Выбрать главу

Podstawowe fakty umykają z reguły uwadze, podstawowym zaś faktem w odniesieniu do Kościoła było to, że stworzył on aparat do przebaczania tam, gdzie państwo pracowało tylko przy pomocy aparatu do karania. Kościół uważał się za Boskiego detektywa, pomagającego zbrodniarzowi w ucieczce, bo przyznał się do winy. W samej więc naturze tej instytucji leżało to, że skoro rzeczywiście karała materialnie, to karała lżej. Gdyby jakiemukolwiek współczesnemu człowiekowi kazano przenieść się z powrotem w czasy sporu króla z Tomaszem Becketem, rozpołowiłyby się na pewno jego uczucia. O ile bowiem projekty króla były bardziej racjonalne, to projekty arcybiskupa były bardziej ludzkie. I mimo okropności, które długo jeszcze potem rzucały swój cień na spory religijne, taki był właśnie — ogólnie rzecz biorąc — historyczny charakter rządów Kościoła. Oto przykład: przyjmuje się, że wyrzucanie czy brutalne traktowanie dzierżawców było w praktyce nieznane wszędzie tam, gdzie właścicielem był Kościół. Zasada ta przetrwała do gorszych czasów w tej postaci, że władze kościelne przekazywały władzy świeckiej winowajców dla wykonania wyroków śmierci, nawet za przestępstwa o charakterze religijnym. We współczesnych powieściach traktuje się to zjawisko jako zwykłą hipokryzję, a przecież człowiek traktujący jako hipokryzję każdy brak konsekwencji u innych ludzi, sam jest hipokrytą w kwestii braku konsekwencji u siebie.

Nasz świat nie pojmie więc św. Tomasza ani też św. Franciszka, jeśli nie zdobędzie się na bardzo proste rozumienie płomiennego miłosierdzia, z którym wielki arcybiskup ujmował się za ofiarami tego świata, w którym koło fortuny miażdży ubogich. Możliwe, że św. Tomasz był zbyt wielkim idealistą, gdyż pragnął zachować Kościół jako coś w rodzaju ziemskiego raju. Reguły tego raju mogły być dlań równie ojcowskie jak reguły nieba, królowi natomiast mogły się one wydawać równie kapryśne jak reguły z kraju baśni. Jeśli jednak ksiądz był zbyt idealistyczny, to król był zaiste zbyt praktyczny. Z pełną słusznością możemy powiedzieć, że był on zbyt praktyczny na to, by mogło mu się powieść w praktyce. Pojawia się tu znowu i przewija potem przez całe dzieje Anglii ta trudna do opisania prawda, o której wspomniałem mówiąc o Wilhelmie Zdobywcy — że nie był on może dostatecznie bezosobowy na prawdziwego despotę. Prawdziwy morał z naszych średniowiecznych dziejów stoi, moim zdaniem, w subtelnej sprzeczności z Carlyleowską14 wizją jakiegoś burzliwego, mocnego męża, wykuwającego państwo kowalskim młotem. Nasi mocni mężowie byli zbyt mocni dla nas i zbyt mocni dla siebie samych. Byli oni zbyt mocni, by osiągnąć własny cel, tzn. sprawiedliwą i demokratyczną monarchię. Kowal złamał na kowadle miecz państwa, który kuł dla samego siebie. Bez względu na to, czy to porównanie posłuży nam, czy nie posłuży jako klucz do bardzo skomplikowanej historii naszych królów i możnowładców, wytłumaczy nam w każdym razie postawę Henryka II względem swego rywala. Henryk II złamał prawo z czystej miłości do prawa. I on bronił, choć w zimniejszy i bardziej pośredni sposób, ludu przeciw feudalnemu uciskowi, toteż gdyby mu się udało utrzymać czystość polityki — przywileje i kapitalizm późniejszych czasów stałyby się niemożliwe. Cechował go jakiś fizyczny niepokój, który wyrażał się w kopaniu i rozbijaniu mebli. I właśnie ten niespokojny duch nie pozwolił ani jemu, ani jego spadkobiercom siedzieć na tronie tak spokojnie, jak siedzieli spadkobiercy św. Ludwika. Henryk bił raz po raz w twardą nieuchwytność księżej utopii jak człowiek walczący z duchami. Na metafizyczne wyzwania odpowiadał podłymi prześladowaniami materialnymi. W końcu zaś — w ciemny i, moim zdaniem, rozstrzygający dzień dziejów Anglii — jego usta wypowiedziały słowa, które posłały czterech feudalnych morderców do klasztoru w Canterbury. Poszli tam zniszczyć zdrajcę i stworzyć świętego.

