Выбрать главу

Skoro do tego pobieżnego szkicu, obrazującego obcy nam obecnie, a nawet zupełnie fantastyczny stan rzeczy, dorzucimy jeszcze dwa rysy, stanie się on na tyle pełny, na ile nas tutaj stać. Oba te rysy odnoszą się do związków między życiem ludowym a polityką, z których składa się zazwyczaj całość dziejów. Pierwszym, a dla naszych czasów najwidoczniejszym z tych ogniw, jest przywilej. Uciekając się jeszcze raz do porównania ze związkami zawodowymi, najbardziej zrozumiałego dla dzisiejszego czytelnika, możemy powiedzieć, że przywileje cechowe odpowiadały z grubsza temu „uznaniu”, o które bezskutecznie rozbijali się kolejarze i inne związki zawodowe jeszcze parę dziesiątków lat temu. Dzięki przywilejom cech czerpał uprawnienia od króla czy też rządu centralnego lub państwowego, a to miało wielką wagę moralną dla ludzi średniowiecza, którzy wolność uważali zawsze za stan pozytywny, a nie za negatywną ucieczkę od skrępowania. Nie mieli oni w sobie nic z nowocze inego romantyzmu, upodabniającego wolność do samotności. Ich pogląd wyrażał się w zdaniu o dawaniu komuś „wolności” jakiegoś miasta24: nie pragnęli oni dawać wolności jakiegoś pustkowia. Jeśli stwierdzimy ponadto, że cechy zyskały również uznanie Kościoła — powiemy za mało, gdyż religia przewijała się, jak bogata nić, poprzez szorstki kobierzec tych ludowych spraw wówczas, gdy były one ciągle jeszcze tylko ludowe. Niejedno stowarzyszenie zawodowe miało świętego patrona na długo przed otrzymaniem pieczęci królewskiej.

Drugą istotną okolicznością jest fakt, że właśnie z tych istniejących już gmin wybrano pierwszych posłów do największego i ostatniego może z wielkich doświadczeń średniowiecza: do parlamentu.

Czytaliśmy wszyscy w szkole, jak to Szymon de Montfort i Edward I, gdy po raz pierwszy powołali gminy do rady nad miejscowym opodatkowaniem, wezwali z każdego miasta „po dwu mieszczan”. Gdybyśmy się byli wczytali lepiej w historię, te proste słowa mogłyby nam zdradzić całą tajemnicę utraconej cywilizacji średniowiecza. Wystarczyło zapytać, czym byli mieszczanie i czy rośli oni może na drzewach? Odkrylibyśmy wtedy łatwo, że średniowieczna Anglia pełna była małych parlamentów, z których sporządzono jeden duży parlament. Gdyby zaś ktoś wyraził zdziwienie, dlaczego ta duża rada (ciągle jeszcze nosząca dziwną, staroświecką nazwę Izby Gmin), jest jedyną spośród ludowych czy wybieranych korporacji, o której słyszy się tyle w naszych podręcznikach historii, otrzyma odpowiedź prostą i nieco smutną. Otóż parlament był jedynym z tworów średniowiecza, który w końcu zgodził się zdradzić i zniszczyć inne twory.

IX. Wojny z Francją kształtują naród

Co mamy na myśli mówiąc, że świat chrześcijański stanowił i stanowi jedność kulturalną czy cywilizacyjną? Na to pytanie istnieje prymitywna, ale prosta odpowiedź, polegająca na zbadaniu, który z wielu sposobów użycia słowa „chrześcijański” jest najpowszechniej używany. Jeden z tych sposobów jest oczywiście najwyższy, słowa tego używa się dziś jednak i na wiele innych sposobów. Czasem słowo „chrześcijanin” oznacza ewangelika. Czasem, i to dopiero w ostatnich czasach, chrześcijanin oznacza kwakra. Czasem chrześcijanin oznacza jakąś skromną osobę, wierzącą, że jest podobna do Chrystusa. Długo jednak, w przypadkowych rozmowach, toczonych przez szarych ludzi, miało to słowo jedno tylko znaczenie i oznaczało pewną kulturę czy cywilizację. Ben Gunn na Wyipie Skarbów nie powiedział do Jima Hawkinsa: „Czuję się oderwany od pewnego typu cywilizacji”, ale powiedział: „Stęskniłem się za chrześcijańskim jadłem”. Stare baby wiejskie patrząc na panią o krótkich włosach, ubraną w spodnie, nie powiedzą na pewno: „Dostrzegamy rozbieżność między jej kulturą a naszą”, lecz powiedzą: „Dlaczego nie ubierze się ona po chrześcijańsku?” To, że ten sposób wyrażania się przeniknął w najprostsze, a nawet najgłupsze codzienne rozmowy, dowodzi tylko tego, że świat chrześcijański był niezwykle rzeczywisty. Był on jednak, jak widzieliśmy, również zdecydowanie „zlokalizowany”, szczególnie w wiekach średnich. Ten zaś żywy lokalizm, budzony przez chrześ cijańską wiarę i uczucia, doprowadził do nadmiernej parafiańszczyzny Przybytki tego samego świętego współzawodniczyły ze sobą. Między dwoma posągami tego samego bóstwa odbywało się coś w rodzaju pojedynków. Na skutek rozwoju wypadków, który będzie przedmiotem naszego następnego rozdziału, ludy europejskie zaczęły się sobie stawać rzeczywiście obce. Ludzie zaczęli uważać, że cudzoziemcy nie jedzą czy nie piją jak chrześcijanie, a nawet, gdy nastąpiła schizma, zaczęli wątpić, czy cudzoziemcy są w ogóle chrześcijanami.

