Читать онлайн "Ksi?ga wszystkich dokona? Sherlocka Holmesa" автора Конан Дойл Артур - RuLit - Страница 100

 
...
 
     



Выбрать главу
Загрузка...

- Dostała go dopiero wczoraj - stwierdził Holmes.

- Dobry Boże! Jakże straszny musiał być dla niej ten tydzień!

- Hindus był obserwowany przez policję, nic więc dziwnego, że nie mógł nadać listu, pozostając niezauważonym - wyjaśnił inspektor Bradstreet. - Zapewne przekazał go jednemu ze swoich klientów żeglarzy, który na kilka dni o nim zapomniał.

- Tak właśnie było - stwierdził Holmes, kiwając głową z uznaniem. - Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Czy nigdy nie był pan karany za żebranie?

- Wiele razy, ale stać mnie było na zapłacenie grzywny.

- Teraz jednak musi pan z tym skończyć - ostrzegł Bradstreet. - Jeśli policja ma zatuszować sprawę, Hugh Boone musi zniknąć.

- Przysięgam na wszystkie świętości, że tak się stanie.

- W takim razie zapewne nie podejmiemy dalszych kroków. Jeśli jednak znowu przyłapiemy pana na gorącym uczynku, prawda wyjdzie na jaw. Panie Holmes, jesteśmy bardzo zobowiązani za wyjaśnienie tej sprawy. Chciałbym wiedzieć, jak znajduje pan rozwiązania takich zagadek.

- To akurat znalazłem, siedząc na pięciu poduszkach i wypalając uncję tytoniu - wyjaśnił mój przyjaciel. - Watsonie, myślę, że jeśli udamy się teraz na Baker Street, dotrzemy tam w samą porę na śniadanie.

10 Thomas de Quincey (1785-1859) - angielski pisarz i myśliciel, autor książki Wyznania angielskiego opiumisty (przyp. tłum.)

Rozdział siódmy

Błękitny rubin

W dzień po Bożym Narodzeniu udałem się z wizytą do mego przyjaciela Sherlocka Holmesa, by złożyć mu życzenia. Siedział rozparty na kanapie, ubrany w fioletowy szlafrok. Stojak na fajki był w zasięgu ręki, a tuż obok leżał stos pomiętych porannych gazet, które widocznie dopiero co przeglądał. Nieopodal kanapy stało drewniane krzesło. Na jego oparciu wisiał podniszczony melonik, wgnieciony w kilku miejscach. Holmes chyba dokładnie go badał, bo na siedzeniu krzesła leżały szkło powiększające i szczypce.

- Jesteś zajęty - zauważyłem - może ci przeszkadzam?

- Bynajmniej. Cieszę się, że mam przy sobie przyjaciela, z którym mogę porozmawiać o wynikach mojej pracy. Sprawa jest banalna - stwierdził Holmes, wskazując kciukiem na stary kapelusz - ale pewne jej aspekty są poniekąd interesujące, a nawet pouczające.

Rozsiadłem się w fotelu i ogrzałem dłonie przy ogniu buzującym na kominku. Chwycił trzaskający mróz; szyby były grubo pokryte kryształkami lodu.

- Podejrzewam - zacząłem - że choć przedmiot ten wygląda zwyczajnie, wiąże się z jakąś krwawą historią i stanowi poszlakę, która pozwoli ci rozwiązać zagadkę zbrodni i ukarać winnych.

- Nie, nie, nie popełniono żadnego przestępstwa - odparł Holmes ze śmiechem. - Chodzi jedynie o pewien drobny incydent z gatunku tych, których nie da się uniknąć, gdy cztery miliony ludzi ocierają się o siebie na przestrzeni kilku mil kwadratowych. Akcje i reakcje takiej ciżby mogą prowadzić do wszelkich możliwych splotów wydarzeń i powodować mnóstwo problemów, które bywają dziwne i interesujące, choć niepowiązane z żadną zbrodnią. Pamiętasz, mieliśmy już takie doświadczenia.

- Istotnie - potwierdziłem. - Z sześciu ostatnich spraw, które zapisałem, w trzech nie doszło do pogwałcenia prawa.

- Zgadza się. Mówisz o mojej próbie odzyskania zdjęcia Irene Adler, o osobliwej sprawie panny Mary Sutherland i o przygodzie z krzywoustym żebrakiem. Nie mam wątpliwości, że ten drobny problem zaliczymy do tej samej kategorii. Znasz portiera Petersona?

- Tak.

- To do niego należy to trofeum.

- To jego kapelusz?

