Rycerskość można by określić jako chrzest feudalizmu. Była to próba wprowadzenia sprawiedliwości, czy nawet logiki katolickiej w już istniejący system wojskowy, próba obrócenia jego dyscypliny we wtajemniczenie, a jego nierówności w hierarchię. Jednym z głównych wdzięków tego nowego okresu jest znamienny kult godności kobiety, kult, który często zacieśnia znaczenie pojęcia „rycerskość”, albo je może wyolbrzymia. Ten kult stanowił bunt przeciw jednemu z najjaskrawszych braków w gładkiej cywilizacji Saracenów. Muzułmanie obarczeni byli z natury rzeczy dawnym wschodnim stosunkiem do kobiety, brakowało im bowiem szczególnego natchnienia, płynącego z kultu Dziewicy. Mylilibyśmy się twierdząc, że rycerski pogląd na kobietę był tylko afektacją. Był nią chyba tylko w tym znaczeniu, w którym afektacja pojawia się zawsze tam, gdzie jest jakiś ideał. Jest rzeczą obrzydliwie powierzchowną nie dostrzegać ciśnienia ogólnie panujących uczuć z tego jedynie powodu, że ciśnienie owo łamie się zawsze w toku wydarzeń dziejowych. Sama, na przykład, idea wyprawy krzyżowej żyła w uczuciach i oddziaływała podniecająco raczej jako marzenie niż jako fakt rzeczywisty. Od pierwszego Plantageneta po ostatniego Lancastera straszyła ona umysły królów angielskich, dając ich bitwom za tło miraż Palestyny. Uwielbienie takie, jakie czuł Edward I dla swej królowej, było zupełnie realnym bodźcem dla mnóstwa ludzi mu współczesnych. Z tłumu oświeconych turystów, którzy wyruszają w podróż z zamiarem wyśmiewania przesądów kontynentu, którzy kupują bilety i nalepiają nalepki na bagaż na dworcu kolejowym Charing Cross — nie wszyscy przemawiają do swych żon z bardziej potoczystą dworskością niż ich praojcowie z czasów Edwarda. Mało kto przystanie na chwilę, żeby rozpamiętywać legendę o smutku małżonka, smutku, który wyraża sama nazwa „Charing Cross”7.
Popełnilibyśmy poważny błąd historyczny, gdybyśmy przypuszczali, że wyprawy krzyżowe objęły jedynie tę górną warstwę społeczeństwa, dla której heraldyka była sztuką, a rycerskość etykietą. Rzeczywistość miała się odwrotnie. Pierwsza zwłaszcza wyprawa krzyżowa była w znacznie większej mierze jednomyślnym powstaniem ludu niż większość tzw. rozruchów i rewolucji. Cechy, te wielkie demokratyczne organizacje owych czasów, zawdzięczały swą rosnącą potęgę zbiorowej walce o Krzyż. O tych sprawach pomówimy jednak później.
Na Wschód ciągnęły nie tylko zaciężne zastępy żołnierza, ale karawany całych rodzin, wzorem Cyganów, dzieci zaś organizowały wyprawy krzyżowe tak, jak dziś organizują zabawy. Najlepiej uprzytomnimy sobie to zjawisko, wyobrażając sobie każdą wyprawę krzyżową jako Krucjatę Dzieci, bowiem te wyprawy pełne były ducha, który nowoczesny świat wielbi u dzieci, ponieważ wyniszczył go u dorosłych. Najprymitywniejsze zabytki najwulgarniejszej sztuki średniowiecznej świadczą o tym, iż życie tych ludzi pełne było tego czegoś, co wszyscy widywaliśmy z okien naszych dziecinnych pokoików. Najlepiej da się to zaobserwować w późniejszym średniowieczu, np. we wnętrzach Memlinga, przejawia się również obficie w starszych i mniej dojrzałych zabytkach średniowiecza. Jest to owo coś, co dalekie kraje zrobiło swojskimi i przybliżyło widnokrąg do naszych domów. Do węgłów swych domów ludzie ówcześni umocowali krańce ziemi i nieba. Ich perspektywa była prymitywna i zwariowana, ale była perspektywą, a nie dekoracyjną tylko płaszczyzną sztuki orientalnej. Jednym słowem, ich świat, podobnie jak świat dziecka, pełen był skrótów, jakby dróg na przełaj, chociaż do kraju baśni. Ich mapy były bardziej jeszcze wyzywające niż ich obrazy. Choć półbaśniowe ich zwierzęta wyglądają jak potwory, przecież są to kotki-pieszczotki. Trudno ująć w słowa tę niesłychanie żywą atmosferę. W każdym razie była to zarówno pewnego rodzaju atmosfera, jak i przygoda. I właśnie te dziwaczne wizje zbłądziły rzeczywiście pod każdą strzechę, podczas gdy królewskie rady i feudalne spory były czymś stosunkowo obcym. Ziemia Święta leżała znacznie bliżej domu prostego człowieka niż Westminster, a niepomiernie bliżej niż Runnymede8.
