interesujące. W skołowanej głowie króla działo się tyle dziwacznych rzeczy, że nagła obecność księżyca wcale go nie zaskoczyła. Nie spodobały mu się jednak pszczoły — jeszcze długo się od nich opędzał.
Kiedy Strange zakończył rzucanie zaklęcia, muzyka nagle umilkła.
— Wasza Wysokość, czas wracać do zamku — powiedział. — Ja jestem angielskim magiem, a Wasza Wysokość królem. Mimo że Wielka Brytania nas opuściła, nam nie wolno opuścić w potrzebie Wielkiej Brytanii. Może nas jeszcze potrzebować.
86
Rozmyślając później o wydarzeniach tego poranka, Strange doszedł do wniosku, że flecista nie podjął próby oszukiwania jego zmysłu smaku.