Ludzie dzisiejsi zdążyli już zapomnieć, że człowiek święty jest po prostu człowiekiem bardzo dobrym. Pojęcie wybitności czysto moralnej, idącej często w parze z zupełną głupotą lub brakiem powodzenia życiowego, jest obrazem rewolucyjnym, który stał się niezrozumiały na skutek swej wielkiej zrozumiałości. Wymaga on, podobnie jak tyle innych spraw tego zamierzchłego okresu, jakiegoś niemal absurdalnego nowoczesnego porównania, jeśli chcemy oddać jego pierwotną świeżość oraz istotę. Wyobraźmy więc sobie, że wchodzimy np. do obcego miasta i natykamy się tam na kolumnę w rodzaju kolumny Nelsona. Pytamy o bohatera stojącego na jej szczycie i otrzymujemy zdumiewające wyjaśnienie, że słynął on z uprzejmości i wesołości w czasie chronicznego bólu zębów. Gdyby np. ulicami maszerował pochód z orkiestrą dętą i bohaterem na białym koniu, uczulibyśmy się ponownie zaskoczeni wyjaśnieniem, że człowiek ten okazał dużo cierpliwości wobec dziewiczej ciotki, pół-idiotki. A jednak tylko jakaś nieprawdopodobna pantomima mogłaby należycie oddać to, czym była owa innowacja chrześcijańskiej ideologii, jaką wnosił jakiś popularny i powszechnie uznany święty. W szczególności powinniśmy sobie uprzytomnić, że tego rodzaju chwała była równocześnie najwyższą i w pewnym sensie najniższą. Materiały użyte do jej wytworzenia były niemal takie same jak te, których używamy do pracy koło własnego domu: nie potrzebowała ona ani miecza, ani berła, wystarczały jej kostur lub łopata. Była ambicją ubóstwa. Wszystko to powinniśmy mieć dobrze przed oczyma, jeśli chcemy dostrzec ważkie skutki zdarzenia stanowiącego tło pielgrzymki do Canterbury.
Pierwszych parę wierszy poematu Chaucera, nie mówiąc już o tysiącach następnych, wyjaśnia nam z miejsca, że nie chodzi tu o igrzyska świeckie, związane resztkami rytuału z imieniem jakiegoś zapomnianego boga, jakby się to mogło zdarzyć w czasie zmierzchu pogaństwa. Chaucer i jego przyjaciele myśleli o św. Tomaszu częściej, niż urzędnik z Margate myśli dziś o św. Lubbocku. Stanowczo wierzyli oni w leczenie ciał za pośrednictwem św. Tomasza; wierzyli w to przynajmniej równie silnie jak najbardziej oświeceni i postępowi ludzie nowocześni wierzą w lekarzy-cudotwórców. Kimże był św. Tomasz, do którego przybytku zdążało całe to społeczeństwo?
I dlaczego uchodził za postać tak ważną? Gdyby był choć cień szczerości w twierdzeniu, że uczy się dziś w szkołach społecznej i demokratycznej strony dziejów, a nie tylko zwykłego następstwa królów i bitew — opowieści Chaucera powinny służyć jako klucz do tej postaci, która spierała się o Anglię z pierwszym Plantagenetem. Historia naprawdę popularna powinna by się rozwodzić nad popularnością tej postaci szerzej jeszcze niż nad jej polityką. Niewątpliwie bowiem tysiące parobków, cieśli, kucharzy i kmieci, z których składał się różnobarwny tłum Chaucera, wiedziało dużo o św. Tomaszu, a nie słyszało nigdy o Tomaszu à Becket13.
Nietrudno dać szczegółowy opis feudalnego zamieszania, które nastąpiło po podboju normańskim i trwało do chwili, kiedy książę andegaweński powtórzył jednoczące dzieło Wilhelma Zdobywcy. Równie łatwo pisać o łowach Czerwonego Króla czy o jego budowach, które przetrwały dłużej i które zapewne znacznie bardziej kochał. Łatwo ułożyć też spis zagadnień, które król dysputował ze św. Anzelmem — opuszczając pytanie obchodzące Anzelma najbardziej, które zadawał on z wybuchową prostotą ducha: „Dlaczego Bóg był człowiekiem?” Wszystko to jest równie proste jak powiedzenie, że jakiś król zmarł po zjedzeniu węgorza, z czego niewiele można się dziś nauczyć, tyle chyba, że gdy monarcha dziś umiera z obżarstwa, gazety rzadko o tym piszą. Jeśli chcemy jednak naprawdę wiedzieć, jakie były losy Anglii w tej mglistej epoce, dowiemy się tego mglisto, lecz prawdziwie, z historii św. Tomasza z Canterbury.
Henryk Andegaweński wniósł do monarchii świeżą krew francuską i odświeżył również ideę, której Francuzi zawsze hołdowali: ideę czegoś bezosobowego i wszechobecnego, tkwiącą w prawie rzymskim. Czytając zwykłą francuską opowieść detektywistyczną, śmiejemy się z tego, że Sprawiedliwość otwiera torebkę lub Sprawiedliwość ściga dorożkę. Henryk II robił rzeczywiście wrażenie całego oddziału policji, wcielonego w jedną osobę. Współczesny mu ksiądz porównał jego niezmordowaną czujność do ptaka i ryby z Pisma św., ptaka i ryby, których drogi nieznane są nikomu. Władza królewska była jednak wyrazem prawa, a nie kaprysu. Jej ideałem była sprawiedliwość tania i jasna jak słońce. Atmosfera ta przetrwała tylko w ludowych powiedzeniach o królewskiej angielszczyźnie czy królewskim gościńcu. Ideał ten zmierzał wprawdzie do równości, ale nie miał w sobie dążeń humanitarnych. W nowoczesnej Francji, podobnie jak w starożytnym Rzymie, drugim imieniem Sprawiedliwości bywał niekiedy Terror. Francuz jest zawsze rewolucjonistą — nigdy anarchistą. Królowie w rodzaju Henryka II, usiłowali budować na fundamencie takim, jak prawo rzymskie, jednakże ich wysiłki były krzyżowane i komplikowane przez niezliczone feudalne fantazje i uczucia, miotające zarówno nimi samymi, jak i ich podwładnymi. Wpływ na te wysiłki miała również pewna okoliczność stanowiąca kamień węgielny całej ówczesnej cywilizacji. Oto odbudowa ta musiała się odbywać nie tylko przy udziale Kościoła, ale i w jego ramach. Kościół był bowiem dla tych ludzi światem, w którym żyli, a nie tylko budynkiem, do którego chodzili. Bez Kościoła średniowiecze byłoby bez prawa, tak jak bez Kościoła reformacja byłaby bez Biblii. Wielu księży wykładało i upiększało prawo rzymskie i wielu z nich popierało Henryka II. A jednak w Kościele tkwił jeszcze inny element, złożony w jego fundamentach jak dynamit i przeznaczony do tego, by w każdej epoce niszczyć lub odnawiać świat. Był to idealizm, brat niemożliwości, prąd, co przebiegał przez wieki równolegle do wszystkich kompromisów politycznych. Sam system zakonny był rozsadnikiem niezliczonych Utopii, bezpotomnych, a jednak odwiecznych. Krył on w sobie — co zaświadczały wielokrotnie czasy po epokach zepsucia — dziwną tajemnicę: pomagał ubożeć szybko. Nędzarze w habitach wyrastali wspaniale jak grzyby po deszczu. Ten wiatr rewolucyjny porwał w epoce krzyżowej Franciszka z Asyżu i odarł go na ulicy z jego bogatych szat. Ten sam wiatr rewolucji uderzył nagle w Tomasza Becketa, świetnego i lubiącego przepych kanclerza króla Henryka II i poniósł go do nieziemskiej chwały i krwawego końca.
Becket był typowym przedstawicielem tego okresu dziejów, w których najpraktyczniej było być niepraktycznym. Spór, który poróżnił go z jego królewskim przyjacielem, miał charakter zasadniczo odmienny od tych prawniczych i konstytucyjnych debat, które odegrały tak wielką rolę w nowej historii w związku z nieszczęsnymi wypadkami siedemnastego wieku. Skazanie św. Tomasza za złamanie prawa i klerykalne intrygi, ponieważ prawo Kościoła przeciwstawił prawu państwa — byłoby mniej więcej równie właściwe, jak skazanie św. Franciszka za złą znajomość heraldyki, ponieważ oświadczył, że jest bratem słońca i księżyca. Może nawet w owych czasach, znacznie logiczniejszych od naszych, niektórzy heraldycy byli na tyle głupi, by go za to potępić — nie jest to jednak zadowalający sposób rozprawiania się z wizjami czy rewolucjami. Św. Tomasz z Canterbury był wielkim wizjonerem i wielkim rewolucjonistą, jeśli jednak idzie o Anglię, jego rewolucja nie udała się i jego wizja się nie spełniła. Z podręczników historii dowiadujemy się tylko tyle, że kłócił się on z królem o pewne przepisy prawne, z których najdrażliwszy tyczył pytania, czy duchowni, którzy popełnili ptrzestępstwo, powinni być karani przez państwo czy przez Kościół. Był to bodajże najważniejszy przedmiot tego sporu, chcąc go jednak zrozumieć, musimy jeszcze raz przypomnieć rzecz najtrudniejszą do zrozumienia dla współczesnego Anglika — tzn. przypomnieć charakter Kościoła katolickiego z tej epoki, kiedy sam o sobie stanowił, oraz przypomnieć jego nieprzemijające znaczenie rewolucyjne.
13
Sw. Tomasz Becket, arcybiskup Canterbury, zamordowany został w 1170 r. w swej katedrze przez czterech rycerzy z rozkazu króla Henryka II. Przed powołaniem na stolicę arcybiskupią był on kanclerzem tegoż króla (przyp. tłum.).