Przy grobie zmarłego wybuchło coś, co można określić tylko jako epidemię uleczeń. Na opowiadane w związku z tym cuda istnieją takie same dowody jak na połowę faktów historycznych; a każdy, kto chce im przeczyć, musi oprzeć się na jakimś dogmacie. Nastąpiło jednak rychło coś, co nowoczesnej cywilizacji wydałoby się jeszcze bardziej monstrualne od cudu. Jeśli czytelnik potrafi sobie np. wyobrazić p. Cecila Rhodesa15 pozwalającego się okładać batem przez Boera w katedrze św. Pawła w celu zmazania winy jakiejś niemożliwej do usprawiedliwienia śmierci, związanej z zagonem Jamesona16, będzie miał słabe tylko wyobrażenie o tym, co znaczyła chłosta, którą z rąk zakonników otrzymał Henryk II przy grobie swego wasala i wroga. Przytoczone przed chwilą nowoczesne porównanie jest śmieszne, prawdą jest jednak, że średniowieczne zdarzenia odznaczają się gwałtownością, która dzisiejszym konwencjonalnym obyczajom wydaje się śmieszna. Katolikami owych czasów powodowały dwie główne myśli: niezmierna waga pokuty jako ekspiacji za grzech oraz niezmierna waga jaskrawych, publicznych aktów pokuty. Dla tych ludzi dopiero skrajne upokorzenie po skrajnej pysze przywracało równowagę ducha. Warto położyć na to nacisk, bowiem bez zrozumienia tego faktu współczesny człowiek nie pojmie nic z tego okresu. Green np. twierdzi z całą powagą o Fulku Andegaweńskim, przodku Henryka, że jego tyranie i oszustwa stały się jeszcze czarniejsze na skutek „niskiego przesądu”, który kazał mu dać się wlec na sznurze dokoła świątyni, biczować i krzyczeć do Boga o zmiłowanie. Ludzie średniowiecza powiedzieliby po prostu, że taki człowiek mógł słusznie krzyczeć o zmiłowanie, gdyż krzyk jego był jedynym logicznym wyjaśnieniem, które mógł dać w owej chwili. Nie potrafiliby oni jednak pojąć, dlaczego ten jego krzyk należałoby dodać do jego grzechów, a nie odjąć. Uważaliby po prostu za pomylonego takiego człowieka, który żywiłby do kogoś tę samą odrazę za to, że jest przeraźliwie grzeszny, jak i za to, że ma przeraźliwy żal.

Zastrzegając się co do mojej nieznajomości rzeczy, myślę jednak, że andegaweński ideał sprawiedliwości królewskiej stracił więcej przez śmierć św. Tomasza, niż się to w pierwszej chwili stało widoczne w przerażeniu całego chrześcijaństwa, kanonizacji ofiary i publicznej pokucie tyrana. Te rzeczy były w pewnym sensie przemijające. Król odzyskał rychło prawo sądzenia kleryków i wielu późniejszych królów i sędziów kontynuowało plan monarchiczny. Pozwalam sobie jednak wyrazić tu przypuszczenie, jako możliwy klucz do zrozumienia późniejszych zastanawiających wydarzeń, że na skutek tego morderczego ciosu korona utraciła to, co powinno było stanowić milczące i masowe podtrzymanie całej jej polityki. Chcę powiedzieć, że straciła lud.

Nie trzeba chyba powtarzać, że usprawiedliwieniem despotyzmu jest demokracja. Okrutny względem mocnych, despota jest z reguły łagodny względem słabych. Historycznej roli autokraty nie można sądzić na podstawie jego stosunków z innymi postaciami historycznymi. Jego prawdziwy poklask nie pochodzi od tych paru aktorów na oświetlonej scenie arystokracji, ale od tej nieprzeliczonej widowni, która przez cały ciąg dramatu siedzi w ciemnościach. Król wspomagający rzesze ludzi, wspomaga ludzi bezimiennych, toteż w chwilach, gdy najhojniej szafuje swą pomocą, jest on chrześcijaninem, czyniącym dobrze po kryjomu. Tego typu monarchia stanowiła ideał średniowieczny, który nie musiał koniecznie zawieść w praktyce. Królowie francuscy nie byli nigdy miłosierniejsi dla ludu niż wtedy, kiedy byli nielitościwi dla możnowładców. Jest też zapewne prawdą, że car będący srogim władcą dla swego otoczenia, dla niezliczonych chat był batiuszką. Jest niezmiernie prawdopodobne, że taka centralna władza, choć byłaby może w końcu zasłużyła na zniszczenie i w Anglii, podobnie jak się to stało we Francji, byłaby i tu, i tam uniemożliwiła garstce ludzi uchwycenie i trzymanie całego bogactwa i władzy po dzień dzisiejszy. W Anglii centralna władza załamała się jednak, a to na skutek czegoś, czego czołowy przykład stanowiło zabójstwo św. Tomasza: czegoś bolesnego i przerażającego, i przeciwnego instynktom ludu. Jakie zaś znaczenie miało w wiekach średnich to coś bardzo potężnego i raczej osobliwego, co zwiemy ludem, opowiem w następnym rozdziale.

вернуться

14

T. Carlyle (1795–1881), brytyjski eseista, historyk i filozof (przyp. tłum.).

вернуться

15

Cecil Rhodes (1853–1902), twórca imperium brytyj skiego w Płd. Afryce. Od jego imienia wzięła nazwę Rodezja (przyp. tłum.).

вернуться

16

L. S. Jameson, pionier kolonialny i jeden z przywódców politycznych i premierów Płd. Afryki (1853–1917). Bliski współpracownik Cecila Rhodesa. Znany z zagonu, dokonanego w r. 1895 w Transwalu na czele 600 ludzi, za który ukarany został rocznym więzieniem (przyp. tłum.).