Chodziło tu oczywiście o rzeczy znacznie ważniejsze. Podczas gdy wewnętrzny układ średniowiecza był parafialny i w dużej mierze ludowy, w sprawach większych, a szczególnie w sprawach takich jak pokój czy wojna, większość (choć bynajmniej nie całość) spraw średniowiecza miała charakter monarchiczny. Chcąc zobaczyć, jakiego znaczenia nabrali wówczas królowie, musimy rzucić okiem wstecz na to wielkie tło, utkane jakby z ciemności i świtu, na którym rysują nam się pierwsze postacie naszych dziejów. Tym tłem były wojny z barbarzyńcami. Póki one trwały, świat chrześcijański był nie tylko jednym narodem, ale jakby jednym miastem — i to miastem oblężonym. Wessex był tylko jednym jego murem, a Paryż jedną basztą. W tym samym języku i duchu Beda pisał kronikę oblężenia Paryża i Abbo śpiewał pieśń o Alfredzie. Potem przyszła kolej na podboje i nawracanie: cały koniec ciemnych wieków oraz brzask średniowiecza pełne były niesienia Ewangelii między barbarzyńców. Paradoks wypraw krzyżowych polegał na tym, że choć Saraceni po wierzchu byli bardziej ogładzeni od chrześcijan, zdrowy instynkt kazał ich uważać za burzycieli z ducha. Sprawa z północnymi poganami była prostsza i cywilizacja szerzyła się tam w sposób prostszy. Dopiero jednak pod sam koniec wieków średnich, na krótko przed reformacją, lud Prus, dzikiego kraju, leżącego poza Niemcami, doczekał się wreszcie chrztu. Ktoś, dla kogo nie ma nic świętego, mógłby pozwolić sobie tu na trywialne porównanie chrztu ze szczepieniem ospy i wyrazić przypuszczenie, że dla takich czy innych powodów szczepienie Prusów „nie przyjęło się” nawet wówczas.

Groźbę ze strony barbarzyńców usuwano więc krok za krokiem. Islamu nie potrafiono wprawdzie złamać, ale skutecznie go poskromiono. Wyprawy krzyżowe stały się beznadziejne, lecz stały się i niepotrzebne. Skoro zagrożenie chrześcijaństwa minęło, władcy Europy, którzy połączyli się dla stawienia mu czoła, stanęli oko w oko naprzeciw siebie. Mieli teraz więcej wolnego czasu dla stwierdzenia, że ich własne zapędy władcze wchodzą ze sobą w konflikt. Byłoby to jednak łatwe do przezwyciężenia albo wywołałoby niewielkie tylko zamieszanie, gdyby prawdziwie samorodna twórczość wyrażająca się w życiu lokalnym nie prowadziła ze swej strony do rzeczywistej różnorodności. Nic o tym prawie nie wiedząc, królowie nabrali charakteru przedstawicieli wła i nych społeczeństw. Niejeden z nich, upierając się jeszcze przy drzewie genealogicznym czy tytule prawnym, przemawiał już w imieniu lasów i pieśni całej okolicy. Szczególnie w Anglii ta przemiana znalazła typowy wyraz w przypadku, który wyniósł na tron jednego z najszlachetniejszych ludzi wieków średnich.

вернуться

24

„Freedom of City” równa się naszemu „obywatelstwu honorowemu” (przyp. tłum.).