Miasto na zewnątrz również było pogrążone w ciemnościach. Budynki sprawiały wrażenie nagrobków na gigantycznym cmentarzu. Wilgotność powietrza była tak wysoka, że z trudem oddychałem, a z końca nosa kapał mi pot. Po raz pierwszy od chwili wybuchu tej wampirzej epidemii zaczęło mnie ogarniać przeczucie, że – prędzej czy później – wszyscy zginiemy.
Poszedłem na palcach do pokoju Franka. Leżał na plecach i wpatrywał się w sufit. Poświeciłem mu w twarz latarką.
– Frank? Jesteś jeszcze z nami?
Nie odpowiedział i nie poruszył się. Podszedłem bliżej i stwierdziłem, że nie żyje. Nie patrzył w sufit – patrzył w nieskończoność.
– Bezpiecznej podróży, Frank – powiedziałem. – Mam nadzieję, iż Bóg ci wybaczy, że bawiłeś się w Niego. To lepsze od bawienia się w diabła.
– Słodkie słowa – odezwał się za moimi plecami kobiecy głos.
Serce skoczyło mi w piersi tak gwałtownie, że miałem wrażenie, jakby uderzyło mnie w podbródek, i wypuściłem latarkę z ręki.
– Jenica! Przestraszyłaś mnie na śmierć!
Natychmiast jednak uświadomiłem sobie, że to nie Jenica. Głos brzmiał inaczej, Jenica nie była ubrana na biało i miała ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Złapałem latarkę i poświeciłem kobiecie prosto w twarz.
Nawet nie spróbowała zasłonić oczu. Była drobnokoścista, bardzo blada, a jej ciemne włosy były potargane i poplątane. Miała na sobie prostą białą sukienkę, bardzo podobną do całunu.
Z przodu materiał był pokryty brązowymi i żółtymi plamami poprzyczepiały się do niego rzepy i osty – jakby przeciskała się przez jakieś krzaki.
– Co pani tu robi? – wybełkotałem. – Jak się pani tu dostała?
– Proszę się nie bać – odpowiedziała i uśmiechnęła się. -. Przyszłam po Franka, to wszystko.
– Po kogo? Frank nie żyje.
– Nie, nie… po prostu przeszedł na drugą stronę.
– Niech pani posłucha: nie wiem, kim pani jest, ale musi pani stąd natychmiast wyjść.
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że Frank o mnie nie wspomniał? Jestem Susan Fireman. Byliśmy z Frankiem zaprzyjaźnieni.
Obszedłem ostrożnie łóżko, cały czas świecąc kobiecie latarką w oczy. Susan Fireman… cholera! Nawet nie zamrugała.
– Jenica! – krzyknąłem.
– O co chodzi? – spytała Susan Fireman. -Nie powinieneś się bać. Nic złego ci nie zrobię.
– Tak jak nie zrobiła pani nic złego Frankowi?
– Frank był uparty. Gdyby nie był tak bardzo nieposłuszny, wcale by nie cierpiał.
– Jenica!
Susan Fireman dotknęła opuszkiem palca warg i w ułamku sekundy – BLINK – przeniosła się spod drzwi i stanęła przede mną. Nie zauważyłem, żeby się poruszyła.
– Nie ma sensu wzywać pomocy – oświadczyła. – Jest nas zbyt wiele i z każdą chwilą robi się coraz więcej.
– Co pani zamierza, panno Fireman? Wypić moją krew?
– Oczywiście, że nie! – Zamilkła na chwilę, po czym dodała niemal uwodzicielsko: – Chyba że chcesz…
– Jenica! Potrzebuję cię tu natychmiast! Jenica!
Susan Fireman odwróciła się i znów – BLINK – stała po drugiej stronie łóżka, pochylała się nad Frankiem i głaskała go po czole.
– Frank… – szepnęła. – Frank, to ja, Susan… przyszliśmy, aby zabrać cię do domu…
W tym momencie w drzwiach pojawiła się Jenica. Była niemal tak samo blada jak Susan Fireman. Gil szedł tuż za nią z kijem baseballowym w dłoniach.
– Kto to jest? – spytała Jenica.
Susan Fireman nawet na nią nie spojrzała. W dalszym ciągu głaskała Franka po czole i dmuchała mu na twarz.
– Obudź się, Frank… cały twój ból minął… właśnie zaczęła się długa noc…
Jenica zrobiła dwa kroki i znów stanęła.
– Harry, kto to jest? Co ona tu robi? Jak się tu dostała?
– To Susan Fireman – wyjaśniłem. – Frank nie żyje, a ona twierdzi, że przyszła zabrać go do domu.
– Strigoica… – szepnęła Jenica, po czym głośno krzyknęła: – Strigoica! Wynoś się z mojego domu!
