To, co zwiemy obecnie dworami, to były pierwotnie villae pogańskich panów, zaludnione niewolnikami. Możemy na różny sposób tłumaczyć sobie ten rozwój wypadków, w każdym razie doszło do tego, że pan przestał rościć sobie pretensje do całości zysku z gospodarstwa, w którym pracowali niewolnicy. W ten sposób roszczenia jego zredukowały się do części zysku z tego gospodarstwa, aż wreszcie skurczyły się do pewnych tylko należności czy też zwyczajowych opłat, po których zapłaceniu niewolnik mógł nie tylko uprawiać ziemię, ale ciągnąć z niej zyski do własnej kieszeni. Należy pamiętać, że panami dużych obszarów, i to szczególnie ważnych obszarów, byli opaci, tzn. urzędnicy wybrani przez mistyczne komuny, sami często pochodzący z chłopów. Pod ich pieczą ludzie otrzymywali nie tylko niezłą miarę sprawiedliwości, ale i niezłą miarę wolności, która broniła ich przed swawolą panów. Dwa szczegóły tej ewolucji są bardzo istotne. Po pierwsze, jak już zaznaczyliśmy w innym miejscu, niewolnik pozostał długo w pośrednim stanie chłopa pańszczyźnianego. Znaczyło to, że ziemia miała wprawdzie prawo do usług tego człowieka, ale i on był również uprawniony do utrzymywania się z tej ziemi. Nie można go było usunąć, nie można mu nawet było — dzisiejszą modą — podnieść czynszu dzierżawnego. Zaczęło się od tego, że niewolnik stanowił jeszcze czyjąś własność, lecz nie można go już było przynajmniej wywłaszczyć. Skończyło się zaś na tym, że stał się on faktycznie małym właścicielem ziemskim, po prostu dlatego, że nie należał on już do pana, a jedynie do ziemi. Nie zaryzykujemy wiele, twierdząc, że w tym wypadku (na skutek jednego z paradoksów tego niezwykłego okresu) sama sztywność ustroju pańszczyźnianego służyła sprawie wolności. Nowy chłop odziedziczył coś z ustabilizowanego stanowiska, jakie zajmował niewolnik. Nie przychodził on na świat w atmosferze rozpasanego współzawodnictwa, w której każdy starał się wydrzeć mu jego wolność. Znalazł się wśród sąsiadów, którzy uważali jego obecność za rzecz normalną, a jego granice za granice naturalne, za granice, wśród których wszechwładne obyczaje dusiły w zarodku wszelkie próby współzawodnic Swa. Za sprawą jakiegoś chwytu czy nagłego zwrotu, których nawet najgenialniejszy łgarz nie odważyłby się wprowadzić do swej baśni, ten więzień stał się naczelnikiem własnego więzienia. Przez krótki okres bliskie prawdy było powiedzenie, że dom Anglika był jego zamkiem, ponieważ zbudowany był dostatecznie mocno, by mógł służyć za więzienie.
Drugi znamienny motyw polegał na tym, że gdy wytwory ziemi zaczęto zwyczajowo dzielić, dając panu już tylko ich część, resztę zaczęto dzieSić stosownie do dwu typów własności. Jeden dotyczył chłopów pańszczyźnianych indywidualnie, w prywatnych gospodarstwach, z drugiego korzystali wspólnie, i to na ogół wspólnie z panem. W ten sposób powstała bardzo ważna średniowieczna instytucja ziemi gromadzkiej — obok ziemi prywatnej. Była to alternatywa, a zarazem klapa bezpieczeństwa. Nikt z ludzi średniowiecza, poza zakonnikami, nie był komunistą, wszyscy byli jednak w pewnej mierze potencjalnymi komunistami. Jest typowe dla ponurego i wypranego z cech ludzkich obrazu tej epoki, że nasze powieści opisują stale, jak to wykolejony człowiek chroni się do lasów i do jaskiń, w których gnieżdżą się ludzie wyjęci spod prawa. Nigdy nie słyszymy jednak, by człowiek ten chronił się na ziemię gromadzką, co zdarzało się znacznie częściej.
Średniowiecze wierzyło w naprawienie wykolejonych ludzi. Idea ta znalazła swój wyraz zarówno w gromadzkim życiu zakonnym, jak i w gromadzkim życiu chłopów na gromadzkiej ziemi. Był to ich wielki zielony szpital, ich wolny i przewiewny dom roboczy. Ziemia gromadzka, zwana „Common”, nie była tym, czym są krzaki czy nieużytki na skrajach przedmieść, zwane dziś „Common”. Był to zapas bogactwa, podobny do zapasu ziarna w stodole. Rozmyślnie trzymano tę ziemię w zapasie, tak jak się trzyma w banku zapas gotówki. Otóż te instytucje, zmierzające do zdrowego rozdziału własności, same w sobie dowodzą każdemu człowiekowi obdarzonemu wyobraźnią, że uczyniono rzeczywisty wysiłek moralny w kierunku sprawiedliwości społecznej i że nie był to tylko ewolucyjny przypadek, który powoli obracał niewolnika w pańszczyźnianego chłopa, a tego ostatniego w chłopa uwłaszczonego. Gdyby ktoś jednak jeszcze uważał, że to ślepy traf, a nie poszukiwanie światla, jakoś tak doprowadził do powstania stanu chłopskiego w miejsce majątków obrabianych przez niewolników, niech się zainteresuje tym, co się działo równocześnie we wszystkich innych zawodach. Przestanie wówczas wątpić, zobaczy bowiem ludzi tego samego średniowiecza przy pracy nad ustrojem społecznym, równie jasno zmierzającym do miłosierdzia i równości. Ustrój taki nie mógł powstać przypadkiem, tak jak trzęsienie ziemi nie mogło zbudować żadnej z katedr średniowiecznych.