- Nie, on go znalazł. Właściciel pozostaje nieznany. Proszę, spróbuj zobaczyć w nim nie wysłużony melonik, a zagadkę intelektualną. Muszę najpierw opowiedzieć ci, jak się tu znalazł. Przybył rankiem w dzień Bożego Narodzenia w towarzystwie pięknej tłustej gęsi, która niewątpliwie piecze się teraz u Petersona. Sytuacja wyglądała następująco: około czwartej w gwiazdkowy poranek Peterson, który, jak mniemam, jest człowiekiem na wskroś uczciwym, szedł Tottenham Court Road, wracając do domu po hucznym świętowaniu. W świetle gazowej latarni zobaczył przed sobą wysokiego mężczyznę, który szedł lekko chwiejnym krokiem i niósł białą gęś, przerzuconą przez ramię. Kiedy nieznajomy dotarł do rogu Goodge Street, wdał się w kłótnię z grupką hultajów. Jeden z nich strącił mu kapelusz, więc mężczyzna uniósł laskę, by się bronić, i zamachnął się nią, rozbijając witrynę sklepową za plecami. Peterson rzucił się naprzód, by ochronić nieznajomego przed napastnikami, ale ten, widząc, że w jego stronę biegnie umundurowany człowiek, upuścił gęś, wziął nogi za pas i zniknął w labiryncie zaułków krzyżujących się z Tottenham Court Road. Na widok Petersona czmychnęli także opryszkowie, i w ten sposób został on sam na polu bitwy z łupami w postaci tego oto podniszczonego kapelusza i wspaniałej świątecznej gęsi.

- Którą, jak rozumiem, zwrócił właścicielowi?

- Mój drogi, w tym właśnie problem. Owszem, do lewej nogi ptaka przywiązana była karteczka z napisem; „Dla pani Henrykowej Baker”, a na podszewce kapelusza widnieją inicjały H.B., lecz w naszym pięknym kraju mieszkają tysiące Bakerów i setki Henrych Bakerów, niełatwo więc zwrócić zgubę jednemu z nich.

- Co w takim razie zrobił Peterson?

- W świąteczny ranek przyniósł do mnie i gęś, i kapelusz, gdyż wie, że uwielbiam rozwiązywać również błahe zagadki. Gęś zatrzymałem do dzisiejszego ranka, kiedy stało się jasne, że mimo lekkiego mrozu powinna zostać zjedzona bez dalszej zwłoki. Jej znalazca zabrał ją więc do domu, gdzie ptak spotka swoje przeznaczenie. Ja zatrzymałem kapelusz nieznanego dżentelmena, który utracił swój świąteczny obiad.

- Czy nie dał ogłoszenia?

- Nie.

- Jak więc można ustalić jego tożsamość?

- Jedynie na podstawie tego, co uda nam się wydedukować.

- Z tego kapelusza?

- Nie inaczej.

- Pozwalasz sobie żartować. Jakie poszlaki mogą kryć się w starym wytartym filcu?

- Oto moja lupa. Znasz moje metody. Co jesteś w stanie powiedzieć o człowieku, który nosił to nakrycie głowy?

Wziąłem do rąk podniszczony przedmiot i ponuro mu się przyjrzałem. Był to najzwyklejszy w świecie czarny melonik o tradycyjnym okrągłym kształcie, twardy i znoszony. Miał podszewkę z czerwonego jedwabiu, który zdążył już mocno wypłowieć. Nie było na niej nazwy wytwórcy, ale, jak zauważył Holmes, po jednej stronie nabazgrano inicjały H.B. Na brzegu kapelusza widniały dziurki na gumkę, która miała przytrzymywać go na głowie, samej gumki jednak nie było. Melonik był porysowany, bardzo zakurzony i poplamiony w kilku miejscach, choć ktoś prawdopodobnie podjął próbę ukrycia zabrudzeń, zamalowując je atramentem.

- Niczego nie widzę - przyznałem, oddając kapelusz przyjacielowi.

- Wręcz przeciwnie, Watsonie, widzisz wszystko, ale nie potrafisz niczego wykorzystać do dedukcji. Zbyt nieśmiało wyciągasz wnioski.

- Skoro tak, powiedz mi, proszę, co ty wywnioskowałeś po obejrzeniu tego kapelusza?

Holmes wziął melonik do rąk i wpatrzył się w niego ze skupieniem, w charakterystyczny

dla siebie sposób.

- Poszlaki nie są znaczące - stwierdził - a jednak da się z nich wysnuć kilka całkiem pewnych wniosków i kilka kolejnych, całkiem prawdopodobnych. Oczywiste jest, że właściciel tego nakrycia głowy jest wysoce inteligentny. Trzy lata temu żył całkiem dostatnio, jednak ostatnimi czasy wiedzie mu się gorzej. Zawsze cechowała go pewna przezorność, lecz ostatnio nieco osłabła, co wskazuje na demoralizację; ta z kolei, w połączeniu z pogorszeniem jego sytuacji finansowej, świadczy o tym, że popadł w nałóg, prawdopodobnie zaczął pić, w związku z tym żona przestała go kochać.

- Drogi Holmesie!

     

 

2011 - 2018