Rozmówcy poszli w głąb korytarza. Coraz ciszej brzmiały wypowiadane przez nich słowa i odgłos kroków. Beth miała zamęt w głowie.
Zagrożenie od strony morza… ładunek Marchanta… Markus chciał coś przed nią ukryć. Wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Czyżby zajmował się przemytem i tak samo jak dawniej jego dziadek traktował wyspę jako port przeładunkowy? Idealnie nadawała się do tego celu, a Markus potrzebował pieniędzy.
Położyła się do łóżka. Wzrok utkwiła w ogromnym baldachimie. Wszystko się zgadza. Od początku podejrzewała, że Markus prowadzi podwójną grę. Kiedy po feralnej ucieczce prosiła, żeby odwiózł ją do wielebnego Theo, tak pokierował sprawą, że w końcu popłynęli razem na Fairhaven. Miał swoje powody, żeby się tam udać, i nie chodziło wyłącznie o inspekcję z pozoru mało znaczących dóbr. Jej obecność stanowiła idealny kamuflaż. Statek czekał w porcie gotowy do odcumowania, a zatem dyspozycje musiały być wydane kilka dni wcześniej. Mieszkańcy wyspy zostali uprzedzeni, kiedy mają spodziewać się gości. Wszystko było ukartowane.
Kto wie, jaki ładunek przypłynął dzisiaj na „Marie Louise”? Markus wspomniał o towarze od Marchanta. Zapewne to handlarz, z którym robi interesy. Przewracała się z boku na bok, nie – pewna, czy jutro się z nim rozmówić, czy też poczekać, aż będzie miała w ręku jakiś dowód. Wrodzona niecierpliwość skłaniała ją do natychmiastowej konfrontacji. Najlepiej byłoby od razu pogadać z Markusem i wydobyć z niego całą prawdę.
Wbrew swojej naturze postanowiła czekać. Markus do tej pory nie kwapił się do zwierzeń, więc jeśli przyprze się go do muru, na pewno znajdzie jakiś wykręt. Lepiej przyczaić się i mieć oczy szeroko otwarte. Zapewne oczekiwanie nie potrwa długo, bo powiedział, że wieczorem ma nastąpić wyładunek, a wtedy prawda wyjdzie na jaw.
Następnego dnia zasiedli razem do kolacji. To był udany wieczór. Gdy Beth zeszła do imponującej zamkowej jadalni, gdzie Markus i jego ciotka już na nią czekali, była wypoczęta i w pełni sił, bo leniuchowała niemal cały dzień. Lady Salome wyglądała zachwycająco w sukni z czerwonej satyny, pomarańczowym turbanie i biżuterii wysadzanej perłami. Beth, ubrana w prostą szarą suknię, czuła się przy niej jak uboga krewna z prowincji. Siedziała cicho, póki Markus plotkował z ciotką o rodzinie. Gdy wyczerpali temat i Salome zasypała ją pytaniami o londyńską modę, skandale i rozrywki, poczuła się całkiem swobodnie. Obie panie mówiły jedna przez drugą. Podczas deseru lady Salome opowiadała pikantne anegdotki z czasów swojej bujnej młodości. Mniej i więcej trzydzieści lat temu sama brylowała w londyńskich salonach.
– Nie złapałam męża, bo najbardziej podobały się wówczas pulchne dziewczątka z jasnymi loczkami podobne do ulubionych piesków lady Caroline Lamb *. – Lśniącymi piwnymi oczyma wodziła od Markusa do Beth. – Moja uroda nie pasowała do tego wzorca i tak zostałam starą panną. Straciłam nadzieję, że przygrucham sobie bogatego amanta. W ostatecznej desperacji zastanawiałam się nawet, czy nie uciec z nauczycielem muzyki, ale czuć go było naftaliną, co nie sprzyjało wybuchom namiętności! – Włożyła do ust kandyzowaną śliwkę i podsunęła Beth talerz ze słodyczami. – O czym to ja mówiłam? Ach, tak. Mój tata był w gorącej wodzie kąpany. Gdy po kilku miesiącach spędzonych w Londynie wciąż nie miałam adoratora, wywiózł mnie na Fairhaven. John mieszkał wtedy sam jak palec, bo jego gosposia zginęła w tajemniczych okolicznościach. Podobno spadła biedaczka z urwiska do morza. Tata uznał, że oszczędzi trochę grosza, jeśli podeśle mnie bratu na jej miejsce. – I od tamtej pory mieszka pani tutaj, łady Salome? – spytała z uśmiechem Beth. – Kawał czasu!
– Słuszna uwaga, kochanie, ale tu jest mój dom. Tam dom twój, gdzie serce twoje. Marek czy Księga Przysłów?
– Ani jedno, ani drugie – roześmiał się Markus i wstał. Panie wybaczą. Idę wypić porto. Wkrótce spotkamy się w salonie.
– Nie spiesz się, drogi chłopcze – powiedziała z roztargnieniem Salome. – Lady Allerton i ja mamy o czym rozmawiać. O słodka przyjaźni! – Popatrzyła na niego z tryumfem.
– To musi być Księga Przysłów!
Markus skłonił się z błyskiem w oku i wyszedł, a Beth westchnęła mimo woli. Podczas kolacji wszystkim dopisywał humor, bo lady Salome ze swadą bawiła gości, wczorajsza awantura nie została jednak zapomniana, a Beth nadal była w niełasce. Markus prawie się do niej nie odzywał. Raz jeden zagadnął ją, pytając, czy jest zadowolona ze swego pokoju i służby. W jego obecności czuła się nieswojo. Kilkakrotnie złapała go na tym, że się jej przygląda, ale twarz miał wtedy nieprzeniknioną, surową. Gdy podnosiła głowę i spoglądała na niego, wcale się nie uśmiechał. Tyle rzeczy powinni sobie wyjaśnić, ale nie miała pojęcia, od czego zacząć. Wczoraj była po temu okazja, ale Markus wściekał się na nią i nie chciał słuchać. Teraz sytuacja dodatkowo się skomplikowała. A jeśli potwierdzą się jej obawy, że trudni się przemytem?
– Dlaczego posmutniałaś, kochanie? – zapytała współczująco lady Salome, gdy usiadły przed kominkiem w salonie z filiżankami herbaty. – Domyślam się, że nadal jesteś zmęczona po podróży. Do tego dochodzi ogromne wzruszenie. Tak długo marzyłaś, żeby się tu znaleźć. Markus opowiadał mi o tobie i twoim pragnieniu odzyskania utraconej przez dziadka wyspy.
– Owszem, to prawda – przytaknęła z westchnieniem. Gdy patrzyła w lśniące oczy lady Salome, wszelkie starania o powrót Mostynów na Fairhaven i odzyskanie posiadłości nagle straciły dla niej na znaczeniu. – Od dziecka chciałam tu przypłynąć, ale… – Zawahała się, targana sprzecznymi uczuciami. – Nie przyszło mi do głowy… Gdyby trzeba było stąd odejść, czym by się pani zajęła?
– Szukałabym mocnych wrażeń! W Exeter nie brakuje ekscytujących miejsc – odparła rezolutnie Salome, wsypując do herbaty trzy łyżeczki cukru. – Mogłabym także wybrać się do Londynu. Przecież to istna Sodoma i Gomora! Pławiłabym się w luksusie, zakosztowałabym zdrożnych przyjemności. Fairhaven to zabita deskami prowincja. Nie masz pojęcia; kochanie, jakie to irytujące, gdy żurnale przychodzą z półrocznym opóźnieniem. I jak tu nadążyć za modą? Od czasu do czasu bywam przecież w towarzystwie, wiec muszę dobrze wyglądać. Z żywnością też u nas nie najlepiej: wszystko solone albo kwaszone. Rzadko jadamy świeże produkty. Pod dostatkiem jest tylko rzepy, ale ja w niej nie gustuję. Szczerze mówiąc, kiedy myślę o ucieczce z tej dziury, je suis aux anges *.
Beth skwitowała jej słowa uśmiechem, ale nie dała im wiary. Wiedziała, że lady Salome uważa zamczysko na Fairhaven za swój dom i podejrzewała, że dzielna i pełna uroku stara panna robi dobrą minę do złej gry. Należało również wziąć pod uwagę wielebnego Johna. Czy w jego wieku można zaczynać wszystko od początku? Jak sobie poradzi w nowej parafii, skoro przywykł do wyspiarzy, a ci uważają go za swego?
– Poza tym, kochanie, jesteś bardzo bogata. – Lady Salome pochyliła się z trudem, sięgając po kawałek drewna, żeby dołożyć do ognia. Beth natychmiast rzuciła się na pomoc, bo podejrzewała, że jej rozmówczyni ma reumatyzm. – Stać cię na rozmaite udogodnienia dla poddanych. Wyspa na tym skorzysta.
– Owszem, ale tylko z materialnego punktu widzenia – i odparła Beth i uśmiechnęła się do lady Salome. – Są przecież rzeczy, których nie można kupić. Czy to w liście do Tymoteusza czytamy, że umiłowanie mamony jest źródłem wszelkiego zła?
– Znakomicie! – Starsza pani klaskała w ręce. – Jak mówią, łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne… i tak dalej. Mateusz, rozdział dziewiętnasty, wers dwudziesty czwarty. – Uradowana, dodała swój cytat do sentencji Beth, a potem bystro spojrzała na nią ciemnymi oczyma. – Proszę, mi odpowiedzieć na jedno pytanie: czy lubi pani Markusa?