Większość rodzajów pracy, poza podstawową pracą na roli, była wówczas pod strażą czujnych na punkcie równości cechów. Trudno znaleźć jakieś określenie dla odległości między tym systemem a społeczeństwem współczesnym. Możemy uzyskać tylko pewne przybliżenie, opierając się na słabo dziś widocznych śladach, które ten system po sobie zostawił. Nasze życie codziennie zasłane jest odpadkami średniowiecza, a w szczególności martwymi słowami, które zatraciły swe dawne znaczenie. Wymieniłem już jeden taki przykład. Na pewno nie nasuwa nam się obraz powrotu do chrześcij ańskiego humanizmu, ilekroć wspominamy Plac Gromadzki (Common) na przedmieściu Wimbledon. Wyraża się to nawet w takich drobiazgach, jak tytuły, które piszemy na listach i kartkach. Zagadkowy i okaleczony skrót „Esq.” stanowi patetyczną pozostałość po odległej ewolucji od rycerstwa do snobizmu. Trudno o dwa pojęcia historyczne odleglejsze od siebie niż giermek (esquire) i ziemianin (squire). Pierwszy był stanowiskiem niepewnym i próbnym — poczwarką rycerską, drugi oznacza bezpieczną pozycję posiadaczy i władców wiejskiej Anglii na przestrzeni ostatnich wieków. Nasi giermkowie nie uzyskiwali żadnych posiadłości, póki nie poświęcili osobistych zachcianek dla zdobycia swych ostróg. Giermek (esquire) nie jest więc synonimem ziemianina (squire), a „esq.”, jako nagłówek w liście, nie znaczy w ogóle nic. Pozostał jednak na naszych listach ten mały wężyk, pisany piórem na papierze, hieroglif niemożliwy do odcyfrowania, pogmatwany przez osobliwe koleje naszych dziejów, które przemieniły wojskową dyscyplinę w pacyfistyczną oligarchię, a tę ostatnią w końcu w zwykłą plutokrację. Na podobne zagadki historyczne można również natrafić w formach tytułowania się w towarzystwie. Jest coś dziwnie pożałowania godnego we współczesnym słowie „Mister”. Nawet w samym jego brzmieniu przebija niezdarna słabość, znamionująca zwyrodnienie mocnego słowa, od którego „Mister” pochodzi. Znaczenie tego dźwięku nie jest jednak nieścisłe. Przypominam sobie niemiecką opowieść o Samsonie, w której nosił on niepozorne miano Simsona, ukazujące Samsona w postaci skarlałej. Jest coś z tego samego smętnego diminuendo w przejściu słowa „Master” w słowo „Mister”.
Wielce istotne znaczenie słowa „Master” polega na następującej okoliczności: cech był, mówiąc bardzo ogólnie, związkiem zawodowym, w którym każdy człowiek był swoim własnym pracodawcą. Znaczy to, że żaden człowiek nie mógł pracować w żadnym zawodzie, o ile nie przystąpił do związku i nie przyjął praw tego zawodu, pracował jednak we własnym warsztacie, własnymi narzędziami i cały zysk szedł do jego kieszeni. Słowo „pracodawca” wykazuje jednak nowoczesne braki, czyniące nowoczesny sposób używania słowa „master” (mistrz) zupełnie niewłaściwym. „Mistrz” znaczyło coś zupełnie innego i większego niż „boss”. Znaczyło to mistrza w pracy, podczas gdy dziś oznacza tylko zwierzchnika pracowników. Jest zasadniczą cechą kapitalizmu, że właściciel okrętu nie potrzebuje znać się na okręcie. Właściciel ziemski może nie widzieć nigdy wiejskiego krajobrazu, właściciel kopalni złota może nie interesować się niczym poza zbieraniem stylowych naczyń cynowych, a właściciel linii kolejowej może podróżować wyłącznie balonami. Czasem będzie on miał większe powodzenie jako kapitalista, jeśli z własnego przedsiębiorstwa zrobi swoje „hobby”; często uzyska większe powodzenie jako kapitalista, jeśli będzie miał wystarczająco wiele rozumu, by zdać się na swego dyrektora. Z punktu widzenia ekonomii włada on jednak przedsiębiorstwem, ponieważ jest kapitalistą, a nie ponieważ ma jakieś „hobby”, czy jakiś rozum. Najwyższym stopniem w systemie cechowym był „mistrz”, co oznaczało mistrzostwo w danym zawodzie. By się posłużyć terminem ukutym przez uczelnie tego samego okresu, wszyscy średniowieczni szefowie przedsiębiorstw byli „Masters of Arts”22. Niższymi stopniami byli czeladnik i uczeń. Analogicznie jednak do odpowiednich stopni uniwersyteckich — były to stopnie, przez które każdy zwykły człowiek musiał przejść. Nie były to klasy społeczne, były to stopnie, a nie kasty. Tym się tłumaczy zjawisko stale się powtarzającego romansu ucznia, który żeni się z córką mistrza. Mistrza nie dziwiła taka rzecz, podobnie jak „Master ot Arts” nie zawrzałby arystokratycznym oburzeniem, gdyby jego córka wyszła za „Bachelor of Arts”23.
22
Stopień naukowy nadawany do dziś na uniwersytetach angielskich, pośredni między naszym magisterium a doktoratem (przyp. tłum.).