Samo tylko wyliczanie angielskich królów i parlamentów, jak to ma miejsce w wielu podręcznikach historii, bez jednego słowa o tym zdumiewającym przekształceniu życia codziennego pod wpływem religii, to głupota tak piramidalna, że brak dla niej nawet stosownego porównania. W słabym przybliżeniu można by ją oddać poprzez paralelę z bliższych nam czasów, gdybyśmy zamienili miejscami religię i sekularyzm. Wyobraźmy więc sobie, że jakiś klerykalny czy rojalistyczny pisarz ogłasza spis arcybiskupów Paryża z lat 1750–1850, zaznaczając skrupulatnie, że jeden z nich umarł na czarną ospę, inny ze starości, a jeszcze innemu, osobliwym przypadkiem, ucięto głowę — lecz całkowicie przemilczając naturę, i nawet nazwę, rewolucji francuskiej.
VII. Zagadnienie Plantagenetów
Czołowi badacze wszystkich gałęzi wiedzy biorą sobie za punkt honoru głosić, że pewne popularne teksty i autorytety są „późne”, a tym samym, jak się zdaje, bezwartościowe. Ich zdaniem dwa podobne zdarzenia są zawsze tym samym zdarzeniem, a na wiarę zasługują tylko zdarzenia późniejsze. Tego rodzaju fanatyzm myli się często, jeśli idzie o same fakty, ignoruje najpospolitsze zbiegi wypadków. Możliwe, że jakiś przyszły badacz oświadczy, iż opowieść o wieży Babel nie może być starsza od wieży Eiffla, ponieważ i na Wystawie Paryskiej panowało pomieszanie języków.
Większość zabytków średniowiecza, z którymi współczesny czytelnik jest oswojony, jest z konieczności „późna”, jak na przykład Chaucer9 czy ballady o Robin Hoodzie10, niemniej jednak poważny badacz musi je uznać za źródła godne uwagi, a nawet wiary. Za każdą epoką ciągnie się zazwyczaj to, co żyło w niej najbujniej. Czytanie historii od tyłu jest doskonałym zwyczajem. Współczesny człowiek zrobi znacznie mądrzej, czytając wieki średnie wstecz od zawalonego średniowieczyzną Szekspira, którego może pojąć własnym rozumem — niż próbując czytać dzieje w przód, poczynając od Caedmona11, o którym nic dziś nie wiemy i o którym nawet powagi naukowe, na które musimy się zdać, wiedzą bardzo mało. Co zaś jest prawdą w stosunku do Szekspira, jest oczywiście tym prawdziwsze w stosunku do Chaucera. Chcąc bowiem naprawdę wiedzieć, co było najsilniejsze w wieku dwunastym, nie zawadzi zapytać, co przetrwało do wieku czternastego? Jakież będzie pierwsze pytanie przeciętnego czytelnika zabieraj ącego się do czytania „Opowieści kanterburskich”, które są nadal równie zabawne jak Dickens, choć równie średniowieczne jak katedra w Durham. Dlaczego na przykład zwą się one „Opowieściami kanterburskimi” i co robili pielgrzymi na drodze do Canterbury? Oczywiście obchodzili oni popularne święto, podobne do nowoczesnego „holiday”, choć znacznie ucieszniejsze i pozbawione nerwowego pośpiechu. A może nie jesteśmy przygotowani, żeby przyjąć — jako oczywisty dowód postępu — faktu, że średniowieczne święta wywodzą się od świętych, a nasze święta dyktują bankierzy12.
7
Przed wejściem do londyńskiego dworca Charing Cross stoi wielki krzyż kamienny; stoi on w miejscu, w którym król Edward I postawił w 1290 r. krzyż dla uczczenia pamięci swej żony Eleonory. Słowo „Charing” wywodzi się od „chere reine” (przyp. tłum.).
8
Runnymede — łąka nad brzegiem Tamizy, na której w 1215 r. podpisana została Magna Charta, stanowiąca punkt wyjściowy całego systemu swobód obywatelskich Anglii (przyp. tłum.).
9
Geoffrey Chaucer (ur. 1340 — zm. 1400), największy średniowieczny poeta Anglii, autor słynnych „Opowieści kanterburskich” (przyp. tłum.).
10
Robin Hood, bohater angielskich ballad późnego średniowiecza. Dla ludu angielskiego owych czasów Robin Hood był bożyszczem, podobnie jak Artur dla klas wyższych. W legendzie ludowej żył Robin Hood jako idealny rozbójnik, który zabiera bogatym i rozdaje ubogim, wielbi Najświętszą Pannę, a nienawidzi mnichów, jest odważny, szczodry, rycerski dla kobiet, łucznik niezrównany, miłośnik natury, bohater tysiąca romantycznych zdarzeń (przyp. tłum.).
11
Najwcześniejszy z poetów chrześcijańskich Anglii (zmarł ok. 680 r.). Postać na pół legendarna (przyp. tłum.).
12
W Wielkiej Brytanii poza niedzielami istnieją tylko tzw. „święta bankowe” (Bank-holidays) — przyp. tłum.