Susan Fireman popatrzyła na nią.
– Cicho! Nie musisz histeryzować. Tylko pogarszasz swoją sytuację.
– Zaczekajcie chwilę – powiedział Gil.
Kiedy zniknął, słychać było, jak chodzi z pokoju do pokoju i zatrzaskuje drzwi.
– Nie chcę wam zrobić nic złego – oświadczyła Susan. – Chcę tylko wyjść stąd z Frankiem, to wszystko. Czeka na niego nowe życie… nie odbierajcie mu go.
Wrócił Gil.
– Okno w kuchni. Tamtędy weszła, choć Bóg wie, jak się tam wspięła. Do ziemi jest przynajmniej dwadzieścia pięć metrów i nie ma nawet rynny, której można by się przytrzymać.
Powoli podszedłem do łóżka.
– Proszę posłuchać, panno Fireman. Frank tego nie chciał. Ciężko walczył, aby do końca pozostać człowiekiem, a kiedy jest się człowiekiem, martwy to znaczy martwy. Jedyne miejsce, dokąd się uda, to krematorium.
– Nie masz o niczym pojęcia, prawda? – syknęła Susan Fireman.
– Wiem jedno: nie pozwolę pani zabrać Franka.
Z kuchni doleciał głośny hałas – jakby ktoś zrzucił garnek. Gil odwrócił się.
– Jezu! Jest ich więcej!
W korytarzu za jego plecami pojawił się wysoki blady mężczyzna w bardzo zakrwawionym T-shircie. Tuż za nim szła młoda kobieta z dziko potarganymi rudymi włosami i kolejny mężczyzna – ogolony na łyso, w brudnym kombinezonie mechanika. W ich dłoniach błysnęły noże.
Gil bez chwili wahania oparł się o ścianę i uderzył bladego mężczyznę kijem baseballowym. Mężczyznę odrzuciło do tyłu i zderzył się z idącą za nim dziewczyną, a kiedy spróbował odzyskać równowagę, Gil uderzył ponownie, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Rozległ się głośny trzask i czaszka mężczyzny pękła. Na tapetę trysnęła krew.
Złapałem rękaw Jenicy i pociągnąłem ją tak, aby schowała się za mnie, po czym gorączkowo zacząłem rozglądać się za czymś, czego by można użyć jako broni. Jedyną rzeczą, jaka się nadawała, był trzynożny stołek, więc go złapałem i uniosłem nad głowę, aby się zamachnąć. Jedna z nóg uderzyła mnie w czoło i niewiele brakowało, bym sam się znokautował.
Susan Fireman – BLINK – znów znalazła się po przeciwległej stronie łóżka. Klęczała na podłodze i obejmowała głowę Franka. Nie było jednak czasu na zajmowanie się Frankiem. Bladolicy mężczyzna przewrócił się na dywan, ale ruda dziewczyna podskakiwała do Gila z wielkim kuchennym nożem w ręku, a mechanik „przeblinkował się” do sypialni i zamierzał się na mnie. W naszą stronę szedł kolejny mężczyzna i dwie kobiety-jedna siwa, o wściekłym spojrzeniu, niczym oszalała Gloria Steinem *, a druga tak pokryta zaschniętą krwią, że jej włosy sterczały w górę jak u punka.
Wszyscy wydawali z siebie basowe, pożądliwe pomruki – URRRHHHHH… URRRHHHHH… URRRHHHHH… – jakby nie mogli się doczekać chwili, kiedy poderżną nam gardła i będą mogli wypić naszą krew.
Po części ze złości, ale głównie z przerażenia, zacząłem tracić panowanie nad sobą. Bez trudu uniosłem stołek nad głowę i huknąłem mężczyznę w kombinezonie roboczym w ramię. Wypuścił z ręki nóż i wtedy walnąłem go ponowne – prosto w nasadę nosa. Waliłem i waliłem, aż opadł na kolana. Na koniec przyłożyłem mu z całej siły w skroń, a on – BLINK – wyleciał z sypialni i zaczął pełznąć korytarzem do kuchni.
Wrzeszcząc z wściekłości i przerażenia, zaczęliśmy razem z Gilem spychać strigoi w kierunku kuchni. Wampiry dyszały, ogarnięte obłąkańczym pragnieniem naszej krwi, ale nas też ogarnęło coś w rodzaju szału i wątpię, aby w tym momencie cokolwiek mogło nas zatrzymać – zwykłego czy nadprzyrodzonego. Huknąłem „Glorię Steinem” prosto w twarz, a gdy zatoczyła się do tyłu, pociągając za sobą swoją zakrwawioną towarzyszkę, rzuciłem się na obie i biłem je po rękach i nogach, aż zaczęły wrzeszczeć